Gruzini mają dość Zachodu. Układanie się z Rosją "to już nie herezja"

Świat

NATO ChannelNATO od ponad 10 lat proponuje Gruzji tylko współpracę wojskową (wideo archiwalne z ćwiczeń BALTOPS 2016)

Ze szczytu NATO w Warszawie Gruzini nie wracali do domu rozczarowani - nie dlatego, że zostali hojnie obdarowani na drogę, lecz dlatego, że niewiele się po podróży do Warszawy spodziewali - pisze dla Polskiej Agencji Prasowej Wojciech Jagielski.

- Po tylu latach oczekiwania, pochwałach i zachętach do dalszych wysiłków nikt poważnie w Gruzji nie liczył, że akurat w Warszawie zostaniemy oficjalnie zaproszeni do wstąpienia do NATO – mówi prof. Tejmuraz Papaskiri, dziekan wydziału historii najnowszej z tbiliskiego uniwersytetu im. Iwane Dżawachiszwilego. – Nie mieliśmy wielkich oczekiwań, wybierając się do Warszawy, więc i nie wracamy z niej rozczarowani.

Całe lata w kolejce

Chęć wstąpienia do NATO Gruzja zgłosiła już w latach 90., gdy rządził nią Eduard Szewardnadze (1995-2003). Za panowania jego następcy, najbardziej prozachodniego z dotychczasowych gruzińskich przywódców, Micheila Saakaszwilego (2004-2013), w specjalnym referendum w 2008 r. trzy czwarte Gruzinów opowiedziało się za przystąpieniem do NATO, a na szczycie NATO w tym samym roku w Bukareszcie przywódcy Zachodu obiecali Gruzji, że pewnego dnia zostanie przyjęta do Sojuszu.

Jednak wkrótce potem w zbuntowanej gruzińskiej prowincji Osetia Południowa (Kreml wspierał jej secesję) doszło do kilkudniowej gruzińsko-rosyjskiej wojny, a rosyjskie wojska najechały na Gruzję. Po przegranym konflikcie Gruzja ostatecznie utraciła kontrolę nie tylko nad Osetią Południową, ale też nad drugą zbuntowaną prowincją, Abchazją, a ich samozwańcze niepodległości uznała oficjalnie Rosja. Zachód, dotąd wspierający Gruzję w jej marszu ku Europie, w obawie przed eskalacją konfliktu z Moskwą zaczął unikać oficjalnych zobowiązań wobec Tbilisi.

Na szczytach NATO w Chicago w 2012 r. i w walijskim Newport w 2014 r. nie przedstawiono Gruzji oczekiwanej przez nią oficjalnej listy warunków (tzw. MAP - Membership Action Plan), po których spełnieniu aspirujące do członkostwa państwo zostaje przyjęte do Sojuszu. Gruzini nie otrzymali jej też w Warszawie; znów wracali do Tbilisi chwaleni za wdrażane reformy w wojsku i postępy w demokracji, z obietnicami większej pomocy wojskowej, żegnani słowami otuchy, że nadejdzie dzień, gdy zostaną przyjęci do NATO.

- Nie wydaje mi się, żeby miało do tego dojść w najbliższych latach. NATO, a zwłaszcza Niemcy i Francja, są przeciwne, by Sojusz angażował się w kolejnych problematycznych regionach, a za taki uznawany jest przez nie Kaukaz – mówi Wojciech Górecki, analityk z warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, znawca Kaukazu, pisarz i były dyplomata.

- Oczywiście gdyby miało dojść do eskalacji konfrontacji między Zachodem i Rosją, NATO, potrzebując wtedy każdego możliwego sojusznika, zaprosi do Sojuszu i Gruzinów, ale póki co daje im do zrozumienia, że muszą się zadowolić zacieśnieniem współpracy wojskowej, wspólnymi ćwiczeniami, politycznym poparciem oraz pochwałami, jak to wzorowo wypełniają wszystkie stawiane im przez Zachód zadania i warunki - dodaje.

Zniechęcenie Zachodem

- I trudno było się czegokolwiek więcej spodziewać. Wiemy w Gruzji, że to, czy i kiedy zostaniemy przyjęci do NATO, zależy nie od naszej do tego gotowości, ale politycznej koniunktury na świecie, a ta nam nie sprzyja – mówi prof. Papaskiri.

- Znów nas się nachwalono, ale też znów kazano nam uzbroić się w cierpliwość. Rozumiemy to, ale nie wyobrażam sobie, żebyśmy na przykład za cztery lata, po kolejnym szczycie NATO, znów wracali do domu z niczym. Celem Gruzji jest Zachód i w tym kierunku chcemy zmierzać, ale jeśli niczego więcej nie otrzymamy, pojawi się rozczarowanie i wątpliwości, że w zamian za nasze starania i ofiary otrzymujemy tylko kolejne pochwały i obiecanki. Taki stan rzeczy już dziś wpływa na wewnętrzną sytuację polityczną w Gruzji, a w przyszłości wpłynie jeszcze bardziej - podkreśla.

Jeszcze kilka lat temu jawne opowiedzenie się przez którąś z partii politycznych za sojuszem z Rosją było w Tbilisi równoznaczne z politycznym samobójstwem. - Dzisiaj głoszenie haseł o potrzebie ułożenia stosunków z Rosją przewyższającej (potrzebę) integracji z Zachodem nie jest już uznawane za herezję – mówi Górecki. Podkreśla, że narastające rozczarowanie Gruzinów Zachodem wiąże się też m.in. z niechęcią Zachodu (głównie Francji i Niemiec, ale też Włoch i krajów Beneluksu), by mimo spełnienia przez Gruzinów warunków umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską zwolnić ich z obowiązku wizowego w podróżach do Europy. Decyzję w tej sprawie UE przełożyła z wiosny na jesień i nie ma pewności, że będzie ona dla Gruzinów korzystna.

- Ludzi to wszystko drażni i zniechęca do Zachodu, co powoduje, że łatwiej trafiają do nich argumenty jawnie prorosyjskich partii takich jak Sojusz Patriotów czy Ruch Demokratyczny-Zjednoczona Gruzja, kierowany przez byłą przewodniczącą parlamentu Nino Burdżanadze (w 2003 r. była jednym z trojga przywódców rewolucji róż, która obaliła Szewardnadzego - red.), przekonujących, że Zachód w sprawie Gruzji nie kiwnie palcem i dlatego sama powinna zadbać o dobre sąsiedztwo z Rosją – mówi prof. Papaskiri. Według jego szacunków prorosyjski elektorat stanowi dziś w Gruzji około jednej piątej wyborców.

Górecki podkreśla rolę, jaką w budowaniu niechętnych Zachodowi nastrojów odgrywa odwołująca się do konserwatyzmu i tradycjonalizmu gruzińska Cerkiew prawosławna, związana blisko z Cerkwią rosyjską, która nie uznaje np. niezależności Cerkwi abchaskiej.

Prof. Papaskiri zaznacza zaś, że obecnie znaczną część prorosyjskiego elektoratu w Gruzji zagospodarowuje rządząca od 2012 r. w Tbilisi partia Gruzińskie Marzenie, głosząca potrzebę marszu na Zachód, ale też oglądająca się na Wschód.

Autor: adso/kk / Źródło: PAP

Źródło zdjęcia głównego: US Army

Tagi:
Raporty: