Świat

Teatr zwykłego posła, acz miliardera, w którym lewica i prawica znaczą co innego

Świat


Kto może czuć się zwycięzcą niedawnych wyborów w Mołdawii? Kto tak naprawdę rządzi w tym kraju? Co wyniki wyborów oznaczają dla relacji Mołdawii z Zachodem i Rosją? Na pytania tvn24.pl odpowiada Kamil Całus, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich.

Kto może czuć się zwycięzcą wyborów 24 lutego w Mołdawii?

Mołdawska scena polityczna to teatr. Mało która z występujących na niej partii w istocie reprezentuje idee, które głosi. Hasła i poglądy polityków stanowią najczęściej element tzw. polittechnologii, a więc obliczone są wyłącznie na zagospodarowanie jak największej części elektoratu. Nie jest to oczywiście zjawisko występujące tylko w Mołdawii, ale to właśnie w tym kraju przybrało ono rozmiary niespotykane w naszej części Europy. Nic nie jest tu tym, czym się wydaje.

Dla przykładu, pojęcia "lewica" i "prawica" znaczą w Mołdawii coś zupełnie innego niż w Europie Zachodniej i Środkowej. Tu odnoszą się one właściwie wyłącznie do promowanego przez dane ugrupowanie kursu geopolitycznego. Lewica w Mołdawii jest z definicji prorosyjska, a przy tym – co może wydawać się paradoksalne – bardzo konserwatywna, silnie związana z cerkwią i niechętna mniejszościom seksualnym. Lokalna prawica jest zaś prozachodnia, ale przy tym dużo bardziej liberalna światopoglądowo niż lewica. To w jej szeregach odnajdziemy także polityków opowiadających się za zjednoczeniem Mołdawii z Rumunią, a więc – de facto – za unicestwieniem mołdawskiej państwowości. W porównaniu z prawicą nacjonalistami mołdawskimi są więc reprezentanci… lewicy, bo to oni podnoszą hasła niezależności od Rumunii, silnej mołdawskiej tożsamości i odrębności kulturowej.

Jak w każdym porządnym teatrze i w Mołdawii mamy też do czynienia z reżyserem, a właściwie, jak mówi się tam "lalkarzem", który pociąga za sznurki i zawiaduje całym politycznym przedstawieniem. Uzbrojeni w tę wiedzę możemy przejść do analizy wyników wyborów parlamentarnych.

Patrząc na liczbę mandatów zdobytych przez poszczególne partie, moglibyśmy dojść do wniosku, że nikt nie odniósł decydującego zwycięstwa. Na 101 miejsc w mołdawskim parlamencie 35 posłów uzyskała prorosyjska Partia Socjalistyczna związana z prezydentem Igorem Dodonem, zaś 30 miejsc obsadzi rządząca do tej pory i oficjalnie opozycyjna wobec socjalistów, opowiadająca się za współpracą z UE Partia Demokratyczna kierowana i finansowana przez oligarchę i najbogatszego człowieka w kraju, Vlada Plahotniuca.

Pierwsze skrzypce w polityce i biznesie gra w Mołdawii Vlad PlahotniucWikipedia (CC BY SA 2.0)

Kolejne 26 mandatów zdobył prozachodni i nawołujący do głębokich reform blok ACUM (po rumuńsku Teraz), zaś ostatnim ugrupowaniem, które dostało się do parlamentu, jest populistyczna, sympatyzująca z Rosją Partia owianego bardzo złą sławą biznesmena Ilana Sora. Brakujące trzy miejsca zajmują posłowie mieniący się "niezależnymi".

Na pierwszy rzut oka mogłoby się więc wydawać, że największe poparcie uzyskały ugrupowania o profilu prozachodnim. Demokraci wraz z ACUM mają przecież w sumie 56 głosów, czyli większość, prawda? Cóż, nie w mołdawskiej rzeczywistości. Oto bowiem pierwsze skrzypce w polityce i biznesie gra tam wspomniany już wcześniej Vlad Plahotniuc. Ten dysponujący majątkiem szacowanym na 2-2,5 miliarda dolarów (PKB Mołdawii to 8 miliardów) oligarcha w ciągu ostatnich lat zdołał zawłaszczyć właściwie cały aparat administracyjny oraz podporządkować sobie biznes. Kontroluje on parlament, na którego czele stoi jego krewny, Andrian Candu, rząd, którego premierem jest jego wieloletni współpracownik, sądownictwo, trybunał konstytucyjny i wszystkie inne kluczowe instytucje w państwie.

