Świat

Bolesna pobudka ze snu o socjalizmie XXI wieku

Świat

Aktualizacja:

Protesty w Wenezueli to kłopot nie tylko dla Nicolasa Maduro, ale i przywódców poszczególnych państw latynoamerykańskich. Zarówno chowanie głowy w piasek, jak i przekonywanie o gorliwym poparciu dla strony rządowej może się im bowiem w przyszłości odbić czkawką. Tymczasem wenezuelskie metropolie zaczynają przypominać miasta w stanie oblężenia i nie mają wiele wspólnego z wizją "socjalizmu XXI wieku", którą obiecywał Hugo Chávez.

Serce wenezuelskich protestów bije w Andach. W położonych przy granicy z Kolumbią stanach Mérida i Táchira dochodzi do najcięższych starć, a pacyfikacje demonstracji prowadzone są w najbardziej brutalny sposób. Gubernator Táchiry nie usiłuje już nawet zapanować nad sytuacją: na pomoc wezwał wojsko, które pilnuje porządku na głównych drogach pomiędzy stolicą stanu San Cristóbal - gdzie zaczęły się protesty (CZYTAJ WIĘCEJ)- a kolumbijską granicą.

W nocy z poniedziałku na wtorek w mieście zastrzelony został jeden z liderów studenckich demonstracji.

Innym "zbuntowanym" miastem jest Mérida, stolica stanu o tej samej nazwie. Ulice miasta pokryły zbudowane naprędce barykady, które mieszkańcy konstruują ze wszystkiego, co wpadnie im w ręce: śmieci, gruzu, kawałków rur, drewna, kabli i starych mebli.

Jak opisują mieszkańcy, w powietrzu nieustająco unosi się duszący zapach rozkładających się śmieci i gazu łzawiącego, którego siły porządkowe używają do rozpędzania protestów.

"Miasteczko barykad"

To jednak nie ich najbardziej boją się "buntownicy", a poruszających się na motocyklach wiernych rządowi bojówkarzy pomagającym zaprowadzić porządek. Do protestujących strzelają z pistoletów na gumowe kule, ale zdarzają się wśród nich i tacy, którzy nie wahają się użyć broni palnej. Jak tłumaczą mieszkańcy, barykady powstały więc dla samoobrony, mają też chronić domy i okoliczne sklepy przed wandalizmem i rozbijaniem szyb.

Demonstranci od wielu dni nie opuszczają swoich stanowisk, a zasady funkcjonowania "miasteczka barykad" przypominają nieco komunę. Pieniądze straciły już swoje znaczenie, a mieszkańcy wymieniają się usługami, jedzeniem czy lekami. Mimo że trzon protestów – jak w innych wenezuelskich metropoliach – stanowią przedstawiciele klasy średniej, pojawiają się informacje o tym, iż dołączają do ich mieszkańcy biedniejszych części Méridy. Dla nich "miasteczko barykad" stanowi często jedyne miejsce, gdzie mogą wyrazić niezadowolenie z sytuacji, w jakiej znalazł się kraj. Biedniejsze dzielnice wciąż pozostają bowiem w większości przyczółkami poparcia dla chavizmu i to właśnie z nich wywodzą się najczęściej wierni rządowi bojówkarze.

"Marsz pustych garnków" i protest lekarzy

Maracaibo, Valencia i Caracas to tylko niektóre miejsca, w których władzom nie udało się odebrać determinacji protestującym. W sobotę ulicami kilku miast przeszły tzw. marsze pustych garnków, których uczestnicy pokazali, jak bardzo mają dość pustych półek i braku dostępu do podstawowych artykułów.

W poniedziałek na ulice Caracas wyszli z kolei lekarze, którzy alarmowali o fatalnym stanie wenezuelskiej służby zdrowia. Ich zdaniem, jest to wynik wieloletnich zaniedbań, który doprowadził do dramatycznego niedofinansowania placówek medycznych. Demonstracja została rozpędzona przez służby porządkowe za pomocą gazu łzawiącego.

Zgodnie z oficjalnymi statystykami, od początku antyrządowych protestów, które rozpoczęły się ponad miesiąc temu, po obu stronach barykady zginęło 21 osób, a 300 zostało rannych. Nie wiadomo, jak wiele osób zostało aresztowanych, a w mediach społecznościowych pojawia się coraz więcej informacji na temat tortur, jakim poddawani są zatrzymani aktywiści.

To największa przeszkoda, na jaką napotkała na swojej drodze rewolucja boliwariańska od czasu nieudanego zamachu stanu z 2002r., który na niecałe 48 godzin pozbawił władzy Hugo Chaveza.

Dokąd prowadzi Maduro?

Prezydent Nicolás Maduro ze swojego okna w prezydenckiej siedzibie Pałacu Miraflores może spoglądać na budynek muzeum wojskowego Cuartel de la Montaña, gdzie spoczywają szczątki jego poprzednika. I zapewne często to robi. Gdyby nie śmierć Hugo Chaveza, ten 51-letni kierowca taksówki i dawny działacz związkowy nie mógłby nigdy liczyć na to, że stanie na czele państwa.

"Chávez wyznaczył kurs, Maduro siada za kółkiem" – głosiło hasło z kampanii prezydenckiej z kwietnia 2013r. Ten kurs to budowa "socjalizmu XXI wieku". Cele rewolucji miały zostać osiągnięte dzięki tzw. wielkim rządowym misjom, których zadaniem było m.in. wyplenić analfabetyzm, zapewnić sprawiedliwą dystrybucję żywności i równy dostęp do służby zdrowia.

Pieniądze na realizację planu miały pochodzić z największych udokumentowanych złóż ropy na świecie. Efektów wykorzystania tych środków jednak w Wenezueli nie widać, a lwią ich część pochłania podtrzymywanie przy życiu reżimu braci Castro i kupowanie lojalności innych państw regionu, jak np. Nikaragui.

Dla wielu Wenezuelczyków rewolucja boliwariańska stała się jednak elementem tożsamości narodowej. Brak jest również zaufania do opozycji, a w części społeczeństwa pokutuje przekonanie, że po dojściu do władzy będzie ona chciała cofnąć osiągnięcia rewolucji. Ich argumentację można podsumować w następujący sposób: Maduro nie jest Chavezem, ale najważniejsze, by rewolucja trwała, a on jest tego gwarantem.

W cieniu poprzednika

Prezydent nie może pozwolić sobie zatem na to, by wyjść z cienia Chaveza. Jak tylko może, stara się udowodnić, że dorównuje zmarłemu przywódcy charyzmą, a zarazem bardzo chętnie posiłkuje się jego mitem. Jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej posiłkował się anegdotą o "ćwierkającym ptaszku", pod którego postacią miał się ukryć Chávez i udzielić mu błogosławieństwa na czas wyborczej walki. Na wiecach zwolenników systemu imituje ton głosu Chaveza, naśladuje jego styl ubierania.

Publicznie obnosi się również z przygotowanym jeszcze przez zmarłego przywódcę "Planem ojczyzny", w którym zapisane są cele rewolucji na lata 2013 – 2019. Jednym z nich jest "budowanie socjalizmu boliwariańskiego XXI wieku jako alternatywy dla dzikiego kapitalizmu i zapewnienie dzięki temu obywatelom maksymalnego bezpieczeństwa społecznego, stabilizacji politycznej i szczęścia".

Oprócz ideałów rewolucji Maduro dostał również w spadku po Chavezie wiele bardzo poważnych problemów, m.in. najwyższą inflację w Ameryce Łacińskiej (56,2 proc.) i jeden z najwyższych wskaźników przestępczości na świecie (niemal 25 tys. zabójstw w 2013r.). Inny przywódca zapewne zwaliłby zapewne winę na swojego przeciwnika - dla Maduro taki krok oznaczałby polityczny koniec.

Niekończąca się wojna prezydenta

Prezydent sięga zatem teraz po inne środki zaradcze. Jeszcze w listopadzie zależne całkowicie od rządzącej partii PSUV (Zjednoczona Socjalistyczna Partia Wenezueli) Zgromadzenie Narodowe przyznało Maduro specjalne uprawnienia, które umożliwiają mu wydawanie dekretów z mocą ustaw przez okres roku.

Maduro miał dzięki temu mieć więcej narzędzi do walki z "wojną gospodarczą", rzekomo wypowiedzianą Wenezueli przez wrogie jej mocarstwa kapitalistyczne, odpowiedzialne za fatalną kondycję gospodarki. Działania prezydenta wymierzone zostały jednak głównie w prywatnych przedsiębiorców, a ich skutki odczuła wenezuelska klasa średnia.

Kolejną zmianą, którą wprowadził Maduro, jest jeszcze większy niż do tej pory udział wojska w strukturach systemu. Wenezuelscy wojskowi dostali już od nowego prezydenta swój własny bank, kanał telewizyjny i o wiele łatwiejszy niż za czasów Chaveza dostęp do lukratywnych funkcji, np. w sektorze finansowym.

Prezydent nie tylko chętnie się wojskowymi otacza, ale również z zapałem sięga do militarnej retoryki, mimo że – w przeciwieństwie do swojego poprzednika – nie ma za sobą wojskowej edukacji. Nieustannie prowadzi za to "wojnę" przeciwko "faszystom" i wrogom ojczyzny, szykuje się do "bitew" lub przygotowuje "ofensywy". Starannie dba również o to, by kaganiec odpowiednio mocno ściskał niezależną prasę.

Maduro pożałować może jednak strategii, którą obrał, by rozprawić z obecnymi protestami. Jego konfrontacyjna retoryka, groźby zapowiadające wprowadzenie nowego prawa, które pozwoli bardziej dotkliwie karać "zainfekowanych nienawiścią faszystów" w połączeniu z brutalnymi pacyfikacjami demonstracji, niewyjaśnionymi przypadkami śmierci i doniesieniami o torturach, zmobilizowały więcej osób do wyjścia na ulice. Do początkowego katalogu żądań przeciwników władzy, takich jak walka z przestępczością, naprawa sytuacji gospodarczej czy zerwanie toksycznej więzi z Kubą braci Castro, doszło jeszcze jedno niezwykle ważne: zagwarantowanie prawa wolności zgromadzeń.

Demonstranci deklarują, że z ulic nie zejdą. Rezultatem może być wielomiesięczny klincz, który na dobre sparaliżuje funkcjonowanie państwa i uniemożliwi normalne funkcjonowanie.

Krwawa środa w Wenezueli
Krwawa środa w WenezueliReuters
wideo 2/1

Do rozcięcia węzła gordyjskiego nie kwapią się na pewno inne kraje kontynentu i powołane do dbania o bezpieczeństwo kontynentu organizacje międzynarodowe.

Na słowa gorliwego poparcia dla wenezuelskiego ze strony prezydentów Boliwii i Ekwadoru nie trzeba było długo czekać. Evo Morales winę za problemy Wenezueli zrzucił na USA, a Rafael Correa oświadczył, że zna Nicolasa Maduro i wie, że nie byłby on zdolny do sięgnięcia po środki represji.

Poparcie tych akurat krajów dla Nicolasa Maduro nikogo chyba nie zdziwiło, o wiele cięższy orzech do zgryzienia mają natomiast bardziej umiarkowane rządy lewicowe Brazylii czy Urugwaju.

Jednym z największych sukcesów polityki zagranicznej Hugo Chaveza było wprowadzenie Wenezueli do Mercosur - wciąż jeszcze najbardziej prestiżowej na kontynencie organizacji gospodarczej, likwidującej bariery w handlu pomiędzy państwami członkowskimi. W jej skład wchodzą Brazylia, Argentyna i Urugwaj. Wenezuela dołączyła do tego grona po - co najmniej wątpliwym z punktu widzenia formalnego - zawieszeniu w prawach członka Paragwaju.

Wspólne zdjęcia Chaveza z chwalonymi na Zachodzie Dilmą Rousseff i José Mujicą, które obiegły media, były prztyczkiem wymierzonym w nos Stanów Zjednoczonych i wyrazem siły nowej latynoamerykańskiej lewicy.

