Cztery punkty "strategii Obamy". Co powiedział amerykański prezydent?

Świat

Aktualizacja:
Jak wygrać z dżihadystami?White House
wideo 2/4

- Nasz cel jest jasny: osłabimy i ostatecznie zniszczymy Islamskie Państwo Iraku i Lewantu poprzez kompleksową i ciągłą strategię antyterrorystyczną - powiedział prezydent USA Barack Obama, ogłaszając walkę z dżihadystami z Iraku i Syrii. Jak ma wyglądać strategia Obamy?

Swoje przemówienie amerykański prezydent rozpoczął od nakreślenia obrazu Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu (ISIL), jak Amerykanie konsekwentnie nazywają samozwańczy kalifat Państwa Islamskiego. Obama podkreślił, że ISIL nie jest żadnym "państwem", a w dodatku nie jest "islamskie", bo "żadna religia nie akceptuje zabijania niewinnych". Takie ujęcie sprawy wyraźnie wskazuje na to, że Obama nie chce, by kolejny konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie przebiegał według podziału cywilizacja Zachodu - świat islamu. Mimo wszystko jednak traktowanie IS (Państwo Islamskie; z jęz. ang. Islamic State) jedynie jako "organizacji terrorystycznej" wygląda na zaklinanie rzeczywistości, skoro dżihadyści - w oparciu o islam właśnie - byli w stanie stworzyć całkiem nieźle funkcjonujące, choć posługujące się metodami terrorystycznymi, quasi-państwo na terenach Syrii i Iraku.

Zagrożenie dla Ameryki

Obama oznajmił Amerykanom, że dżihadyści zagrażają także obywatelom USA i to nie tylko tym, którzy znajdują się akurat na Bliskim Wschodzie. - Jeśli pozostaną poza kontrolą, ci terroryści mogą stanowić rosnące zagrożenie poza regionem, w tym w Stanach Zjednoczonych - ostrzegł Obama. Choć zaraz w następnym zdaniu zaznaczył, że "jeszcze nie odkryto konkretnego spisku przeciwko naszej ojczyźnie", to liderzy dżihadystów w przeszłości grozili USA wielokrotnie. To zdanie konieczne w przemówieniu prezydenta USA - żaden z nich nie zdecydował się w przeszłości i nie zdecyduje się w przyszłości na akcję zbrojną poza granicami kraju, jeśli nie przekona swoich obywateli, a przynajmniej nie spróbuje ich przekonać, że akcja taka ma na celu ochronę ich życia, mienia lub interesów (lub wszystko na raz). Nie inaczej jest tym razem. W przypadku IS Obama ma także kolejny atut w ręku - tysiące (niektórzy twierdzą, że nawet 12 tysięcy) zagranicznych bojowników, którzy zjechali do Iraku i Syrii i w każdej chwili mogą wrócić do swoich zachodnich krajów, by tam dokonywać zamachów terrorystycznych. I to właśnie ewentualne zagrożenie dla USA i Amerykanów jest głównym motorem - w sferze deklaracji - działania Obamy. Nawet mówiąc o ponad 150 nalotach, które od 8 sierpnia przeprowadzili już Amerykanie na pozycje dżihadystów w Iraku, Obama mówił, że ochroniły one Amerykanów na miejscu. Dopiero niejako przy okazji - Obama użył słowa "także" - naloty te "pomogły ochronić życie tysięcy niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci".

Szukanie koalicjantów

Ale nawet w walce przeciwko zagrożeniu wymierzonemu w USA Amerykanie nie są gotowi walczyć sami. Sprawdzonym rozwiązaniem legitymizacji ataków USA na obcym terytorium jest bowiem zawiązanie koalicji. I tym razem Obama zapowiedział jej utworzenie, dodając, że będzie ona "szeroka". Choć szczegółów w przemówieniu Obama nie zawarł, to podkreślił że to zadaniem "arabskich partnerów" jest zabezpieczenie regionu. Wiadomo, że Waszyngton stara się zbudować w regionie grupę państw muzułmańskich, która wsparłaby amerykańską operację. Wiadomo również, że w Iraku Amerykanów wspierają też państwa zachodnie, choć żadne z nich na razie oficjalnie nie bierze udziału w nalotach na dżihadystów, ograniczając się do pomocy humanitarnej i dostarczania broni lub danych wywiadowczych dla irackich Kurdów. - To jest amerykańskie przywództwo w najlepszym wydaniu: stoimy u boku ludzi, którzy walczą o swoją wolność, i gromadzimy inne narody w imię naszego wspólnego bezpieczeństwa i człowieczeństwa - mówił Obama.

Całe wystąpienie prezydenta USA o Państwie IslamskimWhite House

"STRATEGIA OBAMY"

Jak ma wyglądać walka z dżihadystami? Obama przedstawił cztery punkty, które nazwał "strategią".

1. Naloty

Pierwszy punkt "strategii" zakłada "systematyczną kampanię nalotów przeciwko terrorystom". W odróżnieniu od prowadzonych do tej pory nalotów teraz Amerykanie mają atakować z powietrza dżihadystów nie tylko w tedy, gdy będą zagrażać irackim cywilom lub Amerykanom (do tej pory ataki USA koncentrowały się na bombardowaniu islamistów oblegających miasta lub instalacje ważne dla całego Iraku, jak np. tama Haditha). Oznacza to, że Amerykanie nie będą od tej pory reagować na zagrożenie, ale zwalczać je z wyprzedzeniem, atakując cele dżihadystów na ich zapleczu. Z jednym ważnym zastrzeżeniem - amerykańskim nalotom ma towarzyszyć iracka ofensywa lądowa. W punkcie tym Obama zawarł jedną istotną uwagę: że "nie zawaha się podjąć działania przeciwko ISIL na terytorium Syrii". Państwo Islamskie działa bowiem ponad granicami, a jego baza jest właśnie w Syrii, w której od 2011 r. trwa krwawa wojna domowa, a której jednym z efektów jest właśnie powstanie ISIL/IS. Wyeliminowanie dżihadystów nie jest zatem możliwe bez zniszczenia ich w mateczniku, w Syrii. Problem polega jednak na tym, że nie można tego zrobić samymi nalotami (o czym poniżej); po drugie, naloty takie będą jawnym naruszeniem suwerenności Syrii (o naloty na Irak prosił sam Bagdad; reżim w Damaszku popierany przez Moskwę zapowiedział, że będzie takie naloty traktował jako agresję); po trzecie, naloty na ISIL/IS w Syrii bez wątpienia wzmocnią siły Baszara el-Asada (o czym poniżej).

Obama zapowiada naloty na terrorystów "gdziekolwiek się znajdują"White House

Naloty na Syrię to także wojskowe wyzwanie, które każe postawić kilka pytań. Skąd będą startować Amerykanie? Czy niechętna do tej pory Turcja zezwoli na przeloty nad swoim terytorium? Czy Amerykanie będą używać tylko bezzałogowców? Jak zamierzają poradzić sobie z syryjską obroną przeciwlotniczą, która stoi na wysokim poziomie? Jak zamierzają atakować cele bez wsparcia i naprowadzania na ziemi? Jest jeszcze jedno ważne zastrzeżenie - stwierdzenie "nie zawaham się (will not hesitate)" w dyplomacji często używane jest dla podkreślenia sytuacji ostatecznej. Oznacza to, że zapewne Obama "nie zawaha się" wydać rozkazu nalotu na cele w Syrii tylko wtedy, gdy wojskowi i politycy uznają to za ostateczne rozwiązanie bez alternatywy. Lecz, jak wspomniano powyżej, rozwiązania konfliktu w Iraku nie należy się spodziewać bez rozwiązania konfliktu w Syrii.

2. Żadnych wojsk lądowych

Wojny z dżihadystami nie da się także wygrać, jeśli Amerykanie nie zaangażują się w akcjach lądowych. A Obama także dziś - w punkcie drugim "strategii" - konsekwentnie zapowiada, że żaden Amerykanin nie będzie brał udziału w walce lądowej. Maksyma "no boots on the ground" nie oznacza jednak, że amerykańskich wojsk w Iraku nie ma. Do ok 1,2 tys. doradców i żołnierzy ochraniających ambasadę USA w Bagdadzie dołączy teraz kolejnych 475 - zapowiedział prezydent USA. Oficjalnie mają zająć się trenowaniem i wyposażaniem wojsk irackich i kurdyjskich, a także wywiadem.

Zapewne będą to więc żołnierze służb specjalnych, o których obecności donosili już dziennikarze amerykańscy, lecz z mocno ograniczonymi oficjalnie obowiązkami. Jaki jednak będzie zakres działalności Amerykanów? Trudno sobie wyobrazić, by chcąc odnieść sukces w maksymalnie krótkim czasie, Pentagon nie zezwolił choćby komandosom na udział w walce. Trudno sobie wyobrazić sukces USA w walce z dżihadystami w ogóle bez zaangażowania wojsk lądowych, jednak paraliżujący administrację Obamy strach przed zaangażowaniem żołnierzy USA w jakikolwiek konflikt (Obama doszedł w końcu do władzy, obiecując wycofanie Amerykanów z Iraku i Afganistanu) sprawia, że w oficjalnych deklaracjach Waszyngtonu o żadnym żołnierzach wysyłanych na front nie ma mowy.