Żadna istotna decyzja nie jest podejmowana bez wiedzy i zgody Plahotniuca. Jednocześnie nie pełni on żadnej funkcji państwowej, jest tylko przewodniczącym Partii Demokratycznej oraz jednym z posłów mołdawskiego parlamentu. Niestety – dla Plahotniuca – cierpi on na ogromny problem wizerunkowy. Zdecydowana większość społeczeństwa mu nie ufa lub wprost go nienawidzi. Jego nazwisko kojarzone jest z największymi skandalami korupcyjnymi w Mołdawii, na czele z kradzieżą stulecia, jak nazywa się wyprowadzenie w 2014 roku z systemu bankowego tego niewielkiego państwa miliarda dolarów. Ten brak popularności sprawia, że Plahotniuc nie może rządzić zupełnie sam. Potrzebuje pomocnika. Tym zaś jest właśnie prezydent Igor Dodon oraz związana z nim partia socjalistów.

Obaj politycy utworzyli specyficzny system rządów, będący swoistym kartelem politycznym. Na czym kartel ten polega? Otóż obydwie tworzące go partie na poziomie retorycznym i propagandowym prowadzą ze sobą zaciekłą wojnę. Jedna z nich jest w końcu nominalnie prorosyjska a druga proeuropejska. Zarówno demokraci jak i socjaliści przez kilka ostatnich lat skupiali się w swojej narracji wyborczej na pogłębianiu podziałów społecznych. I szło im to doskonale, bo prowadzona przez nich pozorowana walka ideologiczno-polityczną wzbudza wśród Mołdawian ogromne emocje i głęboko polaryzuje społeczeństwo.

W rezultacie nawet niechętni Plahotniucowi zwolennicy kursu prozachodniego rozumują w ten sposób: "Plahotniuc i demokraci nie są godni zaufania, nie lubię ich i nie chcę, by rządzili. To złodzieje. Ale z drugiej strony, jeśli na nich nie zagłosuję, to do władzy dojdą siły prorosyjskie, a to jeszcze gorzej. Do tego nie mogę dopuścić…" I tak proeuropejski wyborca zagryza zęby i głosuje na demokratów. Jednocześnie walka ta ogranicza przestrzeń dla faktycznej opozycji, bo przecież i prawa, i lewa strona (w rozumieniu mołdawskim) są już zajęte. Zresztą, niewielkie ugrupowania opozycyjne spychane są na margines politycznej debaty, bo demokraci i socjalisci kontrolują ponad 80 procent przestrzeni medialnej w kraju. Przeciętny Mołdawianin widzi więc głównie spór między tymi siłami. Jakiekolwiek nowe parte wydają się niepoważne, małe i nieistotne, gdy walczą ze sobą tacy giganci.

Warto też dodać, że w samym kartelu nie ma żadnej równowagi. Głównym rozgrywającym jest tu o wiele bogatszy i potężniejszy od Dodona Plahotniuc. Wiele wskazuje na to, że sam Dodon w znacznym stopniu kontrolowany jest przez Plahotniuca dzięki m.in. zgromadzonym przez oligarchę materiałom kompromitującym obecnego prezydenta. Co więcej, to Plahotniuc pomógł Dodonowi stać się prezydentem, a jego partii urosnąć do jej obecnych rozmiarów. Czy zrobiłby to nie mogąc panować nad tym? Kto zatem może czuć się zwycięzcą obecnych wyborów? Plahotniuc, a szerzej obecny układ oligarchiczny, zainteresowany przede wszystkim nie polityką, a własnym interesem.

Prezydent Igor Dodon - partner w mołdawskim "kartelu"Shutterstock

Kto jeszcze poza rządzącym kartelem znalazł się w parlamencie?

Mimo że wybory konserwują stary system, należy zwrócić uwagę, ze antyoligarchiczna, walcząca z Plahotniuciem i Dodonem opozycja proeuropejska (tj. prawdziwie proeuropejska) reprezentowana przez ACUM uzyskała rewelacyjny wynik, zdobywając wspomniane 26 mandatów. Zawdzięcza je przede wszystkim licznemu elektoratowi protestu, który świadomy jest istnienia kartelu Plahotniuc–Dodon i dąży do jego likwidacji. To ważny wynik, bo może stanowić dla opozycji dogodny punkt wyjścia przed planowanymi na czerwiec wyborami lokalnymi.

Wynik ten robi szczególne wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że dwie wchodzące w skład bloku partie finansują się właściwie niemal wyłącznie ze składek płynących od społeczeństwa oraz małego biznesu i nie posiadają za sobą potężnego konglomeratu medialnego jak demokraci czy socjaliści. Środki wydane przez te ugrupowania podczas kampanii wyborczej stanowił ułamek tego, co wydały główne ugrupowania. Było to widać szczególnie na ulicach, gdzie opozycja nie miała właściwie żadnych bilbordów. Inwestowała za to w tanią reklamę internetową oraz media społecznościowe, które idealne trafiały do młodych ludzi, czyli fundamentu elektoratu prozachodniego i proeuropejskiego.

Zresztą nie tylko pieniądze stanowiły problem dla bloku antysystemowego. Zarówno demokraci jak i socjaliści prowadzili przeciwko niemu od wielu już miesięcy negatywną kampanię wizerunkową. Jedna z liderek ACUM, była minister edukacji 40-letnia Maia Sandu, była atakowana za to, że nie ma męża i dzieci. W konserwatywnym społeczeństwie mołdawskim wystawia ją to na "zarzut" homoseksualizmu. I nie ma większego znaczenia, że Sandu regularnie dementuje te plotki - Mołdawianie z łatwością zaakceptują rozwódkę czy samotną matkę, ale lesbijka nie zdobędzie już takiego poparcia.

Wreszcie mamy do czynienia z bodaj najbardziej kuriozalnym ugrupowaniem, które dostało się do parlamentu mołdawskiego - z Partią Ilana Sora. Dlaczego jest to kuriozalne? Sor bowiem jest skazany za wspomniane wyprowadzenie miliarda dolarów z mołdawskiego sektora bankowego. To on był autorem skomplikowanego schematu, który umożliwił wyprowadzenie z najbiedniejszego kraju Europy tak niebotycznej sumy. I co? I nic.

W 2015 roku, czyli zaledwie rok po aferze, został wybrany merem Orgiejewa, niewielkiego miasta na północ od Kiszyniowa, a następnie rozpoczął ostrą ogólnokrajową kampanię wyborczą, apelując do biednych, emerytów i "ofiar transformacji". Obiecywał odbudowę kołchozów, przywrócenie kary śmierci itp. Jednym z jego haseł było "Wszędzie będzie jak w Orgiejewie!. Hasło to nie brzmiało wcale głupio, bo w ciągu ostatnich lat Sor z własnych pieniędzy sfinansował w Orgiejewie cały szereg inwestycji infrastrukturalnych. Ludzie myślą sobie o nim więc tak: "Może ukradł ten miliard, ale przynajmniej dzieli się z narodem!". Prawda jest jednak taka, że Sor jest w pełni uzależniony od Plahotniuca i głosy, którymi dysponuje, będą wspierały oligarchę. To od kontrolującego sądy Plahotniuca zależy bowiem czy i kiedy Sor usłyszy w swojej sprawie wyrok, który może zakończyć jego karierę i wysłać go do więzienia.

Mołdawia jest najbiedniejszym krajem Europy

Ale nawet z głosami Sora demokraci mają tylko 37 głosów. Jak będą rządzić bez większości? W koalicji z socjalistami?

Demokraci mają w zasadzie około 40 głosów, bo trzech rzekomo niezależnych kandydatów tak naprawdę też uważa się za wiernych Plahotniucowi. Koalicja z socjalistami jest możliwa, ale mało prawdopodobna. Obydwa ugrupowania, mimo że ze sobą współpracują, raczej nie chcą zawierać sojuszu, bo to zniszczy budowaną przez nie misternie iluzję. Ale możliwy jest rząd mniejszościowy wspierany taktycznie przez socjalistów. Niewykluczone też, że demokraci zdołają przekupić posłów z ACUM. Mówi się też, że Plahotniuc, jeśli to będzie konieczne, rozbije socjalistów i tam znajdzie potrzebne głosy. Oligarcha zrobił tak już wcześniej z niegdyś potężną Partią Komunistów byłego prezydenta Vladimira Voronina.

Co wyniki wyborów oznaczają dla relacji Mołdawii z Zachodem i Rosją?

Oznaczają dalsze pogorszenie relacji z Zachodem. Vlad Plahotniuc, mimo że mieni się politykiem proeuropejskim i próbuje na wszelkie sposoby udowadniać, że jego partii zależy na integracji Mołdawii z Unią Europejską, jest tak naprawdę zainteresowany przede wszystkim ochroną własnych interesów biznesowych i pozycji w kraju. W praktyce znaczy to, że nie chce reformować administracji, uwolnić sądownictwa spod swojej politycznej kontroli czy też zdemonopolizować rynku medialnego. To uderzałoby w niego samego i Plahotniuc doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Tymczasem Bruksela i pozostali partnerzy z Zachodu są bardzo krytycznie nastawieni wobec tego, jak rozwija się sytuacja w Mołdawii. Brak realnych reform sprawił, że UE stopniowo ogranicza od pewnego czasu pomoc finansową, która wcześniej szerokim strumieniem płynęła do mołdawskiego budżetu. Latem 2018 roku Bruksela zamroziła 100 milionów euro wsparcia makrofinansowego w odpowiedzi na arbitralne nieuznanie niewygodnego dla Plahotniuca wyniku wyborów na mera Kiszyniowa. Utrzymanie się u sterów władzy Plahotniuca oznacza więc dalsze pogarszanie się relacji dwustronnych.

Nie lepiej będzie z Rosją, choć tu sytuacja napięta jest już od dawna. Moskwa tradycyjnie sprzeciwia wszelkim siłom politycznym promującym w Mołdawii integrację z UE. I nie ma większego znaczenia, czy chcą one ten proces realnie prowadzić (jak ACUM) czy też tylko go imitują (jak demokraci). Moskwie chodzi o wizerunek. Dlatego też chciałaby ona widzieć u władzy w Kiszyniowie partię prorosyjską. Z tego powodu wspierała ona przez ostatnie lata prezydenta Dodona oraz socjalistów.

Sam Dodon w ostatnim czasie wielokrotnie przyjmowany był w Moskwie przez kluczowych polityków rosyjskich, co miało budować jego wizerunek męża stanu i przysparzać socjalistom popularności wśród elektoratu prorosyjskiego. Pod koniec 2018 roku strona rosyjska, chcąc wesprzeć Dodona, zdecydowała się zawiesić na okres sześciu miesięcy wprowadzone jeszcze w 2014 roku (w związku z podpisaniem przez Kiszyniów umowy stowarzyszeniowej z UE) cła na szereg istotnych z punktu widzenia mołdawskiej gospodarki produktów eksportowych (głównie owoce, warzywa i wina). Jednocześnie Moskwa zadeklarowała, że mołdawscy gastarbeiterzy (ich całkowitą liczbę w Rosji szacuje się na ok. 500–600 tys.), którzy złamali prawo migracyjne (np. ze względu na przekroczenie dozwolonego czasu pobytu), będą mogli między 1 stycznia a 24 lutego 2019 roku bezkarnie opuścić terytorium Federacji Rosyjskiej, a nałożone na nich zakazy wjazdu zostaną ponownie rozpatrzone.

Działania takie miały na celu nie tylko poprawę wizerunku socjalistów, lecz także umożliwienie jak największej liczbie zwolenników tej partii oddania głosu w wyborach. Moskwa niby zdaje sobie sprawę z istnienia Plahotniukowsko-Dodonowskiego kartelu, ale mimo to woli wspierać ugrupowania nawołujące do współpracy z Rosją. Wydaje się, że Rosjanie mieli nadzieję, że Dodon uzyska w ostatnich wyborach ponad 50 procent i zdoła wyrwać się spod kontroli Plahotniuca. Wyraźnie widać, że wynik sił prorosyjskich rozczarował decydentów na Kremlu oraz tamtejsze media, które zaczęły krytycznie wypowiadać się na temat prezydenta Mołdawii.

Czy wyniki wyborów będą miały jakikolwiek wpływ na sytuację w Naddniestrzu?

Raczej nie należy się tego spodziewać. Co prawda prezydent Dodon zaczął ostatnio po raz kolejny promować wpisującą się w linię polityczną Kremla ideę reintegracji Naddniestrza z Mołdawią, ale wydaje się raczej mało prawdopodobne, by sytuacja ta wyszła poza poziom rozważań i deklaracji. Elity polityczne w Kiszyniowie czerpią określone korzyści finansowe z istnienia Naddniestrza. Między nimi a separatystycznymi władzami w Tyraspolu funkcjonuje cała sieć powiązań biznesowych i schematów korupcyjnych, które możliwe są właśnie dzięki istnieniu zawieszonego w prawnej próżni Naddniestrza.

Autor: Maciej Tomaszewski / Źródło: tvn24.pl