Po tragicznej śmierci nastolatków zamontowano brakujące barierki. Są wyniki sekcji zwłok

TVN24

W miejscu tragedii zamontowano barierkiTVN 24
wideo 2/6

Drogowcy w Ciborzu (woj. lubuskie) stali w czwartek między zniczami i montowali barierki energochłonne. We wtorek tych barierek zabrakło. Auto, którym jechała piątka nastolatków, wpadło do stawu. Wszyscy zginęli. Sprawę brakujących zabezpieczeń na drodze bada starosta i prokuratura. W czwartek zostały przeprowadzone sekcje zwłok ofiar wypadku.

Do tragedii doszło we wtorek w Ciborzu (woj. lubuskie). Auto, którym podróżowało pięć osób w wieku od 17 do 19 lat, wpadło do stawu.

Chwilę wcześniej prawdopodobnie wpadło w poślizg. Mimo szybkiej akcji ratunkowej i reanimacji nikogo nie udało się uratować.

Mieszkańcy, którzy w środę odwiedzali miejsce tragedii, powtarzali: śmierci tych niewinnych osób można było zapobiec.

W miejscu, gdzie samochód wypadł z drogi, nie było stałych barierek energochłonnych, bo miesiąc wcześniej zostały zniszczone w czasie wypadku. W ich miejsce postawiono jedynie tymczasowe, jakie stawia się podczas remontów dróg. I było tak aż do tragicznego wypadku.

W czwartek od rana - dwie doby po tragedii - drogowcy w końcu montowali nowe bariery energochłonne.

Starosta chce wyjaśnień

Wydział Dróg w Świebodzinie początkowo nie chciał komentować tej sprawy. W czwartek starosta świebodziński przyznał, że barierek nie zamontowano wcześniej w związku z przeciągającymi się formalnościami z firmą ubezpieczeniową.

Kilka tygodni wcześniej doszło tu do groźnego wypadku, w którym bariery energochłonne zostały uszkodzone.

"Około godziny 12.30 dyspozytor numeru alarmowego 112 otrzymał zgłoszenie dotyczące wypadku samochodu osobowego marki Daewoo Lanos na trasie Skąpe-Cibórz. Na miejsce zadysponowane zostały służby ratownicze, w tym śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego z bazy w Zielonej Górze-Przylepie. Na miejscu okazało się, że kierujący pojazdem uderzył w metalowe bariery" - informował niespełna półtora miesiąca temu portal newslubuski.pl. W tym wypadku ucierpiała pasażerka auta, którą śmigłowcem LPR zabrano do szpitala. Kierującemu nic się nie stało.

Zbigniew Szumski, starosta świebodziński, przyznaje, że oficjalny komunikat z policji wpłynął 7 listopada, ale o kolizji w starostwie wiedziano już w dniu zdarzenia. - Wszcząłem postępowanie wyjaśniające, dlaczego po ponad miesiącu od zdarzenia barierki nie były naprawione - mówi starosta świebodziński.

Jak podał, miejsce wypadku zostało zabezpieczone zgodnie z prawem, a naprawa barier miała zostać wykonana między 9 a 13 grudnia. - Nie tak to powinno wyglądać - podkreślił.

I zapowiedział, że do wtorku chce wyjaśnić, dlaczego tak długo ich nie zamontowano.

Jak dodał, barierki zastępcze to jedno, ale bezpieczeństwo jest najważniejsze. - Na pewno nie było to zabezpieczenie wystarczające, aby przyjąć pędzący z dużą prędkością samochód - zaznaczył starosta.

Barierki pod lupą śledczych

Okoliczności i przyczyny wypadku bada prokuratura. Śledczy zweryfikują, czy ewentualny brak zabezpieczeń w tym miejscu mógł mieć wpływ na tragiczne skutki zdarzenia.

Z dotychczasowych ustaleń prokuratury wynika, że autem podróżowało pięć osób w wieku od 17 do 19 lat. Audi kierowała jedna z 18-latek, która od niedawna miała uprawnienia do jazdy samochodem.

Zarówno ona, jak i pasażerka siedzącą obok kierującej, miały zapięte pasy. - Siedzący z tyłu trzej mężczyźni nie mieli zapiętych pasów w chwili wyłowienia pojazdu, ale czy tak było również podczas samej jazdy – tego już nie ustalimy – przekazał Zbigniew Fąfera, rzecznik zielonogórskiej prokuratury.

Wszyscy utonęli

W czwartek zostały przeprowadzone sekcje zwłok ofiar wypadku. Już wiadomo, że przyczyną śmierci całej piątki było utonięcie.

Jak przekazał prokurator Fąfera, nie wyklucza się, że wszystkie ofiary, na skutek uderzenia pojazdu z dużą siłą o taflę wody, mogły wcześniej utracić przytomność.

- To tłumaczyłoby, dlaczego nie próbowały wydostać się z pojazdu - wyjaśnił.

Podczas sekcji zostały pobrane próbki do dalszych badań, mających ustalić między innymi, czy młodzi ludzie mogli być pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Na wyniki tych badań trzeba będzie jednak poczekać kilka tygodni.

Sprawdzą, jak szybko jechali

Biegli zajmą się też między innymi zbadaniem tego, z jaką prędkością jechało auto w chwili wypadku. Na ich opinię w tej sprawie - jak podaje Zbigniew Fąfera - trzeba będzie poczekać jednak 2-3 miesiące.

To o tyle istotne, że jedna z ofiar dzień przed wypadkiem miała w mediach społecznościowych opublikować nagranie z wnętrza audi, według którego przed godziną 23 samochód miał pędzić z prędkością 180-190 km/h.

Film został zabezpieczony przez Prokuraturę Rejonową w Świebodzinie, ale - jak podkreśla prokurator - nie jest dowodem dotyczącym tego konkretnego zdarzenia.

- Byłby dowodem pomocniczym, gdyby kierujący przeżył. Pokazywałby tendencje kierującego do jazdy brawurowej. Ale jakie ma to teraz znaczenie, kiedy wszyscy podróżujący zginęli? - mówi Fąfera.

Początkowo śledczy podawali, że cała piątka miała jechać do pracy w jednym z okolicznych marketów. Potem pojawiły się informacje, że przynajmniej dwie osoby podróżujące autem były w wieku szkolnym.

Autor: FC/ks/kwoj / Źródło: TVN 24 Poznań, PAP