Świat

Szantaż oparty o technologię Rosjan. Broń Kima łudząco przypomina radziecką R-27

Świat


Odpalona w minionym tygodniu przez Koreę Północną rakieta jest z zewnątrz niemal identyczna ze starym, ale nadal groźnym, radzieckim pociskiem R-27. Już od wielu lat spekulowano, że Rosjanie sprzedali jego sekrety, ale zdjęcia z testu są pierwszym namacalnym dowodem na to, że Koreańczykom przynajmniej częściowo udało się je opanować. Oznacza to poważne wyzwanie dla wielu państw w regionie.

Test rakiety określanej przez północnokoreański reżim jako Musudan (Gwiazda Północna) miał miejsce dziewiątego maja u wschodnich wybrzeży Korei Północnej, niedaleko bazy morskiej Sinpo. Próbę osobiście "nadzorował" dyktator Kim Dzong Un.

Zdjęcia z wydarzenia poddano modyfikacjom. Niektóre, jak na przykład te przedstawiające wodza kilkaset metrów od startującej rakiety, są oczywistym fotomontażem. Na innych wyraźnie zmieniono wygląd obłoku dymu wytworzonego przez startującą rakietę. Nie jest jasne w jakim celu, choć sam pocisk wygląda na autentyczny, a fakt jego lotu potwierdziły władze Korei Południowej.

Co mówią zdjęcia?

Ze zdjęć wynika, że udało się odpalić rakietę spod wody. Koreańczycy zapewniają, że wystrzelono ją z zanurzonego okrętu podwodnego nowego typu, który jest widoczny w pozycji wynurzonej na jednym ze zdjęć. Nie jest jednak wykluczone, że start odbył się ze specjalnej podwodnej platformy testowej. Ze zdjęć wynika wyraźnie, że tuż po znalezieniu się nad wodą rakieta zaczęła gwałtownie skręcać i lecieć bardziej w bok niż w górę. Według władz Korei Południowej, pocisk przebył jedynie około stu metrów, zanim spadł do wody. Można wobec tego założyć, że próba miała jedynie na celu przetestowanie samego startu i nie chciano dawać szansy do obserwacji całego lotu rakiety, albo po prostu rakieta zawiodła w krytycznym momencie całego lotu, kiedy musi się ustabilizować po przebiciu powierzchni wody. Udostępnione zdjęcia pozwalają również dość jednoznacznie stwierdzić, że odpalony pocisk jest lekko zmodyfikowaną kopią radzieckiej rakiety R-27M (oznaczenie NATO SS-N-6 Sawfly). To konstrukcja z lat 60. XX wieku, ale niezmiennie posiadająca bardzo dobre osiągi.

Pomoc zaprzyjaźnionych dyktatur

Pierwsze sygnały o możliwości sprzedania przez Rosjan do Korei Północnej tajemnic związanych z R-27 pojawiły się już dziesięć lat temu. Transakcja miała nastąpić jeszcze wcześniej, w latach 90. XX wieku W tamtych czasach wiele byłych radzieckich biur konstrukcyjnych i fabryk zbrojeniowych musiało samodzielnie dbać o znalezienie sobie źródła utrzymania, bowiem państwo rosyjskie praktycznie zaprzestało ich finansowania.

W takiej sytuacji znalazło się między innymi biuro konstrukcyjne Makejewa z miasta Miass. Od swojego założenia w 1947 roku opracowywało ono rakiety balistyczne odpalane z okrętów podwodnych i do końca istnienia ZSRR miało w tym zakresie monopol. Wszystko wskazuje na to, że po rozpadzie imperium, podobnie jak wiele innych rosyjskich firm zbrojeniowych, zaczęło wyprzedawać swoje sekrety. Jednym z bardziej obiecujących klientów była wówczas Korea Północna, która od lat 80. intensywnie rozwijała swój program rakietowy przy pomocy ZSRR. Dobrowolnie Kreml był jednak skłonny zezwolić na sprzedaż jedynie starych i prostych pocisków określanych przez NATO jako SCUD (choć nazwa ta obejmuje wiele różnych typów i podtypów rakiet).

W latach 90. sytuacja się zmieniła i w połowie tej dekady do Korei Północnej trafiły między innymi znacznie nowsze rakiety balistyczne krótkiego zasięgu Toczka (za pośrednictwem Syrii), które są już od kilku lat prezentowane na paradach w Pjongjangu jako Toksa (KN-02 według zachodnich oznaczeń). Prawdopodobnie w tym samym czasie, już bezpośrednio z Rosji i biura Makejewa, musiała zostać dostarczona technologia znacznie większej oraz bardziej skomplikowanej rakiety R-27.

Zmodyfikowana R-27 oznaczona literą U, która zamiast jednej głowicy mogła przenieść trzy. Wyraźnie widać je na szczycie rakietydomena publiczna/wikipedia

Trudne zadanie dla inżynierów

Nie wiadomo, co dokładnie dostali Koreańczycy - czy całe rakiety, czy też ich części i plany. Niemal na pewno do Korei Północnej przyjechali specjaliści z biura Makejewa, którzy pomagali opanować skomplikowane technologie. Co działo się później, nie jest jasne. Sygnały o pracach nad koreańską wersją R-27 nazwaną Musudan pojawiły się około roku 2004, ale pokazano je pierwszy raz na paradzie dopiero w 2010 roku i to jedynie w formie atrap. Były o około dwa metry dłuższe niż oryginalne radzieckie rakiety, ale w biurze Makejewa pracowano swojego czasu nad przedłużoną wersją R-27 oznaczoną literą M, która nie weszła do produkcji. Po paradzie słuch o nowych pociskach zaginął. Co najważniejsze, do momentu ostatniej próby z 9 maja nie zarejestrowano żadnego lotu testowego R-27/Musudan, a są one niezbędne, aby dopracować nową konstrukcję. Podczas prac nad rakietami w USA czy Rosji próby są przeprowadzane dziesiątkami, a oba te państwa dysponują drastycznie lepszym zapleczem przemysłowym i naukowym niż Korea Północna, nie wspominając o pieniądzach. Nawet zakładając, że Rosjanie dokładnie wytłumaczyli Koreańczykom co i jak, to wyprodukowanie przez nich w większej ilości niezawodnych i celnych rakiet bez ich testowania jest mało możliwe. Głównie z powodu braku prób, w 2012 roku w analizie na temat północnokreańskiego programu rakiet dalekiego zasięgu, amerykański thin ktank RAND uznał, że najprawdopodobniej jest on blefem. Eksperci ocenili, że opanowanie skomplikowanych technologii związanych z seryjną produkcją pocisków jest poza możliwościami Korei Północnej. Uznano natomiast za możliwe, że Koreańczycy przy pomocy technologii Rosjan tworzą nieliczne rakiety wytwarzane raczej na zasadzie manufaktury niż seryjnej produkcji. Oznacza to, że owszem, Pjongjang będzie dysponował pociskami o teoretycznie dużym potencjale, ale ich niezawodność i przydatność z punktu widzenia wojskowego będzie niska. Należałoby je nazwać raczej bronią o charakterze terrorystycznym i psychologicznym, zwłaszcza w połączeniu z możliwością zamontowania na nich głowic jądrowych. Choć szansa, że zadziałają zgodnie z założeniem, będzie niska, to władze takich państw jak Korea Południowa, Japonia czy USA nie będą mogły zignorować takiego ryzyka i reżim w Pjongjangu zyska silną kartę atutową w dyplomacji.

Nauka ze złomu

Taka strategia wydaje się jak najbardziej pasować do potrzeb Korei Północnej, która i tak najpewniej nie miałaby środków na seryjną produkcję dużych i drogich rakiet w rodzaju R-27/Musudan. Zwłaszcza, że ze względu na ich konstrukcję ich odpalanie z lądu jest ryzykownym zadaniem. R-27 skonstruowano specjalnie do odpalania z okrętów podwodnych, gdzie mogą przez lata tkwić bezpiecznie w szczelnych silosach, izolowane od warunków atmosferycznych i narażone na jedynie niewielkie wstrząsy. Z uwagi na to są bardzo lekko zbudowane i nie nadają się do bezpiecznego odpalania z mobilnej wyrzutni lądowej. Teoretycznie można by wzmocnić ich konstrukcję, ale oznaczałoby to znaczny spadek osiągów. Wobec tego, aby w pełni wykorzystać potencjał R-27, Koreańczykom był potrzebny okręt podwodny i jest bardzo możliwe, że to przez powolne prace nad nim tak długo nie było żadnych informacji na temat nowych rakiet. Pierwsze jawne doniesienia o nowej jednostce pojawiły się dopiero w 2014 roku, gdy okręt dostrzeżono na zdjęciach satelitarnych bazy Sinpo. Rozmiary i konstrukcja wskazują, że jest to północnokoreańska wersja starych radzieckich okrętów typu Golf. Kilka takich jednostek zakupiono od Rosji na początku lat 90. do złomowania. Rosjanie zapewniają, że były to zardzewiałe i puste kadłuby, ale biorąc pod uwagę to ile technologii przekazali północnokoreańskiemu reżimowi, może to nie być prawdą. Jest też możliwe, że Koreańczycy dokładnie przebadali stare radzieckie okręty i mozolnie zbudowali ich własną wersję przy wsparciu inżynierów z Rosji. Co znamienne, w latach 70. w ZSRR testowano lekko zmodyfikowaną wersję R-27, właśnie przy pomocy przebudowanej jednostki typu Golf. Przenosiła pojedynczą rakietę. Jest więc jasne, że da się to zrobić, a co więcej opracowano już odpowiednie technologie, które za odpowiednią cenę mogły trafić do Korei Północnej. Północnokoreański okręt na pewno mocno odstaje od podobnych konstrukcji np. z Korei Południowej, ale zakładając, że program rakietowy Pjongjangu jest blefem, to wcale nie musi być nowoczesny. Wystarczy, że przeniesie choć jedną rakietę Musudan i stworzy teoretyczną możliwość jej odpalenia np. w kierunku Tokio.

Wyraźnie widoczny nowy okręt w nowym basenie portowym. Widać, że ma duży kiosk, w którym mogą być ukryte silosy dla rakietGoogle

Trafi tylko w duże miasto

Zasięg północnokoreańskiej rakiety jest szacowany na od 1,5 do trzech tysięcy kilometrów. Problem w tym, że na maksymalnym dystansie musi być bardzo niecelna. Na oryginalnych radzieckich R-27 montowano potężne głowice termojądrowe o mocy jednej megatony (kilkadziesiąt razy więcej niż bomby z Hiroszimy czy Nagasaki). Skalą eksplozji miały rekompensować fakt, że rakieta ma tylko 50 procent szans na to, że trafi gdzieś w okolicy celu, w okręgu o promieniu dwóch kilometrów. W przypadku nowoczesnych konstrukcji ta wartość (oznaczana angielskim skrótem CEP) wnosi około stu metrów, a nawet mniej. Korea Północna na pewno nie dysponuje technologią budowy tak potężnych głowic, jakie na R-27 montowali sowieci. Może je zastąpić swoimi prostymi ładunkami zbliżonymi mocą do pierwszych konstrukcji amerykańskich. Oznacza to, że Musudan nie ma żadnego zastosowania wojskowego, bowiem nie nadaje się do skutecznego ostrzelania np. baz amerykańskich na Guam. W zupełności wystarczy natomiast do celów terrorystycznych. Prawdopodobieństwo poprawnego zadziałania całego systemu, którego Koreańczycy z północy praktycznie nie testowali, będzie niskie, ale niemożliwe do zignorowania. Oznacza to, że w Korea Południowa, Japonia i USA będą jeszcze więcej inwestować w systemy antyrakietowe, oraz we floty, których zadaniem będzie śledzić każdy ruch północnokoreańskiego okrętu z rakietami i zatopić go, zanim będzie mógł je odpalić.

Autor: Maciej Kucharczyk\mtom / Źródło: tvn24.pl