Masz subskrypcję?
Właśnie wybiło południe. Upał jak diabli. Na trybunach stadionu Rose Bowl w kalifornijskiej Pasadenie prawie sto tysięcy ludzi. Za chwilę na murawę wybiegną Brazylijczycy i Włosi, by rozegrać finał mistrzostw świata. Ale zanim to nastąpi, na chwilę pojawia się na niej król futbolu Pele, a publiczność czaruje będąca u szczytu popularności Whitney Houston. Przy dźwiękach hitu "I Wanna Dance with Somebody" kibice oczekują na decydujące starcie.
17 lipca 1994 roku przeszedł do historii futbolu, ale też zapisał się jako element popkulturowego dziedzictwa mundialu. Ostatni wówczas akt wielkiej operacji o nazwie "ekspansja piłki nożnej do USA", która zaczęła się na długo przed turniejem.
Symboliczne, że mecz odbywał się zaledwie 30 kilometrów od Hollywood, światowej stolicy kina. I chociaż samo widowisko nie było może jak wybity film, to miało dramatyczne zakończenie, godne solidnego dreszczowca. Rozstrzygnięte na korzyść Brazylii dopiero po 120 minutach, po raz pierwszy w historii po rzutach karnych, z historycznymi pudłami Włochów i filmowymi scenami po ostatnim gwizdku.
Teraz czeka nas piłkarski sequel. Kolejne podejście do zarażania Ameryki Północnej futbolem w rozumieniu europejskim. Czy tym razem skończy się happy endem?