Grecki minister obrony o spalonym kurorcie: skala katastrofy częściowo winą mieszkańców


W czwartek do zniszczonego przez pożar kurortu Mati położonego na wschód od Aten przyleciał śmigłowcem minister obrony Panos Kamenos. Czekali na niego wściekli mieszkańcy, którzy w katastrofalnym pożarze stracili bliskich, sąsiadów i dobytek. Mówili, że zostali opuszczeni, a władze nie potrafiły im pomóc. Sam minister powiedział potem w rozmowie z BBC, że ogień nie uczyniłby takich strat, gdyby nie sami obywatele budujący domy nielegalnie.

Jedna z największych tragedii ostatnich dekad w Grecji wywołuje coraz większe emocje. W pożarach, które wybuchły w poniedziałek i trwały około doby, zginęły co najmniej 83 osoby, a około 200 zostało rannych. Wiele wciąż jest zaginionych, trwają poszukiwania.

- Rodziny zmarłych czeka bolesna identyfikacja ofiar i więcej bólu - powiedział agencji Reutera burmistrz miejscowości Rafina-Pikermi, która doświadczyła siły żywiołu.

Minister: ludzie sami zwiększyli skalę katastrofy

Ogromne emocje towarzyszyły też w czwartek mieszkańcom Mati, oddalonego o 30 kilometrów na wschód od Aten. Miasto odwiedził grecki minister obrony Panos Kamenos. Już we wtorek, dzień po przejściu pożaru, ocalali z niego mieszkańcy mówili, że "jako siedlisko ludzkie Mati praktycznie przestało istnieć".

Teraz skonfrontowali się z przedstawicielem rządu w Atenach. Jedna z kobiet krzyczała, że "władze zostawiły nas na łasce Pana". - To nie powinno było się wydarzyć. Ludzie zginęli bez powodu - mówiła zapłakana - pisze agencja Reutera.

Przyczyny nagłych pożarów, które wybuchły wokół greckiej stolicy, nie zostały jeszcze ustalone. Nie wyklucza się nawet serii równoczesnych podpaleń w regionie. Władze badają sprawę.

Brytyjski nadawca BBC wskazuje, że czwartkowe spotkanie w Mati było trudne, bo minister obrony odpierał ataki mieszkańców.

Ci mówili, że straż pożarna o szalejącym ogniu nie miała pojęcia, a większość osób dostała w końcu radę, by biec w stronę morza i w nim szukać ratunku. Jednak wielu starszych ludzi nie potrafiło pokonać takiej drogi - wskazuje BBC.

Minister Kamenos stwierdził jednak później w rozmowie z BBC, że tragedia byłaby mniejsza, ale mieszkańcy sami "zwiększyli skalę katastrofy". Powiedział, że budowanie domów w zalesionym terenie było "przestępstwem", bo w ten sposób zamknięte zostały liczne drogi ucieczki, również te prowadzące kiedyś do plaż.

Zdjęcia z Mati opublikowane we wtorek pokazywały m.in. sznury spalonych samochodów, które utknęły na wąskich drogach w gęstej zabudowie. Część osób zginęła lub została ranna, bo samochody stały się pułapkami. W nich dosięgły ich płomienie.

- To zbrodnia z przeszłości. Większość tych nieruchomości nie miała pozwoleń i okupowała wybrzeże niezgodnie z przepisami - ocenił minister obrony w rozmowie z brytyjskim nadawcą.

W Mati i jego regionie w czwartek pracowało około 300 strażaków, którzy poszukują ciał. Wiele żyjących tam osób nie ma kontaktu z najbliższymi.

Greckie władze zdecydowały o jednorazowej wypłacie w wysokości 10 tysięcy euro dla poszkodowanych osób i zaoferowały pracę dla członków rodzin w sektorze publicznym. Mati - jak wiele innych nadmorskich miejscowości w Grecji - żyło do tej pory z turystyki.

W Grecji,w czasie ewakuacji z hotelu, zginęła dwójka Polaków.

Autor: adso / Źródło: Reuters, BBC, tvn24.pl

Tagi:
Raporty:
Pozostałe wiadomości