Jego twarz zna chyba każdy, kto choć raz był w Rzymie. Od dwóch dekad spogląda kokieteryjnym wzrokiem z kiosków i sklepów z pamiątkami na miliony turystów przechadzających się po Wiecznym Mieście. Jego delikatny, zagadkowy uśmiech przywodzi na myśl Mona Lisę.
23 lata temu 17-letni wówczas Giovanni Galizia zgodził się na sesję zdjęciową, która - w pewnym sensie - odmieniła jego życie. A na pewno uczyniła je barwniejszym. Czarnobiały portret przystojnego bruneta w koloratce trafił na okładkę kalendarza, który dziś uznawany jest za kultowy. Calendario Romano jest wydawany rokrocznie od ponad dwóch dekad jako popularna pamiątka z włoskiej stolicy. Zawiera zwykle 12 czarno-białych portretów młodych, przystojnych mężczyzn, przeważnie w strojach duchownych. Twarz młodego Sycylijczyka wielokrotnie widniała na fotografii otwarciowej.
O mężczyźnie zrobiło się głośno w tym tygodniu po tym, jak na łamach rzymskiego dziennika "La Repubblica" opublikowano artykuł, w którym ujawniono, że "kalendarz z seksownymi księżmi" powinien nazywać się "kalendarzem z fałszywymi księżmi".
39-letni dziś Giovanni Galizia opowiedział nam o okolicznościach powstania słynnego portretu i o tym, jak potoczyło się życie nastolatka z Palermo, który w zbiorowej świadomości zapisał się jako najseksowniejszy ksiądz na świecie.
Maria Mikołajewska: Jesteś twarzą z okładki jednego z najbardziej popularnych kalendarzy na świecie. Każdy, kto był w Watykanie, widział Cię na kalendarzu "sexy księży". Byłeś kiedyś księdzem?
Giovanni Galizia: Nie. Nigdy nie byłem księdzem. Znam też innego chłopaka, który jest w kalendarzu i nigdy nie był księdzem. Co do reszty, nie wiem. Ale o mnie mogę ci z całą stanowczością powiedzieć, że duchownym nigdy nie byłem.
Zdajesz sobie sprawę, że w tej chwili zawiedziemy wiele osób, które były rozbawione, zadowolone, że znalazły taką pamiątkę z Watykanu?
Dlaczego zawiedziemy? Tak naprawdę fotografia, tak samo jak telewizja, to środek, by przedstawić pewne zjawiska. We Włoszech jest taki znany serial, Ojciec Mateusz, o księżach. Nie sądzę, że ktoś uważa, że to prawdziwi duchowni. To serial. Oczywiście, że z uwagi na to, że jest sprzedawany w Rzymie, kalendarz jest mrugnięciem oka w stronę duchowieństwa. Jest tu jakaś gra między sacrum a profanum. Ale sam fakt, że zdjęcie nie przedstawia duchownego, nie świadczy, że nie jest zbliżony do prawdy. Zwłaszcza że w mediach społecznościowych jest teraz mnóstwo mężczyzn, którzy są prawdziwymi duchownymi, a są znani z tego, że są na przykład kulturystami i obserwuje ich sporo osób. Myślę, że nikt nie powinien być zawiedziony, wręcz odwrotnie. Fakt, że nie jestem księdzem, może zbliżyć młode osoby do Kościoła, który jest od nich coraz bardziej oddalony.
Jak to się stało, że znalazłeś się w tym kalendarzu? To było 23 lata temu, prawda?
