Wybite szyby, w środku butelki po benzynie. Pożar w przedszkolu. "Cały nasz świat legł w gruzach"

TVN24

Główna sala z jadalnią i kuchnią nie nadaje się do użytkuAnna Rajska
wideo 2/6

Budynek do remontu, 90 procent wyposażenia do wyrzucenia. Wystarczyło kilkadziesiąt minut - pożar strawił wnętrze przedszkola na poznańskim Świerczewie. - Jak wbiegłam i zobaczyłam to wszystko, to przyznam szczerze, że nogi się pode mną ugięły. To strata 10 lat inwestycji, ale też poczucia bezpieczeństwa dzieci - mówi Anna Rajska, właścicielka przedszkola. Wciąż sprząta wnętrze i szuka lokalu zastępczego dla podopiecznych. A policja szuka podpalaczy.

Ogień pojawił się w przedszkolu w nocy ze środy na czwartek. - O godzinie 3 dostałam telefon od naszej klientki, która przyprowadza córkę do przedszkola i mieszka tuż obok. Zadzwoniła, że coś się pali, widać dym. Od razu pojechałam na miejsce - relacjonuje Anna Rajska.

Wokół budynku działała już straż pożarna i policja. - Pełno ludzi, dym, alarm wyjący z budynku. Jak wbiegłam i zobaczyłam to wszystko, to przyznam szczerze, że nogi się pode mną ugięły - mówi Anna Rajska.

Butelki z benzyną, kamienie

Kiedy strażacy ugasili ogień, na teren przedszkola weszła grupa policjantów. W wnętrzu odkryli kilka butelek po benzynie i dwa duże kamienie. Właścicielka podejrzewa, że ktoś mógł wrzucić je przez okna - te tarasowe były wybite. - Funkcjonariusze zabezpieczyli też ślady krwi na schodkach - dodaje Rajska.

30 dzieci, które regularnie chodziły do przedszkola, chwilowo musi szukać opieki w innych miejscach.

- Główna sala z kuchnią i jadalnią nie nadaje się do użytku, bo jest spalona albo stopiona. Na szczęście mieliśmy ognioodporną wykładzinę, która zaczęła się topić, dzięki czemu nie zajął się cały budynek. Ale całość nadaje się tylko do remontu, bo w środku jest po prostu czarno - podsumowuje właścicielka. Jak mówi, 90 procent wyposażenia jest do wyrzucenia.

Półtora miliona złotych strat

Sprawą zajmuje się policja, podpalacze wciąż pozostają nieznani. Choć jak mówi Anna Rajska, część kamer, która nie uległa zniszczeniu, zarejestrowała dwie postaci kręcące się tamtej nocy przed budynkiem - funkcjonariusze będą starali się teraz do nich dotrzeć.

Straty po pożarze oszacowała wstępnie na półtora miliona złotych. - To strata 10 lat inwestycji, bo co miesiąc wkładaliśmy pieniądze w ulepszenie tego miejsca, ogrodu. Ale to też strata poczucia bezpieczeństwa dzieci i rodziców - podkreśla z żalem. - Na razie nie powstała żadna oficjalna zbiórka, choć na pewno będziemy prosić o wsparcie - mówi Rajska. Od zeszłego tygodnia skupia się głównie na sprzątaniu zwęglonego wnętrza.

Do przedszkola zgłaszają się już terapeuci, którzy oferują pomoc psychologiczną dla malców i ich rodziców. Właścicielka planuje też poprosić o pomoc władze miasta - chodzi o znalezienie lokalu, w którym mogłaby działać do czasu zakończenia zaplanowanego remontu.

Autor: ww/gp / Źródło: TVN 24

0