Do śmiertelnego ataku niedźwiedzia na 58-letnią kobietę doszło około półtora kilometra w głąb lasu i około dwa i pół kilometra od wsi. Teren, położony w pobliżu szczytu wzniesienia, gdzie gęsty las przechodzi w młode nasadzenia, stanowi stałe siedlisko niedźwiedzi. Tego dnia kobieta wraz z 28-letnim synem wybrała się do lasu w poszukiwaniu poroży. Dla wielu mieszkańców regionu to sposób na dodatkowy zarobek. Zbieranie poroży jest legalne, jednak podlega określonym przepisom - między innymi obowiązuje zakaz wchodzenia na tereny młodników o wysokości do czterech metrów. Ciało znaleziono właśnie przy takim młodniku. Jak relacjonowała w rozmowie z tvn24.pl siostra ofiary Jolanta Szajdek, pani Edyta - bo tak na imię miała zmarła kobieta - doskonale znała las i wiedziała jak się po nim poruszać, aby odstraszyć zwierzęta. - Kiedy niedźwiedź ją zaatakował rozmawiała z synem przez telefon, więc nie była cicho. Zdążyła tylko krzyknąć "niedźwiedź". Dawid (syn ofiary) usłyszał jeszcze ryk zwierzęcia i telefon się urwał. Zabił ją jednym uderzeniem - mówiła nam Jolanta Szajdek.
W czwartek (30 kwietnia) wzięła udział w spotkaniu samorządowców z przedstawicielami Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, zorganizowanym w Bukowsku z inicjatywy wójta Marka Bańkowskiego, po śmiertelnym ataku niedźwiedzia. – Przyszłam z apelem i nadzieją, że śmierć mojej siostry nie pójdzie na marne. Chcę, żeby władze wreszcie zauważyły nas, mieszkańców Bieszczad, i zaczęły działać. Nie jestem za zabijaniem zwierząt – kocham je – ale nie może być tak, że są ważniejsze od ludzi. Nie możemy bać się wychodzić z domów ani o to, czy ktoś, kto pracuje w lesie, z niego wróci – mówiła.
Samorządowcy chcą zmian prawnych
W spotkaniu uczestniczyli w nim samorządowcy, przedstawiciele wojewody i marszałka, leśnicy, myśliwi, właściciele gospodarstw agroturystycznych oraz reprezentanci Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska i jej rzeszowskiego oddziału. Podczas dyskusji nie brakowało emocji.
– To nie jest spotkanie polityczne. Chcemy zaproponować konkretne rozwiązania prawne, na które czekają mieszkańcy naszego regionu – podkreślał wójt Marek Bańkowski, gospodarz wydarzenia. – Należy przywrócić podmiotowość człowieka i zadbać o bezpieczeństwo turystów. Żądamy zmian przepisów i przywrócenia decyzyjności lokalnym społecznościom – dodał.
Wójtowie, burmistrzowie i starostowie obecni na spotkaniu postulowali dokładne policzenie wilków i niedźwiedzi oraz wprowadzenie "odpowiedniej gospodarki" tymi gatunkami. Część uczestników mówiła wprost o konieczności ich redukcji, pojawiły się też pomysły relokowania "problematycznych" osobników do innych parków narodowych, a nawet kastracji niedźwiedzi – "tak jak kastruje się koty".
Samorządowcy domagali się od przedstawicieli Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska natychmiastowych działań. – Zakończmy etap deklaracji i przejdźmy do realnych decyzji. Potrzebne są działania już teraz, by zapobiec kolejnej tragedii – apelował Dariusz Wethacz, wójt gminy Cisna.
Adam Piątkowski, wójt gminy Solina, postulował odstrzał wszystkich "problematycznych" osobników, stanowiących zagrożenie dla ludzi.
W ostrych słowach wypowiadał się także Robert Petka, zastępca wójta gminy Olszanica. – Doszliśmy do sytuacji, w której samorządowcy boją się reakcji ekologów – mówił. Zaproponował redukcję populacji niedźwiedzi, a w przypadku braku zgody władz zapowiedział możliwość protestów, blokad dróg i manifestacji przed siedzibą Ministerstwa Środowiska z użyciem "rac i paleniem opon".
