Grzegorz Białek pamięta tamten dzień jak przez mgłę.
Był sobotni poranek, 1 października 2011 roku. Jego starszy o sześć lat brat Wojciech szykował się do pracy w Zakładach Mechanicznych "Siarkopol" w Tarnobrzegu, gdzie pracował jako szlifierz. Dzielili pokój, Grzegorz na chwilę się przebudził - zamienili kilka słów. To był ostatni raz, kiedy widział brata.
Rodzina mieszkała w piętrowym domu w Woli Baranowskiej - mama, siostra - najstarsza z rodzeństwa, Wojciech i Grzegorz. Trzy miesiące wcześniej ich ojciec odebrał sobie życie.
- Bardzo to wszyscy przeżyliśmy. Brat nie umiał sobie z tym poradzić, obwiniał się o śmierć ojca - wspomina mężczyzna.
Wyszedł do pracy i przepadł
Wojciech miał problem z alkoholem. W domu często dochodziło na tym tle do kłótni. - Brat po śmierci ojca pił coraz więcej. Bywał agresywny, awanturował się, ale w środku to był dobry człowiek. Dzisiaj, z perspektywy czasu, uważam, że po prostu nie potrafił poradzić sobie z bólem - mówi brat zaginionego.
Rodzina nigdy nie dowiedziała się, czy Wojciech dotarł do pracy 1 października. Policjanci ustalili jednak, że na pewno pojawił się tam dwa dni później - w poniedziałek, 3 października. Przyszedł pod wpływem alkoholu, dlatego nie został dopuszczony do obowiązków. Od tego momentu nie kontaktował się już z kolegami ani przełożonym.