LOT: nie było awarii; Pilot: mieliśmy problem z prędkością

Świat

Aktualizacja:
PAP/EPACzy na pokładzie Boeinga doszło do awarii?

Należący do LOT-u Boeing 767 z 206 pasażerami na pokładzie wpadł w duże turbulencje i zawrócił znad North Bay w Kanadzie, by lądować w Toronto. - Nie było żadnej awarii - uspokaja LOT. Ale w rozmowie z wieżą pilot informuje, że ma problemy w prędkością.

Chwile grozy pasażerowie przeżyli, gdy w ponad godzinę po starcie do Warszawy ich Boeingiem targnęły gwałtowne turbulencje. Maszyna z 206 pasażerami i 10 członkami załogi na pokładzie znajdowała się wtedy w rejonie potężnych burz.

Informacje dostaliśmy od internautów na Kontakt TVN24. "Pasażerowie, są przerażeni. Samolot nagle zaczął tracić wysokość, potem po zrzuceniu paliwa, w towarzystwie dziwnych dźwięków, hałasów lądował" - napisała Joanna.

LOT: Nie było awarii

- To nie było lądowanie awaryjne. Na wysokości około 33 tys. stóp nasz samolot z Chicago do Warszawy wpadł w turbulencje - tłumaczy w TVN24 dyrektor biura komunikacji korporacyjnej LOT-u Jan Kreczmar. Zaznaczył, że choć kapitan nie był obligowany do tego przepisami, podjął decyzję o lądowaniu Toronoto, by sprawdzić wszystkie urządzenia. - To dowód jego dużej odpowiedzialności za naszych pasażerów - ocenił Kreczmar.

Po przeglądzie w Kanadzie samolot bez problemów pokonał Atlantyk i wylądował w Warszawie.

Piloci-fachowcy

Przedstawiciel LOTu podkreślał, że turbulencje, choć nieprzyjemne, zdarzają się na tej wysokości, a wpływ niekorzystnych zjawisk pogodowych można tylko ograniczać "jakością sprzętu i wyszkolenia załogi".

"Nie potrzebujemy karetek"

Więcej światła na całe zdarzenie rzuca rozmowa, którą pilot polskiego samolotu przeprowadził z wieżą kontrolną w Toronto. - Czy potrzebujecie karetek albo jakieś pomocy przy wejściu? - pytała wieża. - Nie, nie, tylko podczas lotu do Warszawy wpadliśmy w turbulencje i mieliśmy problem z prędkością - odpowiedział pilot.

W dalszej części nagrania są głównie komunikaty dotyczące naprowadzenia na właściwy pas.

"Myślałem, że to koniec"

Znacznie bardziej dramatyczną wersję przedstawił jeden z pasażerów feralnego lotu. - Było strasznie. Myślałem, że to już koniec - powiedział podróżny "Dziennikowi".

- Samolotem trzęsło niemiłosiernie. Po kolejnym wstrząsie zrobiło się ciemno, jakby wszystkie systemy elektroniczne przestały działać - opowiadał dziennikarzom pasażer. Po chwili światło się zapaliło, ale maszyna wydała dźwięk "jakby kadłub rozpadał się na części".

Okazało się, że maszyna zaczęła wtedy gwałtownie obniżać wysokość. Na na specjalistycznych amerykańskich portalach lotniczych można znaleźć zapisy informacji radarowych lotu 002 - widać, jak w ciągu trzech minut Boeing traci ponad dwa kilometry wysokości - czytamy w "Dzienniku".

Źródło: Kontakt TVN24, avherald.com, Dziennik

Źródło zdjęcia głównego: PAP/EPA