Świat

"Jeśli mój brat mnie słyszy". Rodzina zamachowca prosi, by się poddał

Świat

Aktualizacja:

- Na początku nie zdawałem sobie sprawy, że to mój brat Anis. Byliśmy w szoku tak samo, kiedy doszło do zamachów w Tunezji i Francji - mówi brat domniemanego zamachowca z Berlina. 24-letni Tunezyjczyk Anis Amri jest poszukiwany listem gończym, Niemcy oferują za jego głowę 100 tys. euro. Na jaw wychodzi coraz więcej szczegółów dotyczących tego, co działo się z Tunezyjczykiem od 2011 roku, kiedy nielegalnie przedostał się do Włoch łodzią z uchodźcami.

W wyniku wybuchu Arabskiej Wiosny w 2011 roku, tysiące Tunezyjczyków zdecydowały się na ucieczkę z kraju i nielegalne przeprawienie się łodzią do Europy. Anis Amri dotarł drogą morską na włoską wyspę Lampedusa w lutym 2011 roku, trafił do ośrodka dla uchodźców. Był na Lampedusie, kiedy zbuntowani migranci podpalili swój ośrodek w proteście, bo Włosi nie chcieli puścić ich dalej na północ Europy.

Choć dokumenty wskazywały, że jest dorosły, Amri powiedział władzom, że jest nieletni. Te przesiedliły go do Katanii na Sycylii, gdzie poszedł do szkoły.

Podpalenie szkoły, więzienie i droga do Niemiec

W październiku 2011 Amri został zatrzymany przez policję po tym, jak próbował podpalić szkołę. Skazano go za wandalizm, stosowanie gróźb i kradzieże. W więzieniu spędził niemal cztery lata. Wyszedł na wolność w maju 2015 roku.

Włosi chcieli go deportować do Tunezji, ale ze względu na brak dokumentów nakazali mu opuścić kraj samodzielnie. Amri dołączył więc do fali uchodźców i ruszył do Niemiec latem 2015 roku.

Niemieckie władze poinformowały, że mężczyzna przedostał się do Niemiec przez Austrię. Po raz pierwszy został zarejestrowany w Pasawie w sylwestra 2015 roku. Dwa miesiące później przeniósł się do Berlina.

Złożony przez niego wniosek o azyl został odrzucony w czerwcu br., jednak jego deportacja nie doszła do skutku ze względu na brak dokumentów potwierdzających jego tożsamość, a władze Tunezji początkowo zaprzeczały, by Amri był obywatelem ich kraju.

Włosi wiedzieli o radykalizacji Tunezyjczyka

W piątek włoski dziennik "Corriere della Sera" napisał, że administracja więzienna przy MSW Włoch sygnalizowała komitetowi analizy strategii antyterrorystycznej podejrzane zachowania Amriego. W latach 2011-2015 odbywał on w sumie karę w czterech więzieniach na Sycylii.

Agencja Ansa poinformowała o raporcie, jaki wysłał departament administracji więziennej do komitetu analizy strategii antyterrorystycznej. W dokumencie tym mowa jest o "radykalizacji" Amriego i zanotowanych w zakładzie karnym epizodach, świadczących o jego sympatiach dla islamskiego terroryzmu. Agencja podała, że w kolejnych więzieniach w miastach Sciacca, Enna, Agrigento i Palermo Amri dopuszczał się przemocy oraz pogróżek i był karany umieszczaniem w odizolowanej celi.

Włoska agencja ujawniła ponadto powołując się na raport służby więziennej, że zagroził jednemu ze skazanych - chrześcijaninowi, że "obetnie mu głowę".

"Corriere della Sera" pisze w piątek, że uwaga włoskich służb antyterrorystycznych była od co najmniej dwóch lat zwrócona na Tunezyjczyka. Gazeta podkreśla, że "zawstydzający" dla MSW jest fakt, iż dopiero teraz odkryto sporządzoną na jego temat dokumentację dla komitetu, którego zadaniem jest stała wymiana i ocena informacji dotyczących zagrożeń terrorystycznych.

Dziennik dodaje, że o tym, iż Anis Amri jest "niebezpiecznym osobnikiem" zawiadomiła komitet przy MSW także komenda policji w Katanii.

Według gazety w "nieprzyjemnej" sytuacji znaleźli się teraz także śledczy z Palermo, zajmujący się walką z terroryzmem. Dopiero teraz, jak zauważa, wszczęto tam śledztwo mające na celu rekonstrukcję kolejnych miejsc pobytu Amriego. Gdy wyszedł on z więzienia po odbyciu kary w maju 2015 roku, otrzymał nakaz opuszczenia kraju. Wkrótce potem uciekł, czym, jak zaznacza gazeta, "nikt już się nie martwił".

"Kiedy wyszedł z więzienia, był zupełnie inny"

Tunezyjskie media odwiedziły rodzinę i przyjaciół Amriego w jego mieście rodzinnym, Oueslatia, w północnej Tunezji. Ci, którzy go znają, nie wierzą, że to on jest zamachowcem z Berlina, który z zimną krwią zabił 12 osób.

- Mam czterech synów, ale obawiam się, że nie będę do nich zaliczać Anisa. Wszystko wygląda bardzo źle. Chcemy znać prawdę. Jeśli doniesienia o jego winie potwierdzą się, to nigdy więcej nie nazwę go synem - oświadczyła matka domniemanego zamachowcy, Nour El Houda Hassani.

- Na początku nie zdawałem sobie sprawy, że to mój brat Anis. Byliśmy w szoku tak samo, kiedy doszło do zamachów w Tunezji i Francji - powiedział Walid Amri telewizji Sky Arabia News. Jego zdaniem brata zmienił pobyt w więzieniu we Włoszech, gdzie mógł się zradykalizować.

- Trafił do więzienia z dobrym usposobieniem, a kiedy wyszedł był zupełnie inny - powiedział Abdelkader Amri, drugi brat domniemanego zamachowca.

Abdelkader Amri w rozmowie z innymi tunezyjskimi mediami zaapelował do brata, by oddał się w ręce policji. - Jeśli mój brat mnie słyszy, chcę mu powiedzieć, by się poddał dla dobra naszej rodziny - powiedział, dodając, że nie wierzy, że jego brat jest zamachowcem. - Wiem, czemu opuścił dom, wyjechał z powodów ekonomicznych, wyjechał do pracy, by pomóc rodzinie.

- Mamy nadzieję, że mój brat jest niewinny. Jednak jeśli nie jest, to zdecydowanie potępiamy to co zrobił. Jesteśmy tradycyjną rodziną. Sprzeciwiamy się terroryzmowi - powiedział Walid Amri.

"On nie jest terrorystą"

Znajomy Amriego z dzieciństwa, który chciał zachować anonimowość, powiedział, że był on "normalnym gościem", który "uciekł w poszukiwaniu lepszego życia". - Jesteśmy z tego samego miasta, tego samego osiedla, dorastaliśmy razem. On nie jest terrorystą. Anis jest zwykłym obywatelem, tak jak ja, jak wiele osób - powiedział.

Przyznał, że Amri we Włoszech trafił do więzienia, ale - jak twierdzi - został niesprawiedliwie skazany. - Młodzi ludzie, picie, rzucili papierosa na materac, zapaliło się. Nic więcej. Jesteśmy dla nich nikim, tylko Arabami, zawsze jesteśmy winni.

Zamach

W poniedziałek wieczorem kierowca 40-tonowej ciężarówki wjechał w tłum na bożonarodzeniowym jarmarku w Berlinie, zabijając 12 osób i raniąc blisko 50. Zamachowiec zastrzelił znajdującego się w szoferce Polaka, który łapiąc za kierownicę, usiłował przeszkodzić mu w zamachu.

Szef niemieckiego MSW Thomas de Maiziere potwierdził, że w kabinie ciężarówki, którą wykorzystano do zamachu, znaleziono odciski palców Anisa Amriego. Dodał, że znaleziono także inne wskazówki i że "jest wysoce prawdopodobne, iż Amri faktycznie był sprawcą" zamachu.

Za aresztowanie Anisa Amriego niemieckie władze oferują do 100 tys. euro nagrody.

List gończy wydany za Anisem Amri PAP/EPA

Autor: pk/ja, adso / Źródło: Reuters TV, PAP

Tagi:
Raporty:
Pozostałe wiadomości