Pracownicy firm nie tyle korzystają z AI, ile się nią zaspokajają. Jak przy uzależnieniu od pornografii. Co więcej, biznes płaci za sztuczną inteligencję bez gwarancji realnych efektów, jakie ona wnosi, a jeszcze groźniejsze jest to, że wraz z kolejnymi promptami, czyli zapytaniami użytkowników, przedsiębiorstwa karmią modele własną wiedzą i strategiami działania. W ten sposób oddają jedyną rzecz, której oddać nie powinny: tak zwaną alfę, czyli swoją przewagę konkurencyjną - to, co je wyróżnia.
Tak dosadnie stwierdza w czerwcu, w branżowym amerykańskim podkaście TBPN, Alex Karp - prezes Palantira. To cyfrowa korporacja, która buduje systemy analizy danych, a zdaniem krytyków - oprogramowanie do masowej inwigilacji dla Pentagonu, wywiadu i ICE, czyli amerykańskich służb imigracyjnych.
O co mu chodzi?
Firmy tracą swoją alfę, bo modele, z których korzystają, czyli np. ChatGPT, Claude, Gemini, są "zamknięte". Oznacza to, że działają tylko na serwerach gigantów technologicznych, a uczą się, jak funkcjonuje twoja firma i z każdą interakcją stają się mądrzejsze. Jeżeli proces będzie trwał wystarczająco długo - skutki dla firmy mogą się okazać opłakane.
Jednak ta rzeczywistość dotyczy też prywatnie każdego i każdej z nas.
Pozornie sztuczna inteligencja, z której korzystamy, przychodzi do nas. Czeka w aplikacji telefonu albo przeglądarce na nasze pytania, jest usłużna, domyślnie uległa. Ale to bardzo dwuznaczna relacja.
Za każdym razem, gdy zadajemy AI pytanie, to my przychodzimy do korporacji - i dostarczamy jej fragment wiedzy: o pracy, problemach, sposobie myślenia. Oddajemy więc kontekst, know-how, tok rozumowania. Od tej chwili kontrolę nad nimi może mieć również firma AI.
Satya Nadella, prezes Microsoftu, opisał ten mechanizm w głośnym lipcowym eseju jako "odwrócony paradoks informacji": za sztuczną inteligencję płacimy dwa razy - raz pieniędzmi, drugi raz wiedzą, którą musimy jej oddać. I zgodził się z dyrektorem Palantira.
Dochodzi jeszcze kwestia kontraktów wojskowych. Pentagon coraz szerzej korzysta z zamkniętych modeli językowych (kontrakty m.in. z OpenAI, xAI, Anthropic oraz Google) i Karp stawia tu trzeźwe pytanie: jeśli resort obrony zamawia system działający na danych niejawnych, to kto kontroluje sztuczną inteligencję?
- Czy naprawdę chcemy udostępniać analizę pola bitwy Dolinie Krzemowej? To totalnie porąbane - dodaje.
Pytanie przewrotne w ustach szefa korporacji, która sama zarabia na dostarczaniu wojsku oprogramowania łączącego dane niejawne i modele AI. Ale dla Karpa różnica jest zasadnicza: niech wojsko korzysta z technologii, jednak nie oddaje zamkniętemu modelowi kontroli nad uczącą się AI.
Co to otwarty model AI?
Tu właśnie pojawia się być może najważniejsze dla naszej przyszłości pytanie, które dwa lata temu było tylko branżowym sporem dla wtajemniczonych: czy sztuczna inteligencja ma pozostać zamknięta w sejfach kilku korporacji, czy jej modele będą otwarte, a więc dostępne dla nas w inny sposób?
Konflikt dzieli dziś ostro Dolinę Krzemową. Spółki AI rządzą giełdami i spora część korporacyjnej Ameryki kwestionuje ten układ sił. Nie chce przepłacać. Dlatego Palantir i Nvidia zapowiedziały niedawno stworzenie "suwerennej AI" dla rządu i firm, opartej na otwartych modelach.
I tutaj w ten spór jeszcze mocniej wchodzą Chiny. Obiecują otwartą sztuczną inteligencję na masową skalę - dla każdego z nas.
W co grają i dlaczego może się zrobić bardzo niebezpiecznie? Przypomnijmy sobie, jak Google podbił rynek telefonów.