TVN24 | Świat

Był plan na wypadek, gdyby Johnson umarł. "Scenariusz typu śmierć Stalina"

TVN24 | Świat

Autor:
momo//rzw
Źródło:
The Sun, Reuters

Brytyjski rząd opracował plan awaryjny na wypadek mojej śmierci – przyznał premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson w wywiadzie dla gazety "The Sun". W zeszłym miesiącu walczył z COVID-19 na oddziale intensywnej terapii. - Nie byłem w szczególnie perfekcyjnej formie - powiedział.

55-letni Boris Johnson wrócił do pracy w poniedziałek, miesiąc po tym, jak zdiagnozowano u niego zakażenie koronawirusem. Przez pierwsze 10 dni przebywał w izolacji w siedzibie brytyjskich premierów przy Downing Street. Gdy stan jego zdrowia zaczął się pogarszać został zabrany do szpitala św. Tomasza w Londynie. Tam trzy dni spędził na oddziale intensywnej terapii.

OGLĄDAJ TVN24 W INTERNECIE NA TVN24 GO >>>

"Byłem świadomy, że mają plan awaryjny"

- Mieli strategię, która opierała się na scenariuszu typu "śmierć Stalina". Nie byłem w szczególnie perfekcyjnej formie i byłem świadomy, że mają plan awaryjny – powiedział Johnson w wywiadzie dla niedzielnego wydania dziennika The Sun. – To był trudny moment, nie zaprzeczę – podkreślił.

Johnson wyznał, że podczas samoizolacji, w początkowej fazie choroby, odmawiał udania się do szpitala. - Odmawiałem, ponieważ pracowałem i stale brałem udział w telekonferencjach – wyjaśnił. Dodał jednak, że już wtedy czuł się fatalnie. – Czułem się zmarnowany, nie byłem otępiały, ale czułem się bardzo źle – opowiadał. Jak relacjonował premier, w końcu oznajmiono mu, że musi udać się do szpitala. – Powiedziałem, że naprawdę nie chcę. Nie wydawało mi się to wtedy dobrym posunięciem, ale oni byli nieugięci. Patrząc wstecz, mieli rację – ocenił.

"Lekarze mieli różne opcje, co zrobić, jeśli coś pójdzie nie tak"

Johnson został przyjęty na oddział 5 kwietnia. Na intensywną terapię trafił następnego dnia. - Przez długi czas podawano mi litry tlenu – wspominał. Jak opowiedział dziennikarzom, "lekarze mieli różne opcje, co zrobić, jeśli coś pójdzie nie tak". – Cholerne wskaźniki wciąż szły w złą stronę – przyznał w wywiadzie.

W pewnym momencie lekarze rozważali nawet podłączenie premiera do respiratora, czyli poddanie go tak zwanej wentylacji inwazyjnej. - Najgorszy moment przyszedł, gdy było 50 na 50, czy będą musieli włożyć mi rurkę do tchawicy – opowiadał Johnson. Jak wyjawił, podczas swojej walki o życie w szpitalu św. Tomasza ciągle zadawał sobie pytanie: - Jak ja z tego wyjdę?

- Trudno było uwierzyć, że w ciągu zaledwie kilku dni moje zdrowie pogorszyło się do tego stopnia. Pamiętam, że czułem się sfrustrowany. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie czuję się lepiej – powiedział.  

Po 10 dniach leczenia Boris Johnson opuścił szpital.

Słońce po burzy

Udzielając wywiadu dziennikowi "The Sun", wspominając niezwykłe dwa tygodnie, podczas których otarł się o śmierć, szef brytyjskiego rządu siedział w swoim biurze na Downing Street 10. Życie szybko zrekompensowało mu te trudne doświadczenia. W środę po raz szósty został tatą. Syn Johnsona i jego narzeczonej Carrie Symonds przyszedł na świat 17 dni po tym, jak jego ojca wypisano ze szpitala.

W sobotę partnerka Johnsona opublikowała na Instagramie zdjęcie z nowo narodzonym synem, informując, że otrzymał on imiona Wilfred Lawrie Nicholas. "Wilfred po dziadku Borisa, Lawrie po moim dziadku, Nicholas po dwóch lekarzach, którzy uratowali życie Borisa w zeszłym miesiącu" – wyjaśniła Symonds.

Autor:momo//rzw

Źródło: The Sun, Reuters

Tagi:
Raporty: