Donald Trump w zeszłym tygodniu mówił w Fox News o sojusznikach NATO i ich udziale w misji w Afganistanie. - Nigdy ich nie potrzebowaliśmy. Powiedzą, że wysłali wojska do Afganistanu i rzeczywiście tak zrobili, ale pozostawali nieco z tyłu, z dala od linii frontu - ocenił.
Słowa Trumpa "były pomyłką"
Do słów prezydenta USA odniósł się w poniedziałek w "Faktach po Faktach" w TVN24 Tomasz Kloc, starszy chorąży sztabowy w stanie spoczynku, prezes Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju. Był pierwszym polskim żołnierzem rannym w Iraku.
- Sprawa słów prezydenta Trumpa oczywiście jest dla nas rzeczą bardzo niekomfortową, a nawet rzekłbym taką żenującą - powiedział. Dodał, że "polskie władze powinny przy każdej możliwej okazji zwracać na to uwagę".
- Chcemy utrzymywać jak najlepsze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Chcemy utrzymywać też z żołnierzami amerykańskimi, z którymi zawsze mieliśmy te relacje dobre podczas misji - podkreślał Kloc. - Ale również, tak jak my, weterani, organizując sobie wzajemną pomoc, wzajemne przedsięwzięcia w różnych rejonach świata, mamy do siebie wielki szacunek i wzajemne uznanie - mówił. Ocenił, że słowa Trumpa "były pomyłką".
"Wzajemnie sobie ufaliśmy"
Gość "Faktów po Faktach" mówił też o swoich doświadczeniach. - Kiedy wjechałem do Iraku do bazy, o siódmej rano przyszedł do mnie dowódca amerykański i razem wyjechaliśmy o poranku na pierwszy wspólny patrol - wspominał. - Akurat w moim wypadku były to zadania stricte saperskie, rozminowanie i to było pierwsze sprawdzenie wzajemnych umiejętności. Już w wieczornych rozmowach, bo w tej samej bazie byliśmy, usłyszeliśmy, że dobra robota, że jesteśmy przygotowani profesjonalnie - opowiadał.
- Jeden za drugiego też bardzo mocno odpowiada. Czy to ja wykonywałem swoją pracę jako saper, czy też saper amerykański wykonywał swoją pracę przy mnie, to wzajemnie sobie ufaliśmy. I to jest największy element tej współpracy, czyli zaufanie żołnierza do żołnierza, bo jeden drugiego musi chronić i odpowiada za życie drugiego w takich sytuacjach - zaznaczył.
- Ostrzały baz, ataki na konwoje działy się w różnych okolicznościach i w różnych sytuacjach, niezależnie od tego, jaką funkcję na misji pełnił żołnierz. Mógł być w logistyce, bez której nie da się funkcjonować na misji. Mógł być nawet w sztabie, który również mógł być zaatakowany, czy to jakąś rakietą, czy ostrzałem moździerzowym i też mógł zostać ranny. Ale on wykonywał swoje zadania w największym stopniu. Nie można jakichś gradacji wprowadzać. W naszym wypadku było to stanie na tej pierwszej linii zawsze ramię w ramię - mówił.