"Niebezpiecznie jest nie tylko w Wenezueli, której prezydent został na początku stycznia pojmany przez komandosów z amerykańskiej jednostki Delta Force, ale też po drugiej stronie granicy, w Kolumbii"- pisze analityczka Elizabeth Dickinson na łamach dziennika "New York Times" w tekście pod tytułem "Coś złego szykuje się na granicy".
Przewrót w Caracas może wpłynąć na zaostrzenie przemocy w przygranicznym regionie Catatumbo słynącym z upraw koki. Kolumbijskie bojówki używają tu dronów do bombardowania nie tylko baz wojskowych, ale także szpitali i dzielnic miast. Od połowy grudnia, jeszcze przed amerykańską interwencją, ich działania przyczyniły się do wysiedlenia tysięcy ludzi z okolicy przygranicznej. Wysłanie w styczniu tysięcy żołnierzy w te okolice nie przyniosło oczekiwanego skutku i nie załagodziło terroru, z jakim muszą mierzyć się cywile, zauważa gazeta.
Armia Wyzwolenia Narodowego, lewicowa kolumbijska partyzantka, po upadku Maduro próbuje umocnić swoją kontrolę w regionie bogatym w narkotyki i złoża. Rywalizują z innym ugrupowaniem - FARC, czyli dysydencką frakcją zdemobilizowanej obecnie partyzantki Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii. Jak podsumowuje dziennik "El Colombiano", rząd w Caracas od lat zaprzeczał obecności kolumbijskich grup partyzanckich na swoim terytorium. Co innego twierdzą jednak agencje wywiadowcze.
Czemu partyzanci sieją terror po obydwu stronach granicy? "Aż połowa z około 6,3 tys. bojowników stacjonuje obecnie w Wenezueli, gdzie, przynajmniej do tego miesiąca, cieszyli się sojuszem z rządem opartym na obopólnej wygodzie". I, jak zauważa analityczka, "reżim Maduro najwyraźniej dał grupie zielone światło na rozszerzenie kontroli nad granicą" niedługo przed amerykańską interwencją. A granica między dwoma krajami, jak zauważa "The Guardian", jest nieszczelna.
Byli sojusznikiem przez lata. Zmienił to Trump
Kolumbia, która przez lata była sojusznikiem USA, teraz znalazła się na celowniku Trumpa. "Zwrócił się przeciwko Petro, grożąc bezpośrednimi atakami na Kolumbię dzień po pojmaniu Maduro 3 stycznia", przypomina dziennik. Jest to, jak komentuje, zaskakujący zwrot w polityce USA. Przez lata dla Waszyngtonu Kolumbia była najważniejszym sojusznikiem w tej części półkuli - zapewniał jej fundusze i pomagał walczyć z ugrupowaniami partyzanckimi w zamian za przekazywanie informacji wywiadowczych dotyczących przemytu narkotyków.
Presja na Bogotę ze strony USA, jak zaznacza analityczka amerykańskiego dziennika, "jest zarówno niebezpieczna, jak i potencjalnie samobójcza", bowiem szeregi choćby czołowej partyzantki mającej swoich członków po obu stronach granicy, "są wypełnione doświadczonymi partyzantami", którzy posiadają bogate doświadczenie w "improwizowanych ładunkach wybuchowych, zamachach bombowych o charakterze terrorystycznym, dronach i infiltracji protestów".
W obliczu chaosu po upadku Maduro partyzanci mogą zaostrzyć przemoc, by objąć kontrolę nad wenezuelskim "większym łupem" - kopalniami złota i pierwiastków ziem rzadkich. Co istotne - wenezuelskie wojsko, chętne zapewnić sobie udziały w zyskach - prawdopodobnie będzie działać w porozumieniu z nimi. To skutkuje atakami na cywilów.
Bojówki i kontrola większa niż rządu
Tereny przygraniczne są "poprzecinane korytarzami", po których bojówki partyzanckie "poruszają się płynnie i często sprawują większą kontrolę niż rząd", wskazuje Dickinson. Interwencja USA w Wenezueli otworzyła pole do ich ekspansji - zauważa.
Ich działania, mające na celu zwiększenie kontroli w regionie Catatumbo, zmuszają ludność do opuszczenia domów, jak było w przypadku Juliany, której przypadek opisuje "The Guardian". 50-letnia rolniczka z wioski Filo Gringo, w kolumbijskiej gminie El Tarra blisko granicy z Wenezuelą, niedawno przeszła zawał serca. Przyznała, że stało się to z powodu presji spowodowanej szumem dronów. Ostatecznie partyzanci z FARC nakazali jej opuszczenie działki.
- Nie miałam nawet czasu spakować ubrań - mówiła w biurze rzecznika praw obywatelskich w mieście Cúcuta, gdzie znaleźli z mężem schronienie. "Nie możemy tego dłużej znosić", mówił w rozmowie z brytyjskim dziennikiem Alberto, który wraz z ponad dwoma tysiącami cywilów uciekł z zagrożonych terenów. Jego rodzinę z domu wypędzili właśnie partyzanci. "Po prostu wiemy, że w naszym regionie jest źle. Nie mogliśmy zostać", dodał.
Uprawy koki, przemyt ludzi, zyski z nielegalnego górnictwa - to tylko niektóre z powodów, dla których zarówno ugrupowania zbrojne, jak i siły bezpieczeństwa obydwu krajów "mają głęboki interes, by przeciwstawić się zaprowadzeniu rządów prawa i czerpać zyski". Partyzanci biorą udział w negocjacjach z rządami w regionie - w zamian za dostęp do zysków z nielegalnego handlu zapewniają kontrolę społeczną czy terytorialną.
"Wszystko się zmieniło, ale pozostało bez zmian", komentował Javier Flores, analityk ds. bezpieczeństwa monitorujący region dla think tanku "Ideas for Peace" w Bogocie. Podkreślił, że partyzanci z Armii Wyzwolenia Narodowego nadal mają "jasną komunikację z wenezuelską władzą, a ta władza nadal jest na swoim miejscu", nawet mimo braku Maduro. Ministrowie obrony i spraw wewnętrznych, którzy są sojusznikami partyzanckich ugrupowań, nadal zajmują swoje stanowiska w rządzie.
Autorka/Autor: zeb//mro
Źródło: New York Times, Washington Post, The Guardian, El Colombiano
Źródło zdjęcia głównego: Ernesto Guzman/EFE/PAP/EPA