Tak, miałem wtedy 17 lat. Wśród moich przyjaciół był - i wciąż jest - fotograf Piero Pazzi. Realizował projekt, w którym przedstawiał ludzi z różnych miast z emblematami, z którymi się one kojarzą. W Wenecji byli gondolierzy, a w Rzymie - księża. Zapytał mnie, czy chciałbym wziąć udział w tym projekcie, czy może zrobić mi kilka zdjęć. Zgodziłem się, uznałem to za zabawne. Poszliśmy przed jeden z barokowych kościołów w Palermo. W stroju księdza, z dużym kapeluszem w dłoni, którego nie widać na zdjęciu, zapozowałem. Ten uśmiech, który widać, jest wynikiem żartów, jakie robili sobie ze mnie wtedy moi koledzy. Trochę się krępowałem, ale dobrze się bawiłem.
Jesteś rozpoznawany na ulicy?
Nie. Muszę ci powiedzieć, że nie. To eksplodowało w ciągu ostatnich dwóch dni po artykule w "La Repubblica". Od dwóch dni nie robię nic innego, tylko udzielam wywiadów. Nie jestem przyzwyczajony. Ale w ciągu tych 23 lat byłem widoczny na tym kalendarzu w Rzymie, dla mieszkańców i turystów. Nikt mnie jednak nie rozpoznawał. Zwłaszcza że mieszkam w Weronie, w rzeczywistości dalekiej od Watykanu. Nikt nigdy mnie nie zaczepił, nie prosił o autograf. Poza sytuacjami, w których, w grupie przyjaciół, pojawia się ktoś nowy. Wtedy standardowym żartem jest pytanie: "wiesz, kim on jest?" I wtedy wyciągają zdjęcie kalendarza. 10 minut śmiechu - i koniec.
Nigdy nie byłeś księdzem. A co robisz?
Jestem stewardem. Ale tak naprawdę bardziej zajmuję się kształceniem personelu. Uczę instruktorów, którzy kształcą stewardów, zajmuję się inwentaryzacją i kontaktami z lotnictwem cywilnym.
Czerpałeś kiedykolwiek jakieś korzyści majątkowe z tego kalendarza? On jest naprawdę popularny.
Dziękuję ci za to pytanie. Tak, sprzedało się bardzo dużo egzemplarzy. Muszę powiedzieć, że robi na mnie wrażenie to, jak bardzo ludzie nie dowierzają, że nigdy na tym nie zarobiłem. Ale nie dowierzają jeszcze bardziej, kiedy mówię, że mi na tym nie zależy. Kiedy zrobiono mi to zdjęcie, zrzekłem się do niego praw. Oczywiście nie spodziewałem się, że będzie ono powielane przez tak długi czas. Ale powtarzam: zrobiłem to dla zabawy. Dobrze się bawię do dziś, bo nawet naszą rozmowę uważam za fajny sposób na spędzenie czasu. Wiele razy byłem dzięki temu w telewizji, więc ta zabawa jest o wiele więcej warta od ewentualnego wynagrodzenia. Nie dostałem z tego tytułu ani jednego euro i nie mówię tego ze złością czy pretensją. Dalej się doskonale bawię i tak jest dobrze.
Zgodziłbyś się na udział w kalendarzu "Sexy księża: 23 lata póżniej"?
Przede wszystkim chciałbym się zatrzymać na tym słowie "sexy". Ja nie widzę nic seksownego w tym kalendarzu. To bardzo ładne zdjęcie, bez sztucznej skromności, miło się na nie patrzy, to dobry portret 17-letniego, ładnego chłopaka. Ale nie ma w tym nic sexy. Jest tak, że często piękno jest widziane przez pryzmat zmysłowości, ale według mnie piękno i seksualność to dwie różne rzeczy. A jeśli jestem uważany za seksownego, nawet z koloratką księdza… cóż, dziękuję, co mogę powiedzieć. Czy bym to powtórzył… Nie wiem, chyba nie. To by niszczyło oryginał. Drugie odcinki nigdy nie są tak dobre jak pierwsze. Więc nie. Jestem bardzo szczęśliwy, że kalendarz jest znany także w Polsce i wykorzystuję tę okazję, by pozdrowić wszystkich Polaków.
Współpraca Monika Winiarska Redagowała Katarzyna Guzik