Świat

Kanada - pożegnanie tragicznie zmarłego Polaka

Świat

Aktualizacja:
Ryszard Madziąg - internautaPolak zginął, bo funkcjonariusze złamali zasady?

W kilku kanadyjskich miastach odbyły się uroczystości upamiętniające śmierć Roberta Dziekańskiego - Polaka, który zmarł na lotnisku gdy porazili go paralizatorem funkcjonariusze kanadyjskiej policji. Po tym zdarzeniu kanadyjski rząd rozważa ograniczenia w ich używaniu.

W mieście Kamloops w Kanadzie setki ludzi przyszły, by pożegnać tragicznie zmarłego Roberta Dziekańskiego. Uroczystość transmitowała ogólnokrajowa telewizja. Do kaplicy, w której żegnano zmarłego przyniesiono mnóstwo kwiatów, białych i czerwonych symbolizujących kolory flagi narodowej.

Przyjaciele rodziny czytali fragmenty listów Roberta do matki. Przed domem pogrzebowym czuwali ze świecami.

Znajomi i przyjaciele czytali listy Polaka do matki Ryszard Madziąg - internauta

Podobne ceremonie odbywały się także w innych miastach Kanady - w Victorii, Toronto i na na lotnisku w Vancouver, gdzie Polak poniósł śmierć w wyniku porażenia policyjnym paralizatorem.

W Kamloops, leżącym 3 godziny drogi od Vancouver, mieszka od kilku lat Zofia Cisowski, matka Roberta. Po sprowadzeniu go do Kanady miała razem z synem otworzyć firmę sprzątającą. Śmierć Roberta na lotnisku w Vancouver pokrzyżowała te plany, a będąca w szoku Zofia Cisowski jest teraz pod opieką psychiatry.

Ciało Roberta zostało już skremowane. Część prochów tragicznie zmarłego polskiego imigranta zostanie przewieziona do Polski - do rodzinnych Pieszyc. Druga urna pozostanie w Kanadzie. Tragiczny przylot Robert Dziekański zmarł 14 października. Mówiący tylko po polsku mężczyzna miał dołączyć w Kanadzie do swojej matki. Po raz pierwszy w życiu leciał samolotem. Według adwokata matki Dziekańskiego, mężczyzna przez dziesięć godzin czekał w hali odbioru bagażu, nie umiejąc z niej wyjść i nie wiedząc co ma robić. Nikt z pracowników lotniska nie zainteresował się wyraźnie zdezorientowanym pasażerem.

W tym czasie w hali przylotów czekała na niego matka. Nie mogła uzyskać nawet informacji, czy syn przyleciał, a do hali bagażowej, gdzie cały czas na nią oczekiwał, nie pozwolono jej wejść.

Zdarzenie zostało nagrane - tu możesz je zobaczyć. Na filmie widać jak zdesperowany mężczyzna kręci się koło automatycznych drzwi, w końcu blokuje je krzesłami i stołem. Później, co również zarejestrowano na filmie, podchodzi do stanowiska obsługi, chwyta komputer i rzuca go na ziemię, tuż obok stojących strażników. - On mówi po rosyjsku, trzeba tłumacza - krzyczał jeden z ochroniarzy, którzy nawet nie próbowali zbliżyć się do Polaka.

W końcu do Polaka podchodzi czterech policjantów. Gdy jeden z nich zadał pytanie, co się dzieje, Polak odwraca się plecami i wygląda na to, że zamierza odejść. Wówczas policjanci używają paralizatora.

Dziekański upada na ziemię i po kilkudziesięciu sekundach nieruchomieje. Chwilę później umiera.

Po akcji dyskusja o brutalności

Po tym wydarzeniu, w Kanadzie rozgorzała dyskusja na temat brutalności tamtejszej policji. Sprawa trafi do sądu, a kanadyjski rząd ogłosił już, że chce ograniczyć prawo policji do używania elektrycznych paralizatorów. Kanadyjski dziennik napisał, że interweniujący policjanci złamali zasady użycia paralizatora i przekroczyli swoje uprawnienia. Jedna z zasad stanowi, że paralizatory mogą być użyte wyłącznie wobec osoby, która próbuje uniknąć aresztowania lub stwarza zagrożenie dla innych. Na filmie widać, że Polak nie stawia oporu.

Według kolejnego przepisu, nie powinno się używać paralizatora wobec jednej osoby więcej niż raz. Robert Dziekański został porażony prądem dwukrotnie, w krótkim odstępie czasu. Gazeta podkreśla również, że po zastosowaniu szoku elektrycznego ofiara powinna mieć umożliwione swobodne oddychanie. Jednak wszyscy czterej policjanci przygnietli mężczyznę do podłogi, dwóch z nich oparło kolana o jego szyję i plecy.


Źródło: IAR, "Dziennik"

Źródło zdjęcia głównego: Ryszard Madziąg - internauta