Świat

Birma: Barykady znikają z ulic

Świat


Ostatnie barykady zniknęły z ulic Rangunu. Mimo to ludzie siedzą w domach zastraszeni, internetu wciąż nie przywrócono, aresztowania trwają, a siły bezpieczeństwa wciąż kontrolują kluczowe miejsca w mieście. W wielu miejscach na świecie trwają też marsze poparcia dla Birmańczyków.

Barykady zniknęły, gdy junta uzyskała pewność, że stłumione krwawo demonstracje nie rozgorzeją na nowo. Ostatnie barykady znajdowały się nieopodal pagód Szwedagn i Sule, które były punktami początkowymi i końcowymi marszów w Rangunie.

Jak donosi agencja Reuters, kilku ludzi poruszających się po ulicach miasta było zbyt przestraszonych, by wypowiadać się na temat ostatnich wydarzeń. Internet, za pomocą którego docierały na Zachód zdjęcia z demonstracji i amatorskie nagrania przedstawiające pacyfikację protestujących, wciąż jest odcięty.

Generał Than Szwe stojący na czele junty rządzącej krajem zapowiedział, że siądzie do rozmów z działaczką opozycyjną Aung San Suu Kyi, jeśli ta wycofa swoje poparcie dla sankcji międzynarodowych i "całkowitej dewastacji".

Tymczasem Malezja zaapelowała do władz Birmy, by zrezygnowały ze wszystkich wstępnych rozpoczęcia rozmów. Obserwatorzy są zgodni, że zgadzając się na postawione przez juntę warunki, Suu Kyi de de facto zrezygnowałaby ze swojej kampanii na rzecz demokracji. Tak więc może to być celowe proponowanie warunków, których zdobywczyni pokojowej Nagrody Nobla nie może przyjąć.

- Proszą ją, by przyznała się do czynów, których nie popełniła - powiedział rzecznik birmańskiej Narodowej Ligi dla Demokracji (NLD) Nyan Win.

Tymczasem junta informuje, że wypuściła z aresztu ponad 1200 osób, które "nieświadomie" brały udział w protestach. Zwolniono je do domów po tym, jak podpisały oświadczenia, że nie będą brali udziału w protestach. Zwolniono też ponoć 398 z 533 mnichów aresztowanych w wyniku nalotów na klasztory wokół Rangunu.

Tymczasem obrońcy praw człowieka ostrzegają, że takie pozorne ustępstwa władz nie powinny rozbudzać nadmiernego optymizmu. Wspominają rok 1998, kiedy to optymizm został zgnieciony przez armię.

Co może ONZ?

Tymczasem Francja, Wielka Brytania i USA - trzej stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ rozpowszechnili wewnątrz RB oświadczenie, w którym żądają od junty wypuszczenia wszystkich aresztowanych w wyniku protestów i rozpoczęcia rozmów z prodemokratyczną opozycją. Te trzy państwa naciskają również, by ONZ wprowadziła sankcje wymierzone w Birmę.

Prawdopodobnie jednak Rada Bezpieczeństwa nie nałoży sankcji, ponieważ dwaj stali członkowie RB, dysponujące prawem weta Rosja i Chiny, są im przeciwne. Prawdopodobnie więc, jak to już wielokrotnie w przeszłości bywało, Rada Bezpieczeństwa okaże się zgromadzeniem paraliżującym działania Narodów Zjednoczonych.


Źródło: Reuters, TVN24