Groźby Rosji zrobiły swoje. Po deklaracji w Berlinie próba sił w Kijowie


To nie zmiana formuły rozmów ws. Donbasu była głównym tematem szczytu w Berlinie. Prawdziwa batalia toczy się dziś o zmiany w konstytucji Ukrainy. Tego oczekuje Zachód, licząc na uniknięcie eskalacji wojny w Donbasie. Niemcy i Francja okazały Ukrainie poparcie, ale ceną jest wypełnianie przez Kijów mińskiego porozumienia - nawet, gdy nie robi tego Rosja. Poroszenko taką cenę gotów jest zapłacić. Dlatego zaraz po berlińskim spotkaniu ogłoszono redukcję długów Ukrainy. Analiza Grzegorza Kuczyńskiego.

Niewiele wskazuje na to, by szczyt Niemiec, Francji i Ukrainy w Berlinie (24 sierpnia) od początku był pomyślany jako spotkanie poświęcone zmianie formatu negocjacji ws. Donbasu. Choć sam skład uczestników tego wydarzenia świadczył o niczym innym, jak odejściu od osławionej formuły normandzkiej – zabrakło wszak Władimira Putina. Spotkanie w Berlinie to "przejściowy format trójstronny w ważnej sytuacji na wyraźne życzenie władz w Kijowie" - wyjaśniał jednak koordynator rządu Niemiec ds. kontaktów z Rosją Gernot Erler (SPD).

Przekaz Poroszenki

Jak wiadomo, w Berlinie Poroszenko nic tak naprawdę oficjalnie nie uzyskał. Po co więc chciał spotkania na szczycie bez Putina? Być może liczył na coś – co się nie udało. Ale jest też inna możliwość – że od początku było wiadome, iż Ukrainiec jedzie do Berlina po to, by potwierdzić linię polityczną zgodną ze stanowiskiem Angeli Merkel. Nieobecność Putina miała mu tu osłodzić i złagodzić krytykę w Kijowie. Także Merkel i Hollande'owi łatwiej było naciskać na Poroszenkę bez obecności Putina, w gronie "sojuszników". "The New York Times", powołując się na źródła w niemieckiej dyplomacji, pisał, że szczyt miał na celu pokazanie Moskwie, że porozumienia mińskie wciąż są respektowane przez Kijów i Zachód. Celem Merkel jest deeskalacja konfliktu w Donbasie, a w dalszej perspektywie jakieś porozumienie z Rosją i zdjęcie sankcji. Dlatego, biorąc pod uwagę ostatni wzrost napięcia na froncie, można przyjąć, że faktycznie Zachód tym spotkaniem i deklaracjami, które na nim złożono (przede wszystkim chodzi o Poroszenkę), chciał uspokoić Kreml i zapobiec eskalacji. I wydaje się, że cel osiągnięto.

Agencje prasowe wybiły przede wszystkim te części wypowiedzi prezydenta Ukrainy i kanclerz Niemiec, które były deklaracją kontynuacji procesu pokojowego w ramach formatu normandzkiego (jeśli chodzi o uczestników) i na bazie porozumienia z Mińska. Tymczasem cała treść wystąpienia Petra Poroszenki pokazuje wyraźnie, że wyszedł od tych podstaw po to, by wykazać, jak Rosja nie wypełnia porozumienia z lutego br., a Ukraina – jak najbardziej.

Zresztą uwagę zwraca jeszcze jedno w słowach Poroszenki – choć mowa jest o przywiązaniu do formatu normandzkiego (Niemcy, Francja, Ukraina, Rosja), to zdecydowanie nacisk prezydent położył na porozumienie mińskie. A jedno nie musi być zawsze tożsame z drugim – wszak format można teoretycznie zmieniać, a zapisy porozumienia pozostaną te same.

- Mińsk – to bezzwłoczne przerwanie ognia. Mińsk – to wycofanie ciężkiego sprzętu i artylerii. Mińsk – to bezzwłoczne uwolnienie zakładników. Mińsk – to bezpośredni dostęp inspektorów Specjalnej Misji Monitorującej OBWE do kontroli wypełniania osiągniętych porozumień. Mińsk – to kompleks kwestii: politycznych, humanitarnych, socjalnych, ekonomicznych, które sprzyjają ustanowieniu pokoju i deeskalacji konfliktu – wyliczał w Berlinie Poroszenko. Po co to wyliczanie? Właśnie po to, aby wykazać, że to strona ukraińska wypełnia swoją część zobowiązań. A rebelianci i stojąca za nimi Rosja – nie.

Burza w szklance wody

Co zaś do formatu i dyskusji, jak o tym wybuchła – wydaje się, że dużo większa w Polsce, niż w Kijowie, Moskwie i Berlinie – to jest oczywiste, że szans na zmianę formatu w Berlinie nie było żadnych. A że dużo o tym przed szczytem mówiono? To tylko element większej rozgrywki, w której wyciąga się jedną kartę, aby osiągnąć jakiś inny ważny cel.

Warto zwrócić uwagę, że o zmianie formatu niemal jednocześnie zaczęto przebąkiwać i w Kijowie i w Berlinie, straszono tym nawet w Moskwie. Słowa polskiego prezydenta nie były więc ani jakąś nowością, ani czymś odosobnionym. Nawet jeśli sygnały z innych stolic były ostrożniejsze i bardziej obawarowane różnymi warunkami, to jedno jest pewne - wydawało się, że politycy krajów zaangażowanych w proces pokojowy po raz pierwszy zaczynają przyznawać to, o czym eksperci mówią od dawna – że format normandzki nie doprowadzi do uregulowania konfliktu, że konieczne są jakieś zmianym lub choćby poważna dyskusja na ich temat.

- Jeżeli pojawią się nowe propozycje dotyczące treści, procedury bądź uczestników negocjacji, które z punktu widzenia wszystkich uczestników rozmów, a w szczególności stron konfliktu, bo to one muszą dojść do rozwiązań, będą do przyjęcia, to rząd niemiecki z pewnością ich nie odrzuci – tak mówił przed szczytem berlińskim rzecznik MSZ Martin Schaefer. Podobnie mówił przedstawiciel MSZ Ukrainy Dmytro Kułeba. - Dla zmiany formatu negocjacji potrzebna jest wola wszystkich ich uczestników. Nie mamy żadnych wątpliwości co do wsparcia ze strony Polski; jest ona naszym niezawodnym przyjacielem. Ale na razie format rozmów nie zostanie zmieniony, póki wszystkie zaangażowane w niego strony nie dojdą do porozumienia. Spekulacje, że Ukraina nalega, by obecny format został zachowany, nie odpowiadają rzeczywistości. Nas zadowalają jakiekolwiek instrumenty, które pozwolą na osiągnięcie potrzebnych nam wyników – powiedział Kułeba 19 sierpnia. Nazajutrz Poroszenko oświadczył, że chce sformować szeroką koalicję międzynarodową na rzecz powstrzymania działań Rosji. - Powinniśmy skoordynować działania, gdyż najważniejszym zadaniem ukraińskich władz jest sformowanie silnej wspólnoty międzynarodowej w ramach jednej koalicji, która powinna powstrzymać agresora – powiedział prezydent. Te wszystkie sygnały nie świadczą jednak wcale, że zmiana formatu miała być jakimś ważnym punktem szczytu w Berlinie. Być może chodziło o pewną formę nacisku na Rosję. Ciekawe, że to sami Rosjanie podgrzali ten temat. 20 sierpnia dziennik „Kommiersant” napisał, że jednym z tematów rozmów może być zmiana formatu rozmów. „Kijów od dawna mówi, że 'czwórkę normandzką' trzeba rozszerzyć, włączając do niej nowych uczestników, którzy w większym stopniu gotowi będą przyjąć ukraińskie argumenty” - pisała gazeta, dodając, że „z punktu widzenia Kijowa idealnymi kandydatami mogą być Polska i USA”, a do przyjęcia byłby też wariant włączenia UE. Jednocześnie dziennik przyznał, że według niemieckich źródeł, zmiana formatu „poza plecami Putina” jest nierealna i nie ma nawet co o tym zaczynać mówić. I w Berlinie zapewne w ogóle o tym nie rozmawiano. Poroszenko zdawał sobie sprawę, że nie ma to sensu. Dyskusja o formacie od początku była na użytek zewnętrzny. Po pierwsze, jako element presji na Rosję. Po drugie, jako alibi dla Poroszenki w Kijowie.

Nieobecna Rosja naciska

Berliński szczyt miał pokazać solidarność Niemiec i Francji z Ukrainą, ale ważniejsze było co innego – upewnić Rosję w przekonaniu, że będzie dalej kontynuacja mińskich porozumień przez Kijów. Znaczące, jest że Merkel, Hollande i Poroszenko wypuścili tak naprawdę bardzo miękki sygnał po tygodniach wzrostu napięcia w Donbasie, a w ostatnich dniach przed berlińskim szczytem w kampanię nacisków włączyli się rosyjscy przywódcy. I to w niewidzianym od miesięcy ostrym tonie.

Władimir Putin, Dmitrij Miedwiediew i całe najwyższe kierownictwo Rosji zjechało na okupowany Krym. I nie wywołało to – poza Kijowem – w Europie protestów. 17 sierpnia Putin oświadczył w Jałcie, że Ukraina została oddana pod „zewnętrzny zarząd”. Ocenił to jako „haniebną praktykę”, która „stanowi upokorzenie dla całego narodu ukraińskiego”. Prezydent wyraził przekonanie, że naród ukraiński jeszcze to w przyszłości odpowiednio oceni i „razem z Rosją budować swoją przyszłość”. Putin wrócił przy tym do określenia Rosjan i Ukraińców mianem "jednego narodu". Dzień później oświadczył, że odpowiedzialność za obecną eskalację w Donbasie ponoszą władze w Kijowie. Postraszył przy tym wojną: - Z naszych informacji wynika, że (Ukraina – red.) koncentruje tam swoje pododdziały, w tym wzmocnione sprzętem bojowym. Mam nadzieję, że do otwartych, zakrojonych na pełną skalę starć tam nie dojdzie.

W tej samej wypowiedzi Putin podkreślił, że nie ma alternatywy dla porozumień z Mińska. Dzień później pociągnął temat Siergiej Ławrow. Powiedział, że Moskwa oczekuje, iż przywódcy Francji i Niemiec wywrą na Poroszenkę nacisk w celu realizacji porozumień pokojowych, zawartych w lutym. - Naszym zdaniem niezbędne jest wywarcie większej presji na Kijów, aby przekonać go o konieczności realizacji zobowiązań podjętych w Mińsku 12 lutego – powiedział szef MSZ Rosji w okupowanym Sewastopolu.

Konstytucyjna batalia

Jeśli nie zmiana formatu rozmów ws. Donbasu, jeśli nie inne kwestie, to co było głównym przedmiotem rozmów w Berlinie? Otóż wydaje się, że ten problem, o którym uczestnicy spotkania niemal nie wspomnieli – bo to sprawa wewnętrzna Ukrainy. Na dodatek dzieląca Ukraińców i wywołująca w Kijowie ogromne kontrowersje. Poroszenko przyjechał do Berlina dokładnie tydzień przed dniem, w którym mogą się zdecydować zmiany w konstytucji, a w tym specjalny status dla okupowanej części Donbasu. Jeszcze w przeddzień wizyty w Niemczech, Poroszenko wezwał wszystkie siły polityczne w kraju do poparcia jego projektu zmian w konstytucji.

W Niemczech Poroszenko mógł przekonywać partnerów, że będą duże problemy z przeforsowaniem zmian w konstytucji, zaś partnerzy zapewne naciskali na realizację tych zmian. Temat na pewno był poruszany, bo Poroszenko na konferencji prasowej przypomniał, że wniósł "do parlamentu projekt konstytucji, który w pełni i dokładnie odpowiada wziętym na siebie przez Ukrainę zobowiązaniom".

