Zdobył dwa złote medale, teraz tłumaczy się w prokuraturze. Co się stało z niemal milionem złotych z kontrolowanej przez niego spółki?
W zimny poranek 26 stycznia 2026 roku Arkadiusz S. pojawił się w siedzibie Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście Północ kilka minut po godzinie 11. Zadbał o to, by wysoko postawiony kołnierz płaszcza i czapka bejsbolowa nasunięta na oczy zapewniała mu anonimowość. Paparazzich jednak na ulicy nie było. Niewiele osób bowiem wie o tym, że od ponad dwóch lat w sprawie mistrza toczy się prokