Świat

Podszywał się pod nieboszczyka, teraz podszywają się pod niego? Konflikt w Talibanie

Świat


Przez ponad dwa lata emir talibów mułła Achtar Mansur ukrywał śmierć swojego poprzednika, mułły Omara. Mistyfikacja, której okazał się autorem i mistrzem, sprawia, że dziś jego zwolennicy muszą zaprzeczać pogłoskom, że i sam Mansur od wielu tygodni nie żyje.

Pogłoski o śmierci emira pojawiły się na początku grudnia. Według nich zginął albo co najmniej został ciężko ranny w strzelaninie, do jakiej doszło, gdy odwiedzał jednego ze swoich towarzyszy, cieszącego się wielkim poważaniem wśród talibów mułłę Abdullaha Sarhadiego, byłego więźnia z Guantanamo.

Podszywał się pod nieboszczyka

W przeciwieństwie do stroniącego od ludzi mułły Omara Mansur chętnie przyjmuje gości i sam składa wizyty. Do mułły Sarhadiego wybrał się, żeby wspólnie zastanowić się, jak zaradzić rozłamowi wśród talibów, do którego doszło latem, gdy wyszło na jaw, że Mansur ukrywał przed towarzyszami śmierć emira i sam rządził, podszywając się pod nieboszczyka.

Wielu komendantów talibów nie potrafiło wybaczyć Mansurowi oszustwa, a także tego, że nadmiernie ich zdaniem ulega Pakistanowi. Buntownicy nie uznali pospiesznej elekcji Mansura na nowego emira, a w listopadzie, w afgańskiej prowincji Farah utworzyli własną partyzantkę talibów, na której przywódcę wybrali mułłę Mohammeda Rasula.

Wojna talibów z talibami

W przeciwieństwie do Mansura, który po wyborze na emira natychmiast ogłosił się także "przywódcą wszystkich wiernych" (tytuł ten nosił mułła Omar), przywódca rozłamowców nie sięgnął po tę godność, co uznano za gotowość buntowników do ugody. Ceną za zapobieżenie pierwszemu w historii ruchu talibów rozłamowi miała być jednak dymisja Mansura, na co ten ani myślał się zgodzić. Już w listopadzie w południowych i zachodnich afgańskich prowincjach Helmand, Zabul, Farah i Herat doszło do walk między talibami. Szczególnie krwawe potyczki miały miejsce w Zabulu, twierdzy jednego z najważniejszych przywódców buntowników, mułły Dadullaha Mansura.

Buntownicy nie zagrażają na razie władzy emira Mansura. Zanim sięgnął on po przywództwo talibów, poobsadzał swoimi zwolennikami najważniejsze stanowiska w partyzanckiej armii, a przede wszystkim zmonopolizował finanse talibów i kontakty z pakistańskim wywiadem wojskowym ISI. Zależy mu na zachowaniu jedności talibów, bo rozłamy podkopują jego autorytet i utrudniają prowadzenie spójnej polityki.

Dlatego na początku grudnia wybrał się do Sarhadiego, uważanego za stronnika buntowników, w nadziei, że pomoże mu przekonać ich do złożenia broni. Do spotkania doszło w domu Sarhadiego w miasteczku Kuczlak na przedmieściach Kwetty, stolicy pakistańskiego Beludżystanu, w której afgańscy talibowie założyli swoją stolicę na uchodźstwie.

Od kłótni do strzelaniny

Rozmowa z Sarhadim o pokoju między talibami przybrała zły obrót i od słowa do słowa doszło do kłótni, która, jak to często się zdarza w Afganistanie, przerodziła się w strzelaninę. Komendanci talibów, zachowujący anonimowość, zapewniali, że awantura wybuchła nagle, a strzelanina nie była próbą zamachu. I że strzelać zaczął Sarhadi i jego ludzie. Sarhadi zginął na miejscu, podobnie jak sześciu innych talibów. Kilkunastu zostało rannych, a wśród nich mułła Mansur, który trafiony czterema pociskami z karabinu maszynowego, w ciężkim stanie został zabrany przez swoją świtę do pobliskiej prywatnej kliniki w Pakistanie.

Przedstawiciele rozłamowej frakcji talibów twierdzą, że Mansur zginął na miejscu lub zmarł od ran (twierdzi tak jeden z najważniejszych komendantów talibów mułła Amir Chan Muttakki, jeden z założycieli ruchu), ale jego zwolennicy skrywają jego śmierć, podobnie jak on sam ukrywał śmierć mułły Omara.

Mansur nie żyje?

Zwolennicy mułły Mansura rzeczywiście wszystkiemu zaprzeczają. Nie tylko, że emir nie żyje, czy też został ranny, ale że w ogóle w jakiejś strzelaninie uczestniczył. Twierdzą, że są to kłamstwa, rozpuszczane przez afgański wywiad, by skłócić i podzielić talibów, a przy okazji osłabić wpływy pakistańskiego wywiadu ISI. Trzeciego dnia po strzelaninie, zwolennicy Mansura opublikowali jego radiowe orędzie, mające dowodzić, że emir ma się dobrze. Zamiast położyć kres plotkom, orędzie tylko je nasiliło. Partyzanccy komendanci uznali je za potwierdzenie wątpliwości, ponieważ swoje wcześniejsze orędzia emir nagrywał także na filmach. Niepewność powiększyła jeszcze nieobecność Mansura na spotkaniu pojednawczym zwaśnionych frakcji talibów na początku stycznia. Delegację rozłamowców, którzy przybyli z ofertą rozejmu, przyjął zastępca emira mułła Hajbatullah, który zapowiedział, że w trosce o własne bezpieczeństwo Mansur nie będzie się więcej z nikim spotykał.

"Jeśli Mansur żyje, powinien się nam ukazać"

- Fakt, że przyjął nas Hajbatullah, a nie Mansur jest dla nas tylko kolejnym dowodem, że emir samozwaniec nie żyje - orzekł po spotkaniu mułła Abdul Manan Nijazi, jeden z przywódców rozłamowców. - Jeśli Mansur żyje, powinien się nam ukazać - dodał. Pod koniec listopada mułła Nijazi z takim samym przekonaniem zapewniał, że wierutnym kłamstwem są pogłoski, jakoby nasłani przez Mansura zamachowcy zgładzili mułłę Dadullaha Mansura, najbitniejszego z rozłamowych komendantów, zabitego jesienią podczas bratobójczej wojny w Zabulu. Od grudnia Nijazi przekonuje jednak, że Mansur zapłacił głową za śmierć Dadullaha, a zabił go komendant rozłamowców o imieniu Muhibullah.

Wstrzemięźliwość w bratobójczych wojnach talibów zachowuje za to mułła Kajjum Zakir, były więzień Guantanamo (współtowarzysz niedoli Sarhadiego) i jeden z najważniejszych komendantów partyzanckich, który za życia mułły Omara rywalizował z Mansurem o rolę zastępcy i następcy emira. Pokonany wcale nie złożył broni. Nie poprzysiągł wierności Mansurowi, ale nie przystał też do rozłamowców. Ostentacyjnie nie angażując się we frakcyjne wojny, zachowuje szanse, by wystąpić w roli pojednawcy i jednoczyciela talibów, a w przyszłości zostać ich nowym emirem.

Autor: //gak / Źródło: PAP

Tagi:
Raporty:
Pozostałe wiadomości