Świat

Dyktator na emeryturę wybierze Etiopię

Świat


Były prezydent Jemenu Ali Abd Allah Salah planuje udać się na emigrację do Etiopii - poinformowali jego doradcy. Rządzący krajem przez wiele dekad dyktator dokonał niecodziennego wyboru. Inni obaleni przywódcy udają się na "emeryturę" raczej do bogatych krajów Zatoki Perskiej. Oficjalnie Salah ma opuścić kraj, ponieważ jego obecność niesie ryzyko nowej fali przemocy.

Według doradców dyktatora, Salah wyjedzie do Etiopii w ciągu dwóch dni wraz z członkami rodziny. Anonimowy dyplomata w Sanie potwierdził, że zostały poczynione już przygotowania do wyjazdu Salaha.

Wymuszony wyjazd

Były dyktator powrócił do kraju w nocy z piątku na sobotę ze Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywał na leczeniu od końca stycznia po obrażeniach, jakich doznał w wyniku ataku bombowego na pałac prezydencki z czerwca 2011 roku.

Jego obecność w kraju jest głównym źródłem niezadowolenia Jemeńczyków i podkopuje nadzieję, że jego ustąpienie doprowadzi do trwałych zmian politycznych. Dziesiątki tysięcy ludzi protestowały w poniedziałek w Sanie przeciwko byłemu prezydentowi, domagając się jego osądzenia w związku ze śmiercią setek ludzi podczas zeszłorocznych demonstracji, brutalnie tłumionych przez siły rządowe.

Przemiany kontrolowane

Nawet teraz, z nowym prezydentem Abd ar-Rabim Mansurem al-Hadim u władzy, przeciwnicy Salaha obawiają się, że jeśli ten pozostanie w kraju, będzie mógł sprawować kontrolę poprzez sieć swoich sojuszników i członków rodziny. Istnieją liczne obawy, że Hadi, który nieprzerwanie od 1994 roku sprawował urząd wiceprezydenta, będzie jedynie marionetką w rękach dotychczasowego szefa państwa.

Przejściowa kadencja Hadiego, który w zeszłotygodniowych wyborach prezydenckich otrzymał 99,8 proc. głosów, ma potrwać dwa lata, później mają się odbyć wybory parlamentarne i prezydenckie.

Porozumienie o przekazaniu władzy zostało wypracowane w listopadzie ub. r. przez Radę Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Salah zrzekł się wówczas władzy w zamian za immunitet dla siebie i swoich współpracowników, dzięki czemu nie odpowiedzą oni przed sądem za śmierć setek demonstrantów.

Źródło: PAP