Czy Libia będzie podzielona?

Świat

Aktualizacja:

Bombardowania Libii trwają już ponad tydzień i niewiele wskazuje na to, by miały walnie przyczynić się do zwycięstwa rebelii nad Muammarem Kaddafim. Ten ostatni, jak podkreślają uczestnicy koalicji w niego wymierzonej, musi odejść. A jeśli nie odejdzie?

POLSKA AKCJA HUMANITARNA APELUJE O POMOC DLA LIBIJCZYKÓW. ZOBACZ, JAK POMÓC JAK PRZEBIEGA LINIA FRONTU? - zobacz mapę

Po kilkuset godzinach alianckich bombardowań i kilku tygodniach zbrojnej rebelii na wschodzie kraju sytuacja w Libii daleka jest od klarowności.

Rebelianci zdobyli miasta na wschodzie kraju aż po Ben Dżawad (choć równie szybko to miasto utracili). Podeszli nawet pod Syrtę, ale zostali stamtąd odparci przez wojska wierne Kaddafiemu. Ten z kolei ma pod swoją kontrolą niemal cały zachód kraju, z wyjątkiem fragmentów Misraty i Zintanu, ale wydaje się, że ich zdobycie jest dla wojsk rządowych kwestią czasu.

Tak mogłaby wyglądać podzielona Libia 

Koalicja państw biorąca udział w operacji "Świt Odysei" rebeliantów uzbrajać na razie nie zamierza (choć Amerykanie i Brytyjczycy zdają się popierać ten pomysł), co oznacza, że pozbawiona ciężkiego i nowoczesnego sprzętu rebelia ma niewielkie szanse posunąć się dalej na zachód i stawić czoła okopanym w miastach żołnierzom Kaddafiego. Ataki koalicji z powietrza nie są w stanie z kolei zniszczyć całego potencjału wojsk rządowych.

Czy oznacza to, że w Libii nastąpi pat, a podział kraju na rebeliancki wschód i zachód Kaddafiego się utrwali? Wobec niechęci aliantów do lądowej inwazji wiele na to wskazuje.

Jest ropa, jest szansa przetrwania

Podział kraju wzdłuż linii frontu wydaje się bardziej korzystny dla rebeliantów. To oni bowiem kontrolują (choć kontrofensywa Kaddafiego nabiera rozmachu) większość roponośnych pól Libii, a przede wszystkim sprawują władzę nad największym portem, przez który ropa jest eksportowana, Ras al-Nuf.

Pola naftowe na wschodzie eksploatowane są przez państwa walczącej z Kaddafim koalicji, więc problemu z przedłużeniem koncesji na ich użytkowanie nie powinno być. Martwić mogą się jedynie Włosi, którzy również posiadają roponośne pola na wschodzie, a których zaangażowanie w walkę z Kaddafim jest raczej wstrzemięźliwe. Rzym obawia się w tej sytuacji, że jego ropa (koncernu ENI) może po zakończeniu działań zbrojnych przypaść Brytyjczykom i Francuzom.

Ci ostatni, jako najwięksi zwolennicy interwencji w Libii, mogą na podziale kraju zyskać nie tylko ropę, ale również pieniądze z kontraktów zbrojeniowych, których nie będzie podpisywał już Kaddafi, ale ktoś w Bengazi. Młode, istniejące de facto państwo (choć z dużym prawdopodobieństwem nie będzie ono uznane de iure) będzie potrzebowało broni w przypadku zamrożonego konfliktu z Kaddafim, a nowi sojusznicy będą chętni, by uzbrojenie dostarczyć.

Niejasna tożsamość, niepewna ideologia

Jedyne co może powstrzymać aliantów i co w rzeczywistości powstrzymuje ich już teraz przed zaopatrywaniem rebeliantów w broń, to niejasna tożsamość i profil ideologiczny powstańców. Zachód obawia się, że przekazując rebeliantom arsenał swojej broni może powtórzyć błąd, który Amerykanie popełnili wysyłając nowoczesne technologie afgańskim mudżahedinom walczącym ze Związkiem Radzieckim.

Afgański scenariusz może zresztą powtórzyć się, jeśli chodzi o sytuację wewnątrz obozu rebeliantów. Losy afgańskich powstańców pokazały, że animozje wewnątrz zwycięskiego obozu mogą łatwo doprowadzić do przejęcia władzy przez religijnych radykałów. Taka sama sytuacja może zresztą przydarzyć się w przypadku całkowitego zwycięstwa rebelii w Libii.

W przypadku radykalizacji obozu rebelianckiego niewykluczone jest też zaangażowanie w konflikt sąsiedniego Egiptu, który nie może pozwolić sobie na wyhodowanie pod bokiem walczących radykałów zagrażających świeckiemu państwu egipskiemu. Kair z pewnością będzie starał się popierać umiarkowane frakcje wewnątrz obozu powstańców. Ze względu na historyczne animozje libijsko-egipskie może to stać się jednak zarzewiem kolejnego konfliktu wśród rebeliantów. Również inne państwa arabskie nie będą zachwycone wzrostem regionalnego znaczenie Kairu.

Kto kupi ropę?

Jakie pole manewru będzie miał w przypadku podziału kraju Kaddafi? Z pewnością na powrót stanie się międzynarodowym pariasem, którego większość państw Zachodu i arabskich będzie traktować jako trędowatego.

Kaddafi może zachować jednak wpływy w państwach afrykańskich, które do tej pory tak hojnie dotował w ramach Unii Afrykańskiej. Nie wyczerpie się z pewnością źródło afrykańskich najemników wspomagających reżim. Przynajmniej tak długo, jak Kaddafi będzie miał fundusze pochodzące z ropy.

Jej zbycie, mimo utraty połowy kraju reżim będzie miał jeszcze jej sporo, może stanowić jednak pewien problem. Trudno będzie bowiem wobec międzynarodowego ostracyzmu znaleźć na nią kupca. Wiele krajów może jednak skusić się mimo to na czarne złoto Kaddafiego. Chiny już nie raz udowodniły, że w pogoni za zapewnieniem sobie surowców energetycznych gotowe są do inwestowania w krajach o niezbyt dobrej reputacji, np. w Sudanie. Czy Pekin będzie jednak skłonny inwestować w roponośne pola uprzednio należące do zachodnich koncernów?

Terroryzm szansą Kaddafiego

Choć państwo Kaddafiego zostanie w takim scenariuszu zredukowane do zachodnich rubieży kraju, pozostanie on nadal niebezpieczny dla Zachodu. Wszystko przez strategię walki, którą Trypolis już sprawdził w działaniu w latach 80. XX wieku. Również wówczas Kaddafi był marginalizowany, a jednak zdołał zadać kilka poważnych ciosów. Dzięki terroryzmowi.

Również teraz, po ewentualnej porażce i podziale kraju, Kaddafi mógłby odgryzać się Zachodowi organizując terrorystyczne zamachy w Europie i na Bliskim Wschodzie, a może nawet w Stanach Zjednoczonych.

Zamach nad Lockerbie czy bomba podłożona w berlińskiej dyskotece pokazała, że Kaddafi nie ma skrupułów w wykorzystaniu terroryzmu. W przeszłości także wiele samodzielnych organizacji terrorystycznych mogło liczyć na finansowe wsparcie Libijczyków w walce z Zachodem i innymi arabskimi reżimami. Tym razem może być podobnie.

Trudne zadanie koalicji

Przed koalicją, która odżegnuje się od użycia sił lądowych w operacji, stoi więc trudne zadanie doprowadzenia wojny w Libii do końca. Rozwiązanie połowiczne, jak pokazał choćby przykład Iraku po Pustynnej Burzy, prędzej czy później doprowadzić musi bowiem do kolejnego kryzysu za kilka lat lub nawet wcześniej.

Zachód i jego arabscy sojusznicy muszą więc zdecydować nie tyle czy, ale jak pozbyć się Kaddafiego z Trypolisu i zapobiec podziałowi kraju. Opuszczenie rebeliantów i pozwolenie na skuteczną kontrofensywę libijskiego dyktatora, co zakończyłoby się jego ostatecznym zwycięstwem, raczej nie wchodzi w grę. Zachód straciłby przy okazji zwycięstwa Kaddafiego zbyt wiele. Nie tylko zaopatrzenie w ropę, ale resztki międzynarodowego prestiżu.

Kaddafi pokazuje jednak cały czas, że nadal jest niebezpieczny i może sprawić rebeliantom przykrą niespodziankę. Już udowodnił, że jest w stanie przegnać powstańców ze zdobytych miast. Jeśli sytuacja stanie się dla nich krytyczna, nawet dostawy broni dla rebelii nie pomogą, a Zachód stanie przed dramatycznym pytaniem o interwencję lądową.

Źródło: tvn24.pl