- w jakiej sprawie Waszyngton i Teheran prowadzą negocjacje oraz jakie są ich stanowiska;
- czy Stany Zjednoczone przygotowują się do wojny z Iranem;
- jak sytuację w kraju ocenia Ali M. Ansari, autor książki "Iran. Historia współczesna".
Jacek Tacik: Nie będzie wojny?
Ali M. Ansari: Iran i USA mają sprzeczne żądania i oczekiwania. Trump z jednej strony mówi, że będziemy zaskoczeni skalą ustępstw, jakie Iran ma zamiar poczynić, a z drugiej strony Irańczycy twierdzą, że nie pójdą na żadne ustępstwa.
Ktoś kłamie.
Podejrzewam, że Irańczycy będą przeciągać rozmowy tak długo, jak tylko się da. Aż w końcu amerykańska koncentracja wojskowa w regionie zacznie przynosić efekty i Teheran stanie się bardziej elastyczny.
Możliwy jest scenariusz, w którym obie strony uznają, że lepiej po prostu zostawić sprawy bez rozwiązania - z czymś w rodzaju "kontrolowanego Iranu". Bo ostatecznie irańska gospodarka jest w tej chwili tak słaba, że pod wieloma względami przewaga leży po stronie Zachodu, a konkretnie po stronie Stanów Zjednoczonych. Dużo zatem zależy od tego, czy Trump będzie miał cierpliwość, by doprowadzić ten proces do końca i co to będzie oznaczało w dłuższej perspektywie.
Ale na ten moment myślę, że sytuacja może pójść w obu kierunkach. Istnieje wyraźna możliwość, że dyplomacja zawiedzie i że możemy się znaleźć - jeśli nie w kontynuacji zimnej wojny - to nawet w gorącej wojnie.
Da się zmienić reżim, zrzucając na niego bomby?
Nie i nie wydaje mi się, żeby ktoś tak uważał w USA. Trump nie chce sam zmieniać władzy w Teheranie - chce stworzyć takie warunki, w których to sami Irańczycy doprowadzą do przewrotu. Administracja Trumpa może myśleć, że jakaś forma interwencji militarnej przeciwko władzy mogłaby ponownie rozpalić w Iranie protesty, które nie zostały do końca stłumione.
Wśród ludzi jest wciąż dużo gniewu. Liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła wyobrażenia. Reżim popełnił błąd.
Irańczycy mają już dość?
Osiemdziesiąt, może nawet dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa chce zmian, ale wystarczy, że pięć procent ludzi ma dostęp do broni, żeby tłumić wolnościowe zapędy większości. Zresztą - co warto podkreślić - duża część społeczeństwa pozostaje bierna.
O co tu chodzi? O gospodarkę?
Tak, chodzi o pieniądze. Niekoniecznie o politykę. Gdyby to był problem polityczny, ajatollahowie mogliby go rozwiązać. Mielibyśmy powtórkę z chińskiego Tiananmen - krwawe zdławienie ruchu politycznego.
Ludzie są w stanie znieść represje, kary, jeśli czują, że mają podstawowe środki do życia. Ale jeśli zostaną od nich odcięci, wyjdą na ulice. Protesty zaczęły się 28 grudnia ubiegłego roku z powodu spadku wartości waluty. Teraz za tę samą kwotę można kupić dużo mniej.
To przez sankcje?
Sankcje są jak sól wcierana w ranę, która powstała w wyniku samookaleczenia. Pogarszają sytuację, ale nie są same w sobie przyczyną bólu. Prawdziwy problem Iranu jest wewnętrzny.