Coroczna konferencja, nazywana "Davos bezpieczeństwa", potrwa do niedzieli. Na najważniejszym na świecie spotkaniu ekspertów do spraw polityki bezpieczeństwa organizatorzy spodziewają się ponad 60 szefów państw i rządów, więcej niż kiedykolwiek wcześniej. W obradach weźmie udział około 100 ministrów spraw zagranicznych i obrony.
Konferencję zainaugurowało wystąpienie kanclerza Niemiec Friedricha Merza. Wskazywał w nim, że nie istnieje już oparty na zasadach porządek świata, a obowiązkiem całej Europy jest dostosować się do nowej rzeczywistości.
Merz poświęcił też część swojego wystąpienia zeszłorocznemu przemówieniu J.D. Vance'a, aby przyznać mu rację, że dystans między Starym Kontynentem a Stanami Zjednoczonymi powiększył się. Bo to pogarszające się transatlantyckie stosunki będą przede wszystkim zajmować uczestników tegorocznej edycji MSC.
W swoim wystąpieniu szef niemieckiego rządu zasugerował, że USA być może straciły roszczenia do światowego przywództwa. - Jeśli po upadku muru berlińskiego istniał "moment jednobiegunowy", to już minął. Roszczenia Stanów Zjednoczonych do przywództwa zostały zakwestionowane, a być może nawet utracone - powiedział kanclerz.
Echa głośnego wystąpienia J.D. Vance'a
Dlatego też wszystkie oczy zwrócone będą na głównego przedstawiciela amerykańskiej delegacji, czyli sekretarza stanu Marco Rubio. Polityk zapowiedział, że prawdopodobnie spotka się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Jego wystąpienie i idące za nim przesłanie mogą być kluczowym punktem konferencji.
A tu nasuwają się analogie do ubiegłorocznej konferencji, która odbyła się tuż po powrocie Donalda Trumpa do władzy. Wówczas to świeżo upieczony wiceprezydent J.D. Vance zaskoczył Europejczyków swoim krytycznym i pouczającym tonem. Mówił, że dla Starego Kontynentu największym zagrożeniem nie są Rosja czy Chiny, a "zagrożenie z wewnątrz", odejście od współdzielonych wartości ze Stanami Zjednoczonymi. Przywoływał w tym kontekście między innymi unieważnienie wyborów prezydenckich w Rumunii w 2024 roku.
Przemówienie Vance'a ostro skrytykował wtedy minister obrony Niemiec Boris Pistorius. Tym razem wiceprezydent nie uczestniczy w monachijskiej konderencji. Rubio towarzyszy m.in. wiceszef Pentagonu Elbridge Colby oraz ponad 50 przedstawicieli Kongresu.
"Ukłon" w stronę Europy?
O tym, czego możemy spodziewać się po tegorocznej konferencji, mówi amerykanista i politolog profesor Bohdan Szklarski z Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego i Collegium Civitas.
Także on zwraca uwagę, że tym razem głównym przedstawicielem USA będzie Marco Rubio. - Będzie jednak "łagodniejszy" głos, nie taki antyeuropejski, nie dyscyplinujący, karzący i straszący. Nie wiem, czy to jest sygnał ze strony amerykańskiej. Mam wątpliwości czy ta administracja działa na zasadzie wysyłania sygnałów subtelnych i dyskretnych, poprzez kształt delegacji, kolejność wchodzenia, siedzenia, witania - komentuje.
Wskazuje, że dla przedstawicieli Europy kluczowe będzie utrzymanie jedności NATO, aby nie dać Amerykanom usprawiedliwienia dla wycofywania się z Europy. A, jak dodaje, Amerykanie grają właśnie kartą ich obecności wojskowej w Europie, bo powtarzają, że są w przededniu decyzji o dyslokacji wojsk na Starym Kontynencie. - Ważne jest to, jak Amerykanie będą mówić i jak będą rozmawiać o przyszłości NATO. Myślę, że istotną kwestią jest podtrzymanie woli politycznej widzenia Europy jako kluczowego sojusznika i że ten sojusz opiera się w dalszym ciągu na wspólnocie wartości, w co trudno nam jest wierzyć słuchając Trumpa - kontynuuje amerykanista.
Dodaje, że z tego punktu widzenia obecność Marco Rubio, a nie J.D. Vance’a, wygląda na "ukłon" w stronę Europy. - Ale czy nim jest, to nie wiemy, bo ciężko przewidzieć, co jest w głowie Donalda Trumpa - zaznacza.
"Dziwny moment" w światowym porządku
Profesor Szklarski przypomina też, nawiązując do wystąpienia J.D. Vance'a, że poprzednia konferencja "skończyła się awanturą". - Więc jeśli udałoby się zakończyć tę konferencję przyjęciem wspólnego dokumentu, który pokaże, że wartości się jednak liczą, choćby powierzchownie, to będzie postęp. Natomiast na pewno nie zajdzie tu nic znaczącego i nie spodziewam się bardzo istotnych wyrazów wzajemnego szacunku. Będą to zapewne dość zdawkowe deklaracje, ale jeśli one będą się ocierać o wartości, to już będzie postęp - prognozuje.
Przy czym dodaje, że to nie będzie tak, że te wartości będą odgrywały w polityce amerykańskiej kluczową rolę. - One mogą powrócić jako element więzi, który oczywiście musi być obudowany transakcyjnością, wkładem na rzecz NATO, "wzięciem odpowiedzialności za siebie" przez Europę i tak dalej. Bo jeżeli pojawiają się wartości, to zmniejsza się ryzyko, że transakcyjność zdominuje relacje - dodaje ekspert.
Profesor Szklarski ocenia, że tegoroczna monachijska konferencja przypada na "dziwny moment" w porządku światowym, a świadczy o tym dynamika kluczowej relacji na linii USA-Chiny. W tym kontekście amerykanista przypomina, że w kwietniu Donald Trump ma odwiedzić Państwo Środka i spotkać się z Xi Jinpingiem. - Wydaje mi się, że w tej chwili Amerykanie nie mają jeszcze jasno sprecyzowanego celu dotyczącego wizyty w Chinach. Oni chyba dojrzeli do tego, że to nie jest relacja, w której można umniejszać rolę Chin. Można co najwyżej nauczyć się współżyć z Chinami jako rosnącym mocarstwem - dodaje.
Kluczowe kwestie
W tym roku tłem dla MSC, oprócz coraz bardziej napiętych stosunków transatlantyckich, będą też działania Donalda Trumpa zmierzające ku pozyskaniu Grenlandii - autonomicznej wyspy należącej do Danii, członka NATO. Duńska premierka Mette Frederiksen poinformowała w piątek media, że będzie chciała spotkać się z amerykańskim sekretarzem stanu, aby omówić kierowane ze strony jego prezydenta groźby.
Ściągający do stolicy Bawarii przywódcy i politycy mają się też zajmować tematami dalszego wsparcia broniącej się przed rosyjską agresją Ukrainy, przyszłości Strefy Gazy czy napięć z Chinami i Iranem.
Polskę reprezentują premier Donald Tusk oraz jego zastępca, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który weźmie udział w kilku panelach dyskusyjnych, w tym dotyczącym Ukrainy.
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: RONALD WITTEK/EPA/PAP