Pragmatyzm i szacunek dla suwerenności sąsiadów

Gdy protesty w Wenezueli rozgorzały na dobre, kraje Mercosur wydały lakoniczne oświadczenie, w którym potępiły przemoc i wezwały do dialogu. Przed szereg szybko wyrwała się prezydent Argentyny, Cristina Fernández de Kirchner. Gospodarka argentyńska coraz bardziej upodabnia się do wenezuelskiej, więc Kirchner obawia się, że również scenariusz masowych protestów powtórzy się na ulicach Buenos Aires. Na każdym kroku przekonuje więc na wszelki wypadek, że władza bezwzględnie należy do demokratycznie wybranych przywódców, a Nicolás Maduro może liczyć na jej przyjaźń i lojalność.

Pragmatyczna jak zawsze Brazylia woli natomiast schować głowę w piasek i cierpliwie wyjaśniać, że w tradycji brazylijskiej dyplomacji nie leży wtrącanie się w sprawy innych krajów.

To właśnie te kraje odwiedził w czasie ekspresowej podróży wenezuelski minister spraw zagranicznych Elías Jaua, przekonując, że jeśli już któraś z zrzeszających państwa amerykańskie organizacji musi się zajmować sytuacją w jego kraju, nie powinna być to Organizacja Państw Amerykańskich, która zdaniem Wenezueli jest marionetką w rękach Stanów Zjednoczonych.

Szefowie rządów zgodzili się więc, by dalsze rozmowy na temat konfliktu toczyły się na forum Unasur – organizacji o wiele mniejszym znaczeniu, ale pozbawionej niewygodnych dla Wenezueli członków: USA i Kanady. Panama zaś, z którą rząd Maduro zerwał niedawno stosunki dyplomatyczne za wtrącanie się w nie swoje sprawy, ma w tej organizacji status obserwatora.

Z Maduro starł się w początkowej fazie protestów prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos, jednak położenie tego kraju jest skomplikowane. Napięcia na granicy wenezuelsko – kolumbijskiej i ledwo co naprawione stosunki między tymi krajami po katastrofalnym dla ich relacji okresie rządów Álvaro Uribe sprawiają, że Santos nie ma łatwego zadania. Najważniejszy jest być może jednak fakt, iż bez udziału Wenezueli niepewnie rysowałaby się również przyszłość toczących się na Kubie rozmów pokojowych z FARC, które mają szansę zakończyć trwający pół wieku konflikt, a samemu Santosowi zapewnić reelekcję.

"Obywatele mądrzejsi niż rządy"?

Choć prawdą jest, że kraje Ameryki Łacińskiej tradycyjnie uciekają od mieszania się w wewnętrzne sprawy sąsiadów, gdyż przywołuje to echa najbardziej mrocznych okresów w historii kontynentu, o większą solidarność z protestującymi w Wenezueli studentami zaczynają coraz głośniej apelować obywatele sąsiadujących z tym krajem państw. Ze wsparciem pospieszyła również kolumbijska prasa, której wybrane tytuły zobowiązały w zeszłym tygodniu przeznaczać jedną stronę dziennie na wiadomości przygotowane przez wenezuelskich dziennikarzy.

Oburzenia reakcją państw kontynentu nie kryją też latynoamerykańscy intelektualiści. Wybitny meksykański historyk Enrique Krauze wytknął prezydent Brazylii, że w młodości sama więziona i torturowana przez brazylijski reżim wojskowy, teraz popiera rząd, który represjonuje studentów.

Słów krytyki pod adresem przywódców nie szczędził noblista Mario Vargas Llosa. W swojej cotygodniowej rubryce w peruwiańskim dzienniku "La República" zauważył, że kryzys w Wenezueli pokazał jałowość organizacji zrzeszających państwa latynoamerykańskie, zwłaszcza OEA. "Czego można się jednak spodziewać od rządów, których przywódcy niemal w komplecie zjawili się w Hawanie na szczycie CELAC (w styczniu 2014r. –red.), i oddali hołd Fidelowi Castro – tej żywej mumii i symbolowi najdłuższej dyktatury w historii Ameryki Łacińskiej?" – pyta retorycznie noblista. "Na szczęście obywatele naszych krajów są zazwyczaj lepsi niż ich rządy" – optymistycznie kończy Llosa.

Autor: Katarzyna Guzik\mtom / Źródło: tvn24.pl

Tagi:
Raporty: