Premium

"Ludzie z dziećmi chowają się po polach kukurydzy. A nad nimi jak na wojnie"

Zdjęcie: Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta

- Siedziałam u koleżanki, nagle zrobiło się strasznie głośno. Leci jeden helikopter, bardzo nisko, zaraz drugi i trzeci. Poleciały nad pola. Te naloty przeszkadzają rolnikom, bydło jest wiecznie przerażone, konie chcą uciekać. Na skrzyżowaniu wiejskich dróg non stop stoi radiowóz. Cały czas nas sprawdzają: gdzie idziesz, po co idziesz, co wieziesz, co masz w bagażniku - o życiu przy polsko-białoruskiej granicy opowiada właścicielka znajdującego się tam domu.

OGLĄDAJ PROGRAM "STREFA ZAMKNIĘTA" W TVN24 GO

W związku z zakazem obecności dziennikarzy na terenach objętych stanem wyjątkowym musimy polegać na relacji osób, które tam mieszkają. Nie możemy tych informacji samodzielnie weryfikować.

Ze swojego okna widzisz drut kolczasty. Jak jest teraz na granicy?

Pusto i smutno. W lesie widać ślady ludzi, którzy się ukrywają: porzucone papierki po batonikach, butelki po napojach z białoruskimi napisami. Widać ścieżki, którymi chodzą. Wiadomo, gdzie są.

Na co dzień pracuję w Białymstoku, staramy się z mężem przyjeżdżać na weekendy i pomagać na tyle, na ile możemy. Jak się spotka uchodźcę, to można nakarmić, napoić, udostępnić wi-fi. Nie wolno dać skorzystać ze swojego telefonu, nie wolno podwieźć. Żyjemy tu w przekonaniu, że służby uznają to za współudział w przemycie ludzi. Dzisiaj pakowaliśmy paczki. Pomagamy znajomym, którzy współpracują z organizacjami pozarządowymi. Z całej Polski przychodzą wielkie pudła rzeczy, trzeba je porozdzielać na małe torebki, w których się znajdzie batonik, czołówka, płaszcz przeciwdeszczowy, koc termiczny, węgiel medyczny, ibuprom. Czas, od kiedy spotkasz uchodźcę czy uchodźczynię do momentu, kiedy ktoś wezwie Straż Graniczną i ona przyjedzie, to jakieś pięć-dziesięć minut, więc trzeba mieć cokolwiek, żeby dać na szybko.

Ludzie cały czas próbują się przedrzeć?

Przed wrześniem zdarzało się, że po drodze we wsi szła grupa ludzi, również z dziećmi. Udawało im się dotrzeć do Polski i liczyli na pomoc. Służby odwoziły ich do placówek pomagających uchodźcom, ludzie ze wsi przynosili tam jedzenie dla dzieci. Nie było żadnego ogrodzenia, granica była jedynie zaznaczona na ziemi i wśród drzew, krzaków stała tablica, na której było napisane, że tu kończy się państwo polskie i zaczyna się Białoruś. Latem pojawił się płot z drutu kolczastego sięgający trochę ponad kolana. Białorusini przygotowywali wtedy ludziom drewniane podesty, żeby można było od nich przejść do nas. We wrześniu postawiono wyższą warstwę, z drutem żyletkowym. W tej chwili w drucie kolczastym są po prostu w niektórych miejscach dziury. Mówienie, że już teraz pilnujemy granicy i że ona jest już szczelna, mnie śmieszy.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo