Zmarł autor jednej z najsłynniejszych fotografii w historii

Świat


Fotoreporter Charlie Cole - autor słynnej fotografii przedstawiającej mężczyznę przed kolumną czołgów na Placu Tiananmen w Pekinie 5 czerwca 1989 roku - dzień po masakrze dokonanej przez chińską armię na prodemokratycznych demonstrantach, nie żyje. Miał 64 lata.

Urodzony w amerykańskim stanie Texas w 1955 roku opuścił Stany Zjednoczone w 1980 roku i udał się do Japonii. Tam pracował jako fotoreporter między innymi dla "Newsweeka", "Time", "The New York Times" i "Wallstreet Journal".

Cole przez ponad 15 lat mieszkał na indonezyjskiej wyspie Bali. Tam zmarł w ostatnich dniach w wieku 64 lat - poinformowało BBC.

Był jednym z fotografów, któremu udało się uchwycić scenę, która stała się symbolem pokojowego oporu na chińskim Placu Tiananmen. Zdjęcie, które obiegło cały świat, zostało zrobione dla "Newsweeka" z hotelowego balkonu wychodzącego na Plac Bramy Niebiańskiego Spokoju. W 1990 roku otrzymał za nie nagrodę World Press Photo.

Ukrył rolkę z filmem w łazience

Później Cole opowiadał, że myślał, iż mężczyzna, samotnie stojący przed kolumną czołgów, zostanie zabity i że czuł, że ciąży na nim odpowiedzialność zarejestrowania tego, co się dzieje. Ale ostatecznie Nieznany Buntownik - jak jest nazywany - został odepchnięty z trasy przejazdu czołgów przez kilku mężczyzn. Nie wiadomo jednak, co się z nim później stało.

Autor fotografii wiedział, że może być przeszukiwany przez chińskie służby, więc ukrył rolkę z filmem w łazience. Zaraz po tym przedstawiciele służb wtargnęli do pokoju hotelowego i przeszukali go, ale niczego nie znaleźli.

Scena uwieczniona przez Cole'a i pozostałych trzech fotografów stała się ikonicznym symbolem pokojowego oporu na całym świecie - zwraca uwagę BBC News.

Masakra na placu Tiananmen

Trzydzieści lat temu, w nocy z 3 na 4 czerwca 1989 roku, czołgi i transportery opancerzone wjechały na centralny plac Pekinu, gdzie przez siedem tygodni demonstrowały tysiące chińskich studentów, domagających się demokratyzacji systemu. Studenci wznieśli wtedy na pekińskim placu posąg Bogini Demokracji, dla którego wzorem była nowojorska Statua Wolności.

ZOBACZ RAPORT tvn24.pl: 30. rocznica masakry na placu Tiananmen

W nocy pojazdy pancerne zmiotły z powierzchni placu ludzi, namioty i Boginię Demokracji. Po siedmiu godzinach, o świcie 4 czerwca, Tiananmen był pusty.

Do dziś nie wiadomo, jaka była faktyczna liczba ofiar. W końcu czerwca 1989 roku ówczesny mer Pekinu przyznał, że zginęło 200 demonstrantów, w tym 36 studentów. Nieoficjalne szacunki mówią o dwóch tysiącach zabitych, aresztowano do trzech tysięcy ludzi.

Winni wciąż poszukiwani

Nadal nie rozliczono winnych masakry. Władze nie odpowiadają też na ponawiane co roku apele opozycji i rodzin młodych ludzi, poległych na placu, o "nowy początek" - o nową ocenę wydarzeń sprzed 30 lat przez władze Chińskiej Republiki Ludowej, o dialog i pojednanie.

Rodziny ofiar należące do organizacji "Matki Tiananmenu" co roku bezskutecznie apelują do władz o śledztwo w sprawie masakry, odszkodowania dla rodzin ofiar, ukaranie odpowiedzialnych za zdławienie protestów i "przełamywanie tabu", jakim wciąż jest w Chinach publiczne mówienie na temat tamtych wydarzeń.

Wielu obserwatorom chińskiej sceny politycznej w 1989 roku wydawało się, że ruch Pekińskiej Wiosny - jak nazwano ówczesne protesty studentów - stanowił naturalne przedłużenie fali demokratyzacji, płynącej w tych latach przez niemal cały świat komunistyczny.

Masakra na placu TiananmenZiemienowicz Adam/PAP

Autor: akw, mjz//now,adso / Źródło: PAP, World Press Photo, BBC