Pani Joannna poszła do weterynarza ze szpicem miniaturowym swojej synowej.
- Siedząc w gabinecie, poczułam potworne uderzenie w plecy. Pies synowej został wyszarpnięty z moich kolan. To się tak szybko odbyło, że gdy go zobaczyłam, to zemdlałam - powiedziała przed kamerą TVN24 Joanna Łęgowska.
- Nie dość, że go wyrwał, to mój pies nawet nie pisnął. To była sekunda - mówiła Eryka Baranowska, opiekunka Candy.
Opiekun psa z zarzutami
Amstaff zaatakował również panią Joannę.
- Opiekunka psa została ugryziona w rękę. Na szczęście rana nie wymagała hospitalizacji. Gdy funkcjonariusze przybyli na miejsce, właścicieli amstaffa nie było. Policjanci ustalili ich dane - przekazał sierżant Michał Wiśniowski z Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu.
Opiekun psa został przesłuchany, przedstawiono mu zarzuty. - Dotyczą niezachowania środków ostrożności przy trzymaniu psa oraz stworzenia zagrożenia dla życia i zdrowia rannej opiekunki - podkreślił policjant.
Gdy policja zbierze wszystkie materiały dowodowe, do sądu ma zostać skierowany wniosek o ukaranie opiekuna psa. Grozi mu kara grzywny w wysokości do pięciu tysięcy złotych.
Nie zapewnili bezpieczeństwa
Zdaniem Michała Dąbrowskiego, behawiorysty i trenera psów, tego typu zachowanie zwierzęcia wynikało z tego, że opiekunowie nie zapewnili odpowiednich środków bezpieczeństwa.
- W gabinecie weterynaryjnym pies powinien być trzymany na krótszej smyczy, powinna być zachowana stała kontrola opiekuna nad zwierzęciem. Wskazany byłby również kaganiec, jeśli wiemy, że pies ma doświadczenia z zachowaniami agresywnymi - powiedział Dąbrowski.