Premium

Rok, w którym "państwo, jako narzędzie panowania nad własnym losem, wypadło nam z rąk"

Zdjęcie: Artur Węgrzynowicz/tvnwarszawa.pl

Jedno z najważniejszych doświadczeń, jakim jest epidemia COVID-19, może nie zostać przez nas wykorzystane. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest ten, w którym zaraz po jej przezwyciężeniu będziemy próbowali o niej zapomnieć na amen. Przemawia za tym zarówno obserwacja zachowań Polaków w czerwcu, lipcu czy sierpniu, jak i liczne wcześniejsze zachowania. Będziemy chcieli – jak wtedy, latem – nadrobić stracony czas, rzucimy się w wir życia. Rozumianego przede wszystkim jako robienie tego, czego nie mogliśmy zrobić przez minione miesiące. Gorzej, że postąpią w ten sposób także instytucje publiczne, być może także media, opiniotwórcze elity. Problemy postpandemiczne zostaną wypchnięte poza sferę ich uwagi. Razem z lekcją, jakiej to wydarzenie nam udzieliło - dla tvn24.pl 2020 rok podsumowuje historyk i politolog, prof. Rafał Matyja (Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie).

Będziemy pamiętać 2020 jako rok pandemii COVID-19. Ale nie wiem, czy zapamiętamy go jako okres, który rozpada się na kilka różniących się od siebie doświadczeń. Obok letniego "odprężenia" mieliśmy bowiem pełen strachu pierwszy lockdown i podminowany zupełnie innymi emocjami okres "drugiej fali". W pierwszym były nie do pomyślenia ani masowe demonstracje, ani nawet jakieś poważniejsze kwestionowanie zaleceń rządu. Absurdy w rodzaju zakazu wejścia do lasów były elementem groteskowym, ale wobec powagi sytuacji nie stanowiły pretekstu do otwartego sprzeciwu. Nie stanowiły go też słabości instytucji publicznych – sanepidu, służb rządowych czy niedostatki pospiesznej legislacji. 

Z pierwszego okresu zapamiętamy głównie lęk. Naszą zbiorową wyobraźnią rządziły obrazy z Bergamo. Ale powiedzmy sobie szczerze – rządziły krótko, zaledwie dwa-trzy miesiące. Potem – w czerwcu i kolejnych miesiącach - następowało naturalne oswojenie, uspokojenie, chęć powrotu do normalności. Wzmocniona tym, że nie dane nam było oglądać równie drastycznych scen. Wyjście z pierwszego lockdownu mogło być traktowane z ulgą, że jakoś nam się udało. 

Państwo "jakoś to będzie"

Pierwszy okres to także doświadczenie zmian w normalnym funkcjonowaniu dwóch wielkich segmentów sektora publicznego: opieki zdrowotnej i oświaty. W obu przypadkach przystosowanie do nowej sytuacji spoczęło na barkach dwóch krytykowanych przez władze grup zawodowych: personelu medycznego i nauczycieli. W przypadku oświaty rządzący naprawdę nie mieli wyjścia. Musieli zaufać nauczycielom i rodzicom, że podołają zadaniu przejścia szkoły w tryb zdalny. I to w zasadzie niemal bez pomocy państwa, które nawet potem, jesienią, nie potrafiło podjąć skutecznych działań wspierających. Cała operacja odbyła się przy milczącym założeniu, że zarówno rodzice, jak i nauczyciele użyją do niej prywatnego sprzętu komputerowego, prywatnego oprogramowania, skorzystają z domowego internetu. 

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo