Świat

Ostatni kosmiczny triumf ZSRR. Przełomowe 12 minut Leonowa

Świat

Pierwszy spacer w kosmosie
Reuters ArchiveLeonow w kosmosie

Wyczołgując się z wnętrza kapsuły Woschod 2 zobaczył coś, czego nie widział przed nim nikt inny - planetę Ziemię w całej okazałości. Pół wieku temu Aleksiej Leonow wykonał pierwszy w historii spacer w kosmosie. Było to ostatnie duże zwycięstwo ZSRR w kosmicznym wyścigu z USA, które dwuosobowa załoga Woschod 2 nieomal przypłaciła życiem.

Leonow wyszedł w przestrzeń kosmiczną 18 marca 1965 roku. Nie miał robić nic specjalnego. Ot, sprawdzić, czy człowiek w ogóle jest w stanie funkcjonować poza statkiem kosmicznym. Przy okazji miał też umocnić pierwszą pozycję ZSRR w podboju kosmosu, którą zajął po wystrzeleniu pierwszego satelity Sputnik osiem lat wcześniej. Nie lubiący być drugimi Amerykanie inwestowali jednak wielkie środki w gonienie ZSRR i już w tym samym roku zaczęło przynosić to efekty. Niecałe trzy miesiące po spacerze Leonowa w jego ślady poszedł Edward White, jeden z dwóch członków załogi statku Gemini 4. Potem były kolejne sukcesy, i tak od dekad Amerykanie nie oddali palmy pierwszeństwa.

Wyścig "superludzi"

Gdy Leonow po raz pierwszy ujrzał zapierający dech w piersiach widok Ziemi loty na orbitę ciągle były przedsięwzięciem pionierskim. Astronauci (nazwa stosowana przez Amerykanów) i kosmonauci (nazwa radziecka) z każdą misją poszerzali granice poznania. Traktowano ich jak Kolumbów XX wieku i herosów ludzkości. Byli świetnym narzędziem propagandy dla obu mocarstw, które starały się pokazać swoją wyższość nad oponentem. Obie strony ukrywały jednak to, jak ryzykowne były pierwsze loty w kosmos. Leonow i jego partner w misji Woschod 2 Paweł Bielajew niemal skończyli tragicznie. Również podczas misji Gemini 4 White i James McDivitt mieli problemy. Astronauci i kosmonauci zdołali jednak przezwyciężyć kryzysy. Duża była w tym zasługa ich szkolenia i niezwykle rygorystycznego procesu doboru kandydatów do lotów poza orbitę. Wszyscy wymienieni należeli bowiem do pierwszej generacji „zdobywców” kosmosu. Rekrutowano ich na przełomie lat 50. i 60. spośród pilotów wojskowych. Tak w USA, jak i w ZSRR kandydatów poddawano wyjątkowo skrupulatnym badaniom medycznym. Lekarze nie wiedzieli, z czym wiążą się podróże międzyplanetarne, wobec czego, tak na wszelki wypadek, chcieli mieć „superludzi”, okazy zdrowia bez skazy. Nawet najmniejsze wady, takie jak ledwo słyszalne szmery w sercu, dyskwalifikowały. Na dodatek przyszłych astronautów i kosmonautów poddawano niezliczonym i wymyślnym testom, które miały sprawdzić ich odporność na warunki, które jak się domyślano, mogą panować podczas lotu w kosmos. Na przykład regularnie musieli znosić wielkie przeciążenia w specjalnych „wirówkach”.

Doprowadziło to do tego samego po obu stronach żelaznej kurtyny: astronauci i kosmonauci zbuntowali się, protestując przeciw zamienianiu ich w „świnki morskie” czy „zwierzątka laboratoryjne”. Jak się później okazało, mieli rację, bowiem prawdziwe loty w kosmos okazały się zdecydowanie mniej wymagające niż wstępnie zakładali naukowcy, i większość testów oraz badań była zbędna.

Radzieccy kosmonauci w 1965 roku. Leonow w lewym górnym roguRIAN Archive/Wikipedia

Zmiana oczekiwań wobec astronautów i kosmonautów przyszła w pełni jednak dopiero w latach 70. i 80.

Pod nim przesuwała się Turcja, Morze Czarne, Krym. "Cisza była wszechogarniająca"

Dla Leonowa moment próby nadszedł 18 marca 1965 roku. Wraz z Bielajewem został wystrzelony w kosmos na pokładzie statku Woschod 2 z kosmodromu w Bajkonurze. Ich pojazd został specjalnie zmodyfikowany przez dodanie dużej rozkładanej śluzy powietrznej, przyczepionej do włazu wyjściowego. Zapłon silników rakiety R-7 nastąpił o godzinie 7 czasu uniwersalnego. Po niecałej godzinie, podczas pierwszego okrążenia Ziemi, Leonow zaczął się szykować do wyjścia w przestrzeń kosmiczną. Bielajew przypiął mu do skafandra pakiet z zapasem tlenu i energii na 45 minut oraz długi na pięć metrów przewód, łączący kosmonautę ze statkiem. Około 8:30 Leonow wszedł do śluzy a jego partner zamknął za nim właz. Po chwili powietrze zostało wypuszczone w przestrzeń i kosmonauta otworzył luk prowadzący w kosmos. Złapał się za krawędź i wciągnął na zewnątrz. 500 kilometrów pod nim w absolutnej ciszy przesuwała się właśnie Turcja, Morze Czarne i Krym. Nic nie mogło go przygotować na takie wrażenia. Wszyscy przed nim patrzyli na Ziemię przez małe okienka swoich ciasnych i ciemnych statków. - Czułem się jak ptak z rozpostartymi skrzydłami, pędzący wysoko nad Ziemią - wspominał po latach Leonow. Unosząc się w przestrzeni obok statku miał wrażenie bycia „pyłkiem”. - Nie można tego objąć wyobraźnią. Tylko tam możesz poczuć ogrom tego, co nas otacza - mówił. - Chyba najbardziej uderzyła mnie cisza. Była wszechogarniająca, nie do porównania z niczym, co przeżyłem na Ziemi. Ta cisza była tak wielka, że zacząłem słyszeć swoje własne ciało: uderzenia serca, pulsowanie tętnic, a nawet wydawało mi się, że słyszę pracujące mięśnie - wspominał. 10 minut przeznaczone na spacer minęło Leonowi błyskawicznie. Gdy usłyszał ponaglenie Bielajewa, że powinien już wracać, poczuł się jak w czasach dzieciństwa, kiedy kazano mu przerywać zabawę na podwórku i wracać do domu. Z wielkim żalem zaczął zabierać się do powrotu, ale szybko stwierdził, że nie będzie to proste.

Przez taką samą śluzę powietrzną i w takim skafandrze wychodził w kosmos LeonowKucharek | Wikipedia

Lżejszy o cztery kg po 12 minutach

Kosmonauta zorientował się, że w wyniku różnicy ciśnień jego skafander napęczniał i stał się bardzo sztywny. Dłonie wysunęły mu się z rękawic a stopy z butów. Poruszanie stało się niezwykle ciężkie i nie było szans, aby wejść do śluzy nogami naprzód, jak przewidywał plan. Nad trudzącym się Leonowem zawisła poważna groźba. Statek szybko zbliżał się do końca oświetlonej przez Słońce części Ziemi i za kilkanaście minut kosmonauta znalazłby się w zupełnej ciemności. Wówczas wejście do śluzy graniczyłoby z cudem. Ostatecznie postanowił dostać się do środka głową naprzód, bowiem wymagało to znacznie mniej gimnastykowania się w sztywnym skafandrze. Dodatkowo zaryzykował i otworzył awaryjny zawór, wypuszczając część powietrza ze swojego stroju, aby odzyskać przynajmniej część możliwości ruchu. W efekcie poczuł pierwsze oznaki niedotlenienia, ale zanim stało się ono groźne, znalazł się w śluzie, zdołał obrócić o 180 stopni i zamknąć właz. Brzmi to prosto, ale dla niego był to olbrzymi wysiłek. Leonow w ciągu swoich zmagań tak się spocił, że w kiepsko wentylowanym skafandrze stracił około czterech kilogramów wagi. Już na Ziemi okazało się, że wypocona woda sięgała mu kolan.

video-1404195
video-1404195

Lądowanie w tajdze

Zakończenie spaceru było dopiero początkiem problemów załogi Woschod 2. Podczas ostatniego sprawdzania systemów przed rozpoczęciem powrotu na Ziemię, okazało się, że nie działa automatyka odpowiedzialna za precyzyjne uruchomienie silników, które zwalniają statek i powodują, że zaczyna on opadać w kierunku powierzchni planety. Kosmonauci musieli przejść na sterowanie ręczne, co wiązało się z ryzykiem, że odpalone w złym momencie silniki źle wyhamują kapsułę i ta odbije się od atmosfery lub wejdzie w nią pod zbyt ostrym kątem. W obu wypadkach załogę czekałaby śmierć, z tą różnicą, że jedna byłaby gwałtowna, a druga powolna. Ostatecznie kosmonauci uruchomili silniki trochę za późno, ale zmieścili się w „oknie” i zaczęli wchodzić w atmosferę. Niespodziewanie statek zaczął wykonywać niekontrolowane i gwałtowne ruchy. Okazało się, że kapsuła była ciągle połączona nie przeciętym do końca kablem z modułem serwisowym, który miał spłonąć wchodząc w atmosferę oddzielnie. Kosmonauci ponownie znaleźli się w niebezpieczeństwie, ale nie mogli nic zrobić. Mogli tylko mieć nadzieję, że źle ustawiona kapsuła nie spłonie w starciu z atmosferą. Na szczęście pierwszy przepalił się feralny kabel i wszystko nagle się uspokoiło. Reszta lądowania przebiegła bezproblemowo, gdyby nie to, że przez „przygody” kosmonauci wylądowali około tysiąca kilometrów od założonego miejsca. Trafili w środek gęstego i dziewiczego lasu na Uralu, gdzie ziemia była nadal przykryta ponad metrową warstwą śniegu. Nie mieli wyboru. Musieli czekać na ratunek. Dla Leonowa poważnym problemem okazały się litry wypoconej wody w kombinezonie, która zaczęła się ochładzać i dosłownie zamrażać mu nogi. Przed zmrokiem kosmonauci zdołali wydostać się ze swoich sztywnych skafandrów zewnętrznych i zostali w lekkich strojach, które mieli pod nimi. Na zewnątrz temperatura spadła do minus kilkunastu stopni i w kapsule warunki były spartańskie. Leonow i Bielajew nie mieli jednak z tym problemu - obaj wychowali się na wsi kilkaset kilometrów dalej na wschód, na zachodniej Syberii, gdzie mróz i śnieg były rzeczą codzienną. Pomoc nadeszła dopiero następnego dnia. Ekipy ratownicze dotarły do nich na nartach, bowiem jedyna polana nadająca się do lądowania śmigłowców znajdowała się sześć kilometrów od kapsuły. Ratownicy urządzili kosmonautom prowizoryczny obóz. W kilka godzin postawiono chatkę z bali i rozpalono wielkie ognisko. Dopiero kolejnego dnia kosmonauci dostali narty i na własnych nogach dotarli do śmigłowców, które zabrały ich do cywilizacji, kończąc pełną niespodziewanych wrażeń misję Woschod 2.

Załoga misji Gemini 4 szykuje się do startu. W pojeździe nie było wiele miejsca. Wyjście w kosmos oznaczało po prostu otworzenie widocznych tu dużych włazówNASA

20 minut na spacerze, bo nie chciał wracać

Leonow i jego kosmiczny spacer natychmiast trafili na czołówki światowych mediów. ZSRR odniósł kolejny wielki sukces propagandowy. Amerykanie nadgonili Sowietów trzeciego czerwca, podczas misji statku Gemini 4. Spacer przeprowadzony przez astronautów wyglądał nieco inaczej. Nie było doczepianej śluzy. James McDivitt i Edward White po prostu wypuścili powietrze z kabiny swojego statku i otworzyli duży luk nad swoimi siedzeniami. Było to możliwe, bowiem stosowana przez Amerykanów elektronika była odporna na próżnię, w przeciwieństwie do tej radzieckiej, opartej o starsze technologie. Podobnie jak Leonow, White wypchnął się na zewnątrz, pozostając połączony ze statkiem długim na kilka metrów przewodem. Gdy tylko znalazł się w otwartej przestrzeni, również został oczarowany rozpościerającym się przed nim widokiem. White mógł podziwiać Pacyfik, całe USA a potem Atlantyk. I jemu dziesięć minut przeznaczone na spacer minęło błyskawicznie. Tyle że Amerykanin nie tyle nie mógł, co nie chciał wracać do wnętrza statku. Przez „awarię” łączności, kontrolerzy z Ziemi nie mogli się z nim skomunikować. Poirytowani nakazali McDivittowi przywołanie kolegi do porządku. Pomimo tego White wykręcał się robiąc dodatkowe zdjęcia. Dopiero kolejne ponaglenia dały efekt i astronauta z ociąganiem wrócił do statku. Jak stwierdził wchodząc do środka był to „najsmutniejszy moment jego życia”. Spacer trwał dwa razy dłużej niż zaplanowano, niemal 20 minut. Po zakończonym eksperymencie z wyprawą w przestrzeń, White i McDivitt zostali na orbicie na kolejne trzy dni, przeprowadzając serię innych prób i testów. Podczas przygotowań do powrotu natknęli się na identyczny problem, jak Leonow i Bielajew - ich komputer zawiódł i musieli ręcznie rozpocząć procedurę wejścia w atmosferę. Też nie zrobili tego perfekcyjnie i przesadzili w drugą stronę. Ich statek wylądował niemal sto kilometrów wcześniej niż planowano, w pobliżu wybrzeża Florydy na Atlantyku. Odpowiedzialne za podjęcie ich z wody okręty i śmigłowce zostały jednak zawczasu poinformowane i astronauci, na pomoc, musieli czekać tylko kilkanaście minut.

Pierwszy spacer kosmiczny Amerykanina
Pierwszy spacer kosmiczny AmerykaninaNASA

O nadludzkim wysiłku człowieka, który stoi w obliczu śmierci

Epilogiem dla amerykańskich prób spacerów kosmicznych była nieomal tragiczna historia lotu Gemini 9A, który odbył się rok później. Eugene Cernan miał przetestować specjalny zestaw narzędzi do długich prac poza statkiem. Miał na sobie specjalnie zmodyfikowany kombinezon, który w próżni okazał się być „giętki niczym zardzewiały stalowy pancerz”. Cernan musiał wkładać wielki wysiłek w każdy ruch i spocił się tak, że niemal całkowicie zaparował mu wizjer w hełmie. Tętno wzrosło mu do 180 uderzeń na minutę i lekarze na Ziemi obawiali się, że zaraz dostanie zawału.

W związku z tymi problemami nakazano astronaucie powrót do środka statku, ale to też okazało się trudne, bowiem skafander nadął się, podobnie jak w przypadku Leonowa. Cernan nie mógł wcisnąć się do środka. Dopiero przy pomocy kolegi, Toma Stafforda oraz „nadludzkiego wysiłku człowieka, który stoi w obliczu śmierci”, pokonał opór i na siłę wcisnął się na miejsce. Po tym incydencie znacząco przeprojektowano amerykańskie skafandry, na statkach zaczęto montować specjalne uchwyty i poręcze, oraz zaostrzono reguły bezpieczeństwa.

Współcześnie spacery kosmiczne trwają znacznie dłużej niż w latach 60. Rekord to niemal dziewięć godzin. Na dodatek w ich trakcie są wykonywane różne skomplikowane zadania. Zazwyczaj kosmonauci długo i żmudnie ćwiczą je na Ziemi, w specjalnych dużych basenach. W czasach pionierów takiego luksusu nie było.

Leonow i White nie mieli już okazji wykonać kolejnego spaceru. Rosjanin poleciał w kosmos jeszcze raz, w latach 70. w ramach pierwszej wspólnej z Amerykanami misji kosmicznej Apollo-Sojuz. Wcześniej miał dowodzić pierwszym radzieckim lotem dookoła Księżyca, ale wobec serii katastrof "księżycowej rakiety" N-1 misję odwołano, co było równoznaczne z poddaniem się w kosmicznym wyścigu. White miał wykonać pierwszy lot załogowy w ramach programu Apollo, ale na drodze stanął mu los. W styczniu 1967 roku zginął wraz z dwoma innymi astronautami w pożarze kapsuły podczas treningu przed misją.

Załoga Apollo 1 niedługo przed swoją tragiczną śmiercią. White stoi w środkuNASA

Autor: Maciej Kucharczyk/iga / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: Reuters Archive