Za najnowszą odsłoną politycznego kryzysu w Izraelu stoi przede wszystkim partia Sztandar Tory, reprezentująca ultraortodoksyjnych Żydów (charedim). Ugrupowanie, które do tej pory było sojusznikiem Likudu premiera Netanjahu, zapowiedziało, że będzie dążyć do przedterminowych wyborów, ponieważ ten nie dotrzymał obietnicy: nie przeforsował w Knesecie ustawy zwalniającej ultraortodoksów ze służby wojskowej. Pomysł spodobał się opozycji, która złożyła własny wniosek o rozwiązanie Knesetu. Dzień później podobny manewr wykonał sam Netanjahu.
Zdaniem dr Agnieszki Bryc, politolożki i ekspertki ds. Bliskiego Wschodu z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, izraelski premier chciał w ten sposób przejąć kontrolę nad procesem. - Żeby nie było tak, że trzy małe partyjki będą go szantażować - mówi ekspertka.
To jednak ślepa uliczka dla obu stron. - Klęska Netanjahu to też ich klęska. Są z nim tak zblokowani, że trudno im uciec - twierdzi Bryc. Jej zdaniem to "krzyk rozpaczy ortodoksów".