Wójt Bukowska Marek Bańkowski i starosta sanocki Robert Pieszczoch zaproponowali pakiet zmian prawnych. Wśród postulatów znalazły się:
- Ustawowy priorytet bezpieczeństwa: zmiana zapisów Ustawy o ochronie przyrody tak, aby w sytuacjach konfliktu na linii człowiek - duży drapieżnik "ochrona życia i zdrowia ludzkiego posiadała ustawowy priorytet nad procedurami ochrony gatunkowej".
- Nowelizacja procedur interwencyjnych: wprowadzenie do porządku prawnego instytucji "Czerwonej Ścieżki Decyzyjnej". Wnioskodawcy chcą, aby procedura nakładała na organy GDOŚ/RDOŚ obowiązek wydania wiążącej decyzji interwencyjnej (odstraszanie, odłów lub eliminacja) w terminie nieprzekraczalnym 24 godziny od zgłoszenia incydentu zagrażającego ludziom.
- Instytucjonalizacja grup interwencyjnych: ustawowe powołanie i sfinansowanie z budżetu państwa etatowych zawodowych jednostek szybkiego reagowania (na wzór grup słowackich) posiadających uprawnienia operacyjne do aktywnego zarządzania osobnikami konfliktowymi na terenie całego kraju. Do ich obowiązków należeć ma m.in. ochrona służb ratunkowych (policja, straż pożarna, pogotowie, GOPR) podczas akcji z udziałem dużych drapieżników oraz zabezpieczanie płoszenia dużych drapieżników.
- Decentralizacja decyzyjności: przekazanie uprawnień do podejmowania doraźnych decyzji interwencyjnych na szczebel regionalny i lokalny. "Samorząd terytorialny i służby terenowe muszą posiadać kompetencje do reagowania w stanach wyższej konieczności bez zwłoki administracyjnej szczebla centralnego".
- Wprowadzenie systemowej kontroli populacji: wdrożenie do polskiego systemu zarządzania przyrodą sprawdzonych wzorców szwedzkich umożliwiających aktywną regulację liczebności drapieżników. Wnioskodawcy domagają się "rzetelnego policzenia populacji, dokonania pełnej identyfikacji genetycznej osobników oraz objęcia ich stałym monitoringiem przy użyciu obroży telemetrycznych i sieci fotopułapek". Postulują wprowadzenie programu kastracji i sterylizacji osobników młodych oraz konfliktowych jako humanitarnej i skutecznej metody ograniczania przyrostu populacji.
- Utworzenie celowego funduszu bezpieczeństwa: powołanie funduszu bezpieczeństwa przyrodniczego. "Ochrona gatunkowa jako zadanie państwa musi być w stu procentach finansowania z budżetu centralnego, obejmując koszty systemów powiadamiania (Cyfrowa Tarcza), infrastruktury ochronnej oraz pełnych, rzetelnych odszkodowań".
Lada dzień "projekt niedźwiedziowy"
Obecna na spotkaniu Anna Ronikier-Dolańska, zastępca Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, podkreśliła, że choć "wydarzyła się ogromna tragedia", śmiertelny atak niedźwiedzia miał miejsce w jego naturalnym środowisku. Zaznaczyła, że odrębnym problemem jest zjawisko synantropizacji, czyli pojawiania się niedźwiedzi w pobliżu ludzkich siedzib, gdzie żerują na odpadach i mogą stanowić zagrożenie dla mieszkańców. – Naszym celem jest reagowanie właśnie na takie sytuacje – podkreśliła.
Przypomniała, że w Bieszczadach zacznie działać specjalna grupa interwencyjna odpowiedzialna za monitorowanie tzw. "problematycznych osobników". – Wkrótce rozpoczną pracę zespoły zajmujące się odławianiem, znakowaniem, monitorowaniem i odstraszaniem niedźwiedzi. Jeśli zwierzę okaże się niebezpieczne, przepisy pozwalają na jego odstrzał lub – w ostateczności – uśmiercenie, by nie stanowiło już zagrożenia. Zanim jednak sięgniemy po tak radykalne rozwiązania, musimy wykorzystać wszystkie inne dostępne metody. Do tego zobowiązują nas przepisy prawa, ale też zwykła uczciwość wobec ludzi i zwierząt – zaznaczyła Anna Ronikier-Dolańska.
Zespoły złożone z uprawnionych osób będą reagować, gdy niedźwiedzie zbliżą się do zabudowań lub zagrożą mieszkańcom. W takich sytuacjach możliwe będzie użycie broni gładkolufowej z gumową amunicją, która powoduje bolesne, lecz niegroźne uderzenie, skutecznie odstraszające zwierzę. - Badania pokazują, że w ponad 90 procentach przypadków, jeśli zwierzę zostanie trafione raz lub dwa razy, unika później tego miejsca. Dopiero osobniki, które mimo to wracają, będą podlegały eliminacji - wyjaśniła w rozmowie z tvn24.pl zastępczyni GDOŚ.
By takie grupy mogły działać, potrzebne są przepisy pozwalające na użycie broni gładkolufowej i amunicji gumowej. Prace nad nimi wciąż trwają.
Sławomir Serafin, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie, zwrócił uwagę na konieczność uporządkowania systemu gospodarowania odpadami. Zauważył, że obecne zasady naliczania opłat za śmieci sprawiają, iż mieszkańcom bardziej opłaca się zakładać kompostowniki. Tymczasem wyrzucane do nich odpady kuchenne wabią niedźwiedzie. W ten sposób ludzie sami przyciągają je do wiosek i miast, ucząc, że w pobliżu zabudowań można łatwo znaleźć pożywienie. Niedźwiedzice przekazują to zachowanie młodym, więc z jednego osobnika szukającego jedzenia przy kompostowniku wkrótce robią się trzy albo cztery. - Musimy wspólnie z samorządami tę kwestię rozwiązać i uporządkować - podkreślił dyrektor rzeszowskiego RDOŚ.
Wspomniał też, że pieniądze na wprowadzenie systemowych rozwiązań w zakresie gospodarowania odpadami były dostępne w ramach funduszy dla Podkarpacia, jednak nie zostały wykorzystane. – Mam nadzieję, że znajdą się w nowej perspektywie finansowej i pozwolą wprowadzić rozwiązania, które pomogą uporać się z tym problemem. Doświadczenia z USA pokazują, że uporządkowanie gospodarki odpadami znacząco ogranicza skalę podobnych zjawisk – podkreślił.
Antyniedźwiedziowe pojemniki i pastuchy
Niedźwiedzioodporne kontenery na odpady, ufundowane przez Fundację WWF, stoją już w kilku bieszczadzkich gminach, m.in. w Lutowiskach i Cisnej. To specjalne pojemniki z grubej blachy przykryte klapą z zasuwą, możliwą do otworzenia tylko przez człowieka. Fundacja od lat nieodpłatnie przekazuje je gminom, w których występują niedźwiedzie. Dostała je też gmina Solina, ale - jak przekazują nam mieszkańcy - miała zwlekać z ich ustawieniem.
Chętni mogą też korzystać z innych rozwiązań proponowanych przez Fundację WWF. Rafał Dominik właściciel baru Siekierezada w Cisnej od pół roku zabezpiecza kompostownik za pomocą elektrycznego pastucha.
– Też mam trochę na sumieniu ten bałagan z misiami – przyznaje Rafał Dominik. – Kiedyś zlewki wywoziło się, gdzie popadnie. Nie mieliśmy świadomości, że w ten sposób przyciągamy niedźwiedzie. Z czasem, po spotkaniach z leśnikami i WWF, zrozumieliśmy problem. Teraz stosujemy elektryczne ogrodzenie, takie jak dla bydła czy koni – i to działa. Misiu już się nie pojawia – opowiada.
Koszt takiego zabezpieczenia to 1500 złotych. Na razie testuje je na próbę, nieodpłatnie.
Projekt gotowy od 15 lat
Agnieszka Olszańska z Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk w rozmowie z tvn24.pl zauważa, że projekt podobny do tego, który obecnie ma być wdrażany w Bieszczadach przez GDOŚ, został opracowany przez naukowców już w 2011 roku.
– Już wtedy wskazywaliśmy, że konieczne jest wprowadzenie konkretnych narzędzi, które pozwolą lepiej chronić niedźwiedzie w przestrzeni współdzielonej przez ludzi i zwierzęta – mówi badaczka.
– Postulowaliśmy powołanie wyspecjalizowanej grupy interwencyjnej, odpowiednio przeszkolonej i wyposażonej, działającej systemowo i reagującej na sytuacje kryzysowe. Zwracaliśmy też uwagę na potrzebę stworzenia roboczego zespołu do spraw niedźwiedzi, w skład którego weszliby nie tylko biolodzy, ale także przedstawiciele administracji różnych szczebli oraz służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo - przypomina.
Gotowy dokument, zawierający zestaw konkretnych propozycji, od ponad 15 lat czeka na realizację. Dlaczego mimo upływu czasu wciąż nie został wdrożony? – Regularnie, przy różnych okazjach – na spotkaniach, konferencjach czy w bezpośrednim kontakcie z Generalną Dyrekcją Ochrony Środowiska – pytamy, co dzieje się z tym projektem. Często słyszeliśmy, że jest niepotrzebny, że byłby tylko kolejnym dokumentem, który niczego nie zmienia – relacjonuje Olszańska. – To zaskakujące, bo właśnie teraz widać, jak bardzo brakuje ujednoliconych i systemowych rozwiązań dodaje.
Ekspertka o propozycjach samorządowców
Na naszą prośbę dr Agnieszka Olszańska odniosła się również do postulatów formułowanych przez samorządowców. Jak wskazała, postulat mówiący o tym, aby w sytuacjach konfliktu na linii człowiek - duży drapieżnik "ochrona życia i zdrowia ludzkiego posiadała ustawowy priorytet nad procedurami ochrony gatunkowej" jest trudny do zrealizowania, ponieważ niedźwiedź brunatny jest gatunkiem ściśle chronionym – zarówno przez prawo krajowe, jak i unijne. - Prawo natomiast dopuszcza działania interwencyjne w sytuacjach wyjątkowych, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo ludzi lub zwierząt - podkreśla nasza rozmówczyni.
Ekspertka zwraca także uwagę na potrzebę rzetelnego monitoringu populacji. – Zgadzamy się z postulatami gmin, by dokładnie policzyć krajową populację niedźwiedzi. Nasz Instytut jest autorem metodyki monitoringu tego gatunku, zatwierdzonej przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, i realizujemy badania rozmieszczenia niedźwiedzi w Polsce. Niestety monitoring liczebności, mimo tego, że jest wymagany, opisany w metodyce i poniekąd konieczny z uwagi na raportowanie do Komisji Europejskiej o stanie zachowania gatunku, wciąż nie jest prowadzony systemowo z braku funduszy - wyjaśnia ekspertka.
Jak dodaje, kompleksowe badania liczące populację były przeprowadzone w ramach projektu naukowego w 2014 roku. – To był wysiłek badawczy, a nie rozwiązanie systemowe, które powinno się odbywać cyklicznie, mniej więcej raz na sześć lat. Nadal brakuje na to środków i zasobów – zauważa.
Postulat objęcia wszystkich niedźwiedzi w Polsce stałym monitoringiem przy użyciu obroży telemetrycznych i sieci fotopułapek ekspertka z Polskiej Akademii Nauk ocenia jako niewykonalny. – Trudno wyobrazić sobie, jaka instytucja miałaby odłowić wszystkie niedźwiedzie w Polsce, założyć im obroże telemetryczne i prowadzić stały monitoring każdego z nich. To byłby ogromny, logistycznie skomplikowany i kosztowny wysiłek. Nie byłby on też zasadny ani naukowo, ani biorąc pod uwagę dobrostan zwierząt – podkreśla. – Nasi koledzy z Tatrzańskiego Parku Narodowego rzeczywiście prowadzą takie badania, ale dotyczą one niewielkiej liczby osobników, przy udziale wysoko wykwalifikowanego, specjalnie przeszkolonego zespołu. To zupełnie inna skala działań - dodaje.
Jeszcze bardziej kontrowersyjny, zdaniem ekspertki, jest pomysł wprowadzenia programu kastracji lub sterylizacji młodych i tzw. konfliktowych osobników. – To propozycja całkowicie nierealna i nieuzasadniona naukowo. Nie znam kraju, który prowadziłby tego typu zabiegi na dzikich niedźwiedziach. Byłoby to niezgodne zarówno z prawem krajowym, jak i międzynarodowym, a przede wszystkim sprzeczne z podstawowymi zasadami ochrony gatunków dzikich – zaznacza. – Trudno nawet wskazać, kto miałby o takich działaniach decydować. To nie jest kierunek wart rozważania - argumentuje.
Jedni mają kruki, inni szczury i dziki, my mamy niedźwiedzie
Dr Agnieszka Olszańska w rozmowie z tvn24.pl odniosła się do tzw. "projektu niedźwiedziowego", który Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska będzie realizować w Bieszczadach. Podkreśliła, że potrzebne są rozwiązania systemowe i długofalowe, podczas gdy działania ujęte w projekcie zaplanowano jedynie na cztery lata.
– Problemy związane z gospodarką odpadami w gminach, koniecznością powołania grupy interwencyjnej czy stworzenia systemu informacji nie znikną po zakończeniu projektu – zaznacza ekspertka. – Co więcej, to nie jest wyłącznie kwestia Podkarpacia. Niedźwiedzie brunatne występują obecnie w trzech województwach, więc temat wymaga podejścia ponadregionalnego – dodaje.
Dr Olszańska postuluje również powołanie grupy roboczej do spraw niedźwiedzi, w której znaleźliby się przedstawiciele różnych instytucji. Jej zdaniem taki zespół pozwoliłby na regularne spotkania, wymianę informacji i bieżące reagowanie na pojawiające się problemy. Ekspertka wskazuje, że podobne rozwiązania z powodzeniem funkcjonują w innych krajach, m.in. w Chorwacji, gdzie plany ochrony gatunków są cyklicznie aktualizowane. – Spotykają się wtedy osoby odpowiedzialne za przygotowanie planu z ludźmi, którzy naprawdę mieszkają i pracują w terenie. Wspólnie omawiają, co zadziałało, a co nie, gdzie są problemy i jak je rozwiązać – wyjaśnia.
Jak jednak podkreśla, nawet najlepiej opracowane działania naukowców nie przyniosą efektu bez zaangażowania mieszkańców. – Niedźwiedzie kierują się węchem. Jeśli raz znajdą miejsce z łatwo dostępnym pożywieniem, będą tam wracać. To oportuniści pokarmowi – wybierają to, co najprostsze do zdobycia. Dopóki więc nie zabezpieczymy lub nie usuniemy źródeł, które je przyciągają, problem będzie powracał – wyjaśnia.
I dodaje: - Każdy mieszkaniec miast wie, że tam, gdzie pojawiają się odpadki, zjawiają się też zwierzęta – kawki, wrony, szczury, dziki czy inne gatunki. W Bieszczadach tymi "innymi zwierzętami" są niedźwiedzie. Region ten bardzo się zmienił w ciągu ostatnich 15–20 lat – przybyło agroturystyk, domów i miejsc noclegowych, także w głębi lasu. Coraz bardziej wkraczamy w naturalne środowisko zwierząt, a jednocześnie zmienia się struktura samych lasów. To wszystko sprawia, że musimy być przygotowani na częstsze spotkania z dziką przyrodą.