Obama: nie będzie powtórki z IrakuWhite House

Jak zamierza Obama bez wysyłania żołnierzy rozwiązać z kolei konflikt syryjski, skoro, jak już wspomniano, samymi ewentualnymi nalotami nie da się tego zrobić? Prezydent zapowiedział zwiększenie "wojskowej pomocy" ("military assistance") dla syryjskiej opozycji, czyli bojowników walczących zarówno przeciwko Asadowi - "reżimowi, który nigdy nie odzyska legitymizacji, którą stracił" - jaki i dżihadystom z ISIL/IS. Jakiej pomocy? Chodzi o trening i wyposażenie. Jakie wyposażenie bojowe? Tego Obama nie wyjaśnił, a Amerykanie oficjalnie dystansowali się do tej pory od przekazywania "umiarkowanej opozycji" broni. M.in. taka postawa doprowadziła do powstania potęgi ISIL/IS, do której strumień broni od radykałów z Zatoki Perskiej płynął szeroko, podczas gdy do oddziałów w rodzaju Wolnej Armii Syryjskiej umiarkowanie wartko. Choć przemówienie Obamy dotyczyło Iraku, prezydent zawarł w nim też zdanie, które pokazuje, jak zapatruje się na wojnę w Syrii. Jeszcze rok temu, kreśląc swoje niesławne "czerwone linie", Obama nie wykluczał zbrojnego obalenia Asada (ostatecznie zadowolił się zniszczeniem przez niego broni chemicznej, co nie powstrzymało rosnącej liczby ofiar wojny, obecnie już ok. 200 tys.). Dziś nie ma o tym mowy, co prezydent podkreślił, mówiąc, że Waszyngton będzie "szukał politycznego rozwiązania koniecznego do rozwiązania kryzysu syryjskiego raz na zawsze".

3. Powstrzymać zagranicznych bojowników

W trzecim punkcie "strategii" Obama mówił m.in. o miękkich środkach, które mają pomóc w rozmontowaniu Państwa Islamskiego: odcięcie funduszy dżihadystów "we współpracy z partnerami" (strumień pieniędzy płynie z Zatoki Perskiej), powstrzymanie napływu zagranicznych ochotników w szeregi IS (jeszcze we wrześniu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ ma być omawiana amerykańska rezolucja mająca temu zapobiec) oraz sprzeciwienie się islamistycznej ideologii, która przez propagandystów IS przedstawiana jest w formie o wiele bardziej atrakcyjnej niż zgrzebne, kilkudziesięciominutowe przesłania wideo liderów Al-Kaidy. Obama chce bowiem wygrać również walkę o umysły muzułmanów, nie tylko na Bliskim Wschodzie.

4. Pomoc humanitarna

Czwartym, niebudzącym żadnych wątpliwości, punktem "strategii" jest kontynuacja pomocy humanitarnej dla doświadczonych przez wojnę Irakijczyków, zarówno sunnitów, szyitów jak i chrześcijan bez wyjątku.

"Największe zagrożenia płyną z bliskiego wschodu"White House

Szansa na sukces? Wątpliwe

"Jako Amerykanie, witamy naszą odpowiedzialność do prowadzenia. Od Europy do Azji, od dalekich zakątków Afryki do rozdartych wojną stolic Bliskiego Wschodu, stoimy za wolnością, za godnością. To są wartości, które kierowały naszym narodem od jego powstania" - mówił Obama, prosząc rodaków o wsparcie. Przedstawiony przez niego plan nie wydaje się jednak prowadzić do celu, jakim ma być wymazanie dżihadystycznego zagrożenia w regionie. Przedstawione przez Obamę punkty "strategii" mają za cel - jak podkreślał prezydent - "wyplenić raka" ISIL/IS. Wymienione przez prezydenta punkty - pomijając to, że "wyplenienie raka" to mało konkretny cel, dający szerokie pole do interpretacji, kiedy ewentualny sukces zostanie osiągnięty - pozostawiają jednak wiele do życzenia, szczególnie, jak już wspomniano, w sprawie polegania jedynie na sile ataków z powietrza i sposobu podejścia do kwestii syryjskiej, przegranej, jak się wydaje, przez Zachód już rok temu. W Iraku, poprzez wzrost potęgi i zagrożenia ISIL/IS, kolejny raz okazuje się bowiem, że grzech polityczno-militarnego zaniechania (brak interwencji w trwającej od ponad trzech lat wojnie w Syrii) może mieć równie dalekosiężne konsekwencje jak chybione wojny na Bliskim Wschodzie ostatnich lat. Mimo deklaracji Obamy teraz może być bardzo trudno wygrać w trwającej wojnie.

ONZ: w Iraku natrafiono na ponad 200 zbiorowych grobów ofiar ISReuters
wideo 2/35

Autor: Maciej Tomaszewski / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: army.mil

Tagi:
Raporty: