"Economist" pisze w czwartek, że Europejczycy mogliby rozważać nawet trzy opcje obrony Grenlandii. Pierwsza z nich? Argumentowanie, że powody, jakie wymienia prezydent USA, uzasadniając potrzebę jej zawłaszczenia, nie mają uzasadnienia.
Wyspie nie zagrażają Rosja i Chiny - wbrew temu, co twierdzi Trump - a obecne umowy pozwalają USA na dowolne zwiększenie obecności wojskowej na Grenlandii. Ponadto znajduje się ona pod parasolem NATO. To - według brytyjskiej gazety - neutralizuje argument prezydenta dotyczący konieczności zagarnięcia wyspy ze względu na bezpieczeństwo Ameryki.
Z drugiej strony, nie broni się teza Trumpa, że USA potrzebują grenlandzkich surowców. Ich wydobycie byłoby tak drogie, że właściwie nieopłacalne, a amerykańskie firmy, które mogłyby zawrzeć kontrakty na ich eksploatację, nie za bardzo mają na to ochotę. Problem w tym, że argumenty te nie przekonują prezydenta - ocenia tygodnik.
CZYTAJ TAKŻE W TVN24+: Nowe szlaki wodne, metale ziem rzadkich. O co walczą Rosja, USA i Chiny
Odstraszanie lub nadzieja na rozproszenie uwagi
Były amerykański dyplomata - którego nazwiska "Economist" nie ujawnia - w rozmowie z tygodnikiem mówi, że wola zagarnięcia Grenlandii jest przede wszystkim podyktowana "obsesją (Trumpa - red.) dotyczącą jego dziedzictwa" historycznego.
W tej sytuacji - konstatuje tygodnik - Europie pozostają tak naprawdę dwie opcje. Pierwsza to odstraszanie.
Ekspert think tanku Europejska Rada Stosunków Zagranicznych (European Council on Foreign Relations) Jeremy Shapiro uważa, że powinno to polegać na podejmowaniu kroków, które wpłyną na "opłacalność" decyzji o próbie zajęcia wyspy. Byłyby to na przykład rotacyjna obecność europejskich wojsk na Grenlandii, zagrożenie sankcjami amerykańskim firmom i lobbowanie u przyjaźnie nastawionych republikanów w amerykańskim establishmencie.
Tutaj jednak pojawia się problem związany z Ukrainą. Jeśli postępowanie Europejczyków zirytuje administrację Trumpa, można się obawiać, że wycofa ona wstępne obietnice dostarczenia gwarancji bezpieczeństwa Kijowowi - wskazuje "Economist".
Europie - jak sugeruje tygodnik - pozostaje więc ostatnia opcja: liczyć na to, że coś rozproszy uwagę Trumpa i prezydent straci cierpliwość do zajmowania się Grenlandią.
Trump lubi "łatwe zwycięstwa"
Każda rozważana przez administrację forma zawłaszczenia wyspy wymagałaby starannego, długiego planowania, a potem cierpliwej realizacji. Jak twierdzi "Economist", "to nie są mocne strony prezydenta". Ma on teraz wiele na głowie, od Wenezueli po Iran, czekają go też wybory środka kadencji prezydenckiej, a niewielki procent Amerykanów popiera zajęcie Grenlandii siłą. Trump zaś lubi najbardziej "łatwe zwycięstwa".
Tydzień wcześniej "Economist" ostrzegał, że należy poważnie brać pod uwagę groźby Trumpa o przejęciu kontroli nad Grenlandią. Podał też, że administracja USA rozważa różne warianty takiego zawłaszczenia. Pierwszy miałby polegać na wzmocnieniu ruchu niepodległościowego na wyspie i podsycaniu niechęci do Danii. Drugim miałoby być zaoferowanie grenlandzkim władzom porozumienia przy całkowitym pominięciu duńskiego rządu. Na koniec jest też powtarzana przez Trumpa groźba użycia siły.
Tygodnik podał, że CIA i Agencja Bezpieczeństwa Krajowego (NSA) miały nasilić operacje wywiadowcze dotyczące grenlandzkiego ruchu niepodległościowego i otrzymać zadanie identyfikowania mieszkańców wyspy "życzliwych Ameryce".
Autorka/Autor: ms/akr
Źródło: PAP
Źródło zdjęcia głównego: PAP/EPA/SHAWN THEW / POOL