Były ksiądz z zarzutami molestowania ministranta został zatrudniony w diecezji. "To nie jest wyraz ochrony"

TVN24

Były ksiądz jest magazynierem w diecezji (materiał Faktów TVN z maja 2019 r.)Małgorzata Mielcarek | Fakty w Południe
wideo 2/6

Były ksiądz Krzysztof G., któremu prokuratura zarzuca wykorzystywanie seksualne i gwałt na ministrancie, znalazł pracę w diecezjalnym archiwum. - Tego rodzaju praca w miejscu bez kontaktu z dziećmi czy młodzieżą nie niesie za sobą zagrożeń i jest też formą społecznej prewencji - przekonuje rzecznik Kurii Metropolitalnej w Poznaniu.

Krzysztof G. przez 12 lat miał molestować Szymona Bączkowskiego, ministranta w parafii w Chodzieży (woj. wielkopolskie). W 2018 roku sąd kościelny zdecydował o wydaleniu go ze stanu kapłańskiego. Były ksiądz ma już też zarzuty prokuratorskie.

Jak poinformowała "Gazeta Wyborcza", już miesiąc po wyroku sądu kościelnego "dostał w poznańskiej kurii pracę". Znalazł zatrudnienie w diecezji, pracuje w archiwum akt dawnych, jako magazynier. Sprawa wyszła na jaw, gdy prokurator spytał byłego już księdza o miejsce pracy.

"Nie pracuje w kurii, tylko w diecezji"

Ks. Maciej Szczepaniak, rzecznik Kurii Metropolitalnej w Poznaniu, w oświadczeniu odniósł się do tych informacji.

"Wydalony z kapłaństwa ksiądz nie pracuje w Kurii Metropolitalnej w Poznaniu, jak podała 15.01.2020 r. "Gazeta Wyborcza". Były ksiądz znalazł zatrudnienie w diecezjalnym archiwum na stanowisku magazyniera do czasu znalezienia innej pracy" - czytamy w oświadczeniu.

W zatrudnieniu księdza nie widzi on niczego niestosownego. "Tego rodzaju praca w miejscu bez kontaktu z dziećmi czy młodzieżą nie niesie za sobą zagrożeń i jest też formą społecznej prewencji" - przekonuje Szczepaniak i dodaje: "zatrudnienie w żadnym stopniu nie jest wyrazem ochrony byłego księdza".

"Dotykał w krocze, poklepywał po pośladkach"

Ksiądz Krzysztof G. w latach 2001-2013 miał molestować Szymona Bączkowskiego. Mężczyzna był wtedy gimnazjalistą i ministrantem. Do molestowania miało dochodzić w kościele w Chodzieży.

- W takiej małej zakrystii dotykał w krocze, poklepywał po pośladkach - opowiadał w 2017 roku TVN24 Szymon Bączkowski.

Gdy sytuacja zaczęła się powtarzać, chłopak wyjawił tajemnicę rodzicom. Ksiądz miał przeprosić rodziców i obiecać, że to się więcej nie powtórzy. - Przyznał się do tego wszystkiego, ale chciał załatwić to po cichu. Pamiętam, jak klękał przed rodzicami i obiecywał, że już nigdy do tego nie dojdzie. Potem rodzice przekonywali mnie, że lepiej to zataić, bo później to o mnie opinia pójdzie. Przy kolejnych razach już im nie mówiłem, bo przecież słyszałem, że to też jest człowiek, który może zbłądzić - mówił Bączkowski.Mężczyzna bardzo szybko założył rodzinę. Miał nadzieję, że to uniezależni go od księdza. Jednak przez kilka lat prowadził podwójne życie, ukrywając przed rodziną kontakty z księdzem. Żona wiedziała tylko tyle, że Szymon był molestowany przez wikarego w młodości.Spotkania z księdzem, podczas których miał on dopuszczać się tych zachowań, odbywały się przez 12 lat.

Przełom nastąpił w 2015 roku. - Byłem na spotkaniu wolontariuszy Światowych Dni Młodzieży. Poszedłem do spowiedzi i dostałem pokutę, że mam zgłosić sprawę do kurii - mówi. Tak też zrobił.

- Krzysztof G. pojechał do kurii w Poznaniu i na piśmie złożył obszerne zeznania, przyznając się do popełnianych czynów, które miał zarzucone z mojej strony – powiedział Szymon Bączkowski.

Poznański sąd biskupi w wewnętrznym śledztwie ustalił winę Krzysztofa G. "Po zgłoszeniu przypadku molestowania ksiądz został usunięty z parafii, a działania archidiecezji doprowadziły do wszczęcia postępowania kanonicznego w związku z oskarżeniem o czyny przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu z osobą poniżej 18. roku życia. Wyrok sądu kościelnego o wydaleniu ze stanu kapłańskiego został wydany 31 października 2018 r." - przypomina w oświadczeniu ks. Maciej Szczepaniak, rzecznik Kurii Metropolitalnej w Poznaniu.

Sprawa molestowania Szymona trafiła do prokuratury. Tej kuria jednak nie ułatwiała pracy. Kiedy prokurator poprosił o kościelne akta, których elementem może być przyznanie się do winy, arcybiskup Stanisław Gądecki najpierw powołał się na "tajemnicę zawodową", a później stwierdził, że dokumenty nie znajdują się na terenie kurii tylko w Watykanie. To wszystko wiązało ręce prokuratorom.

Sytuację zmieniła dopiero decyzja papieża Franciszka, który w grudniu zeszłego roku zniósł "tajemnicę papieską" w postępowaniach dotyczących pedofilii.

Jak podaje "Gazeta Wyborcza", przed miesiącem śledczy zarzucili byłemu księdzu, że w latach 2001-2013 co najmniej kilkadziesiąt razy wykorzystał seksualnie i zgwałcił Szymona Bączkowskiego. Miał też go wywozić do lasu i bić po twarzy.

Autor: FC/gp / Źródło: TVN 24 Poznań, Gazeta Wyborcza