Przy okazji Poroszenko potwierdził, że Niemcy i Francuzi wywierają naciski na Kijów w tej sprawie. Bo okazało się, że – jak mówił ukraiński przywódca - "kilka dni wcześniej tutaj, w Berlinie, eksperccy przedstawiciele Ukrainy, Niemiec i Francji byli zjednoczeni w stanowisku, że te zmiany w konstytucji są stałe i w pełni odpowiadają wziętym na siebie zobowiązaniom". Niespotykany wcześniej nacisk Zachodu na przyjęcie przez Ukrainę poprawek do konstytucji wywołuje coraz większy opór wśród ukraińskich polityków.

Niemiecki dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisał 17 sierpnia, że wiceprzewodnicząca ukraińskiego parlamentu Oksana Syroid zarzuciła kanclerz Angeli Merkel i prezydentowi Francois Hollande'owi, że 14 lipca, bezpośrednio przed pierwszym głosowaniem nad projektem ustawy, naciskali w rozmowie telefonicznej na szefa parlamentu Wołodymyra Hrojsmana, domagając się wprowadzenia zmian służących wyłącznie rosyjskim interesom.

Wprowadzone 16 lipca zmiany – które Sąd Konstytucyjny zaaprobował i będą one głosowane po raz kolejny 31 sierpnia – w tym ta, którą Syroid określa mianem konia trojańskiego, a która stanowi, że "kształt lokalnego samorządu w określonych rejonach obwodów donieckiego i ługańskiego ustalony zostanie w odrębnej ustawie". Syroid twierdzi, że projekt "odrębnej ustawy" już jest i daje Rosji wszystko, czego chciała: samorząd dla obszarów opanowanych przez rebeliantów wraz z własną milicją oraz uprzywilejowanymi relacjami z Rosją. "Kto przyznaje separatystom samorząd i zbrojną władzę zanim Rosja wycofa swoje oddziały, ten utrwala na zawsze wpływy Moskwy we wschodniej Ukrainie" - powiedziała niemieckiej gazecie Syroid. Jej zdaniem postępowanie Berlina i Paryża jest złamaniem prawa Ukraińców do samostanowienia.

Przypomnijmy, Rada Najwyższa wstępnie zaakceptowała 16 lipca prezydencki projekt zmian w konstytucji, który przewiduje szeroką decentralizację władzy w państwie. Deputowani zgodzili się wysłać projekt do Sądu Konstytucyjnego – a ten szybko uznał, że projekt jest zgodny z ustawą zasadniczą. Teraz projekt wraca do parlamentu. W poniedziałek 31 sierpnia będzie poddany głosowaniu po pierwszym czytaniu. Do jego przyjęcia potrzebna jest zwykła większość (226 głosów). Ale potem już 300 w drugim, finalnym głosowaniu (wrzesień-październik). W pierwszej batalii – 16 lipca, gdy decydowano o skierowaniu projektu do oceny Sądu Konstytucyjnego – było 288 głosów. To oznacza, że Poroszenko może mieć problem z zebraniem większości konstytucyjnej. 16 lipca dwie z pięciu frakcji prozachodniej koalicji rządzącej praktycznie jednogłośnie głosowały przeciwko zmianom (Samopomoc i Partia Radykalna). Tylko poparcie sierot po Janukowyczu (Blok Opozycyjny) pozwoliło zbliżyć się wtedy do progu 300 głosów. Ale i tak wciąż brakuje 12 głosów. Za krok ku budowie silnej konstytucyjnej większości można uznać włączenie właśnie w szeregi frakcji prezydenckiej ludzi Kliczki (UDAR).

Pod presją

Tymczasem nasila się krytyka Poroszenki w obozie sił prozachodnich, gdzie wielu ma za złe Europie presję ws. zmian w konstytucji. Podobno uczestnicy spotkania w ambasadzie USA mówili, że Nuland argumentowała nacisk na nich, żeby poparli zmiany, bo naciskają na to Merkel i Hollande. Z drugiej strony trudno będzie im głosować przeciwko. Poroszenko – wygląda na to, że przy udziale wspomnianych ekspertów zachodnich – powiązał w projekcie kwestię specjalnego statusu dla okupowanego Donbasu z generalną decentralizacją całej Ukrainy (co akurat jest bardzo ważne i potencjalnie korzystne).

Jednym ze środków nacisku na deputowanych “niepokornych” wydaje się być straszenie wojną. Podsycanie napięcia przez Rosję i w odpowiedzi wręcz dramatyczne ostrzeżenia Poroszenki i jego otoczenia może przekonać nieprzekonanych do głosowania za poprawkami.

Podobną rolę odgrywają kontakty z zachodnimi przywódcami. Szczyt w Berlinie miał pokazać ukraińskiej opinii publicznej, że Poroszenko ma zdecydowane wsparcie Niemiec i Francji. W ostatniej fazie rozgrywki przed głosowaniem – podobnie jak w połowie lipca – włączyli się Amerykanie. To nie przypadek, że 28 sierpnia w rozmowie telefonicznej wiceprezydent Joe Biden nie tylko potępił prowokacyjne działania rebeliantów, ale też poparł działania podejmowane przez Poroszenkę mające na celu decentralizację władzy na Ukrainie i wywiązanie się z zobowiązań mińskich – a teraz sprowadza się to do zmian w konstytucji.

Cena ustępstw?

Ale jest też inny aspekt spotkania w Berlinie i wiernego podążania Poroszenki polityczną linią Merkel i Zachodu. Akurat w tych dniach rozstrzygały się kwestie krytyczne dla ukraińskiej gospodarki. Najpierw, nazajutrz po szczycie, Bank Światowy ostatecznie uzgodnił wydzielenie Ukrainie 500 mln dolarów kredytu. Ta decyzja otwiera Kijowowi drogę do uzyskania kolejnych środków finansowych: z Japonii (300 mln dolarów) i Norwegii (24 mln dolarów).

Ale najważniejsza, "historyczna" - jak powiedziała szefowa ukraińskich finansów – informacja została ogłoszona 27 sierpnia. Po wielu miesiącach trudnych negocjacji (Ukraina chciała redukcji długu o 40 proc., wierzyciele byli skłonni do 5 proc.) Kijów zawarł porozumienie z wierzycielami i uniknie niewypłacalności – wszak już 23 września musi wykupić obligacje za pół miliarda dolarów.

- Mało kto miał nadzieję, że Ukraina zdąży zamknąć negocjacje. Przewidywana przez naszych wrogów niewypłacalność Ukrainy nie nastąpi. Ukraina osiągnęła jednak porozumienie o częściowym odpisaniu naszego długu - powiedział premier Arsenij Jaceniuk.

Układ z wierzycielami posiadającymi prawie połowę zadłużenia Ukrainy (8,9 mld z 19,3 mld dolarów) przewiduje redukcję należności głównej o 20 proc. (ok. 3,6 mld dolarów) i wydłużenie okresu spłaty do 2019 r. Oprocentowanie obligacji wzrośnie przy tym, ale nieznacznie. W efekcie restrukturyzacja ta zmniejszy dług Ukrainy do 15,5 mld dolarów. To pomoże Ukrainie zmniejszyć presję na budżet, zaoszczędzić środki państwowe i zmniejszyć wskaźnik długu w PKB z obecnych 110 proc. do 71 proc. w 2020 r. Redukcja długu pozwoli też Ukrainie spełnić warunki, na jakich MFW udziela jej pomocy. Warunkiem realizacji planu pomocowego w wysokości 17,5 mld dolarów jest wprowadzenie przez rząd w Kijowie reform i doprowadzenie do redukcji rocznych spłat długu.

Rosja, która wykupiła obligacje Ukrainy warte 3 mld dolarów, już wcześniej wyrażała sprzeciw wobec restrukturyzacji tego długu. Gdy Kijów ogłosił porozumienie z innymi wierzycielami, a Jaceniuk oświadczył, że nie zaoferuje lepszych warunków spłaty zobowiązań Rosjanom, minister finansów Rosji Anton Siłuanow oznajmił, że Moskwa nie zgodzi się na restrukturyzację ani na żadne zmiany reguł, na jakich w grudniu 2013 roku przyznano środki finansowe Ukrainie. Wtedy to jeszcze Wiktor Janukowycz dostał 3 mld dolarów na spłatę długów za gaz kupiony w Rosji. Pieniądze pochodziły z funduszu, w którym rosyjski rząd zbiera środki na wsparcie systemu emerytalnego.

Czekając na jesień

27 sierpnia w Brukseli Poroszenko powiedział, że ma nadzieję, iż 31 sierpnia parlament poprze przedstawioną przez niego reformę konstytucyjną, której przeprowadzenie również ustalono w ramach procesu pokojowego. - Nie ma znaczenia, jaką cenę zapłacimy, zrobimy co w naszej mocy, by wprowadzić reformę – zapewnił prezydent Ukrainy. Taka postawa Poroszenki podoba się jednak w Kijowie coraz mniej. Z drugiej bowiem strony nie ma żadnych ustępstw, a zegar tyka. Zgodnie z mińskim porozumieniem, jego poszczególne punkty powinny być zrealizowane do końca bieżącego roku. Tymczasem rebelianci już przebąkują o konieczności wydłużenia tego terminu na cały kolejny rok. I nie realizują porozumienia – robi to zaś Ukraina. A zmiany w konstytucji mogą okazać się nieodwracalne. Można mieć jedynie nadzieję, że jeśli rebelianci zrealizują swe groźby i sami zrobią sobie wybory w Donbasie w październiku, Zachód zaostrzy politykę wobec Rosji, a ukraiński parlament po prostu zamrozi proces przyjmowania zmian w konstytucji. Należy pamiętać, że głosowanie 31 sierpnia nie kończy tego procesu – pozostaje ostateczne głosowanie. Pytanie, kiedy będzie jego termin – najlepiej dla Kijowa byłoby zaczekanie do października.

We wspomnianym artykule "FAZ" z 17 sierpnia jego autor Konrad Schuller pisał: "Straszny sen ukraińskich polityków wygląda w przybliżeniu tak: Zachód, zmęczony kryzysami, wojnami i strumieniami uchodźców, decyduje pozbyć się choćby jednego gorącego punktu na świecie i pod stołem zawiera umowę z Rosją – poparcie dla Ukrainy niezauważalnie słabnie, pretensje Moskwy do hegemonii dyskretnie zostają uznane. W zamian Władimir Putin pomaga w innych gorących punktach: Syria, Iran, Korea".

Te podejrzenia rosną od czasu pierwszej batalii ws. zmian w konstytucji. Choć Poroszenko mówił w Berlinie, że formatu normandzkiego nie ma co zmieniać, wszyscy widzą, że porozumienie z Mińska było korzystne dla Rosji, a dla Ukrainy nie. Ale Kijów musiał się na nie zgodzić w obliczu militarnej ofensywy wroga i wobec – niestety – braku wystarczającego poparcia Berlina i Paryża. Złe warunki porozumienia, a jeszcze bardziej fiasko ich realizacji, uświadamiają Ukrainie, że format normandzki nie jest dobry. Jego jedyną zaletą jest tak naprawdę powstrzymywanie na pewien czas dalszej agresji Rosji. Nie da się konfliktu zakończyć poprzez format normandzki. Przede wszystkim dlatego, że agresor występuje tu jako pośrednik pokojowy. Ale z bankructwa formatu normandzkiego zdaje sobie sprawę nawet sama Rosja, rozwijając, obok formatu normandzkiego, dwustronny dialog ws. Ukrainy z USA (kanał Nuland-Karasin) – o czym pisaliśmy obszernie już kilka tygodni temu.

Prędzej czy później wróci kwestia poszerzenia formatu normandzkiego, jego zmiany. Wobec faktu, że z Amerykanami Moskwa i tak rozmawia oddzielnie, najbardziej naturalnym I prawdopodobnym wariantem byłoby wejście do gry negocjacyjnej Unii Europejskiej jako całości. Im szybciej Berlin dostrzeże, że w obecnej formule wiele nie osiągnie, tym szybciej Bruksela zostanie dopuszczona do rozmów. Nikt bowiem nie chce być okrzykniętym jedynym ojcem porażki.

Autor: Grzegorz Kuczyński / Źródło: tvn24.pl

Tagi:
Raporty:
Pozostałe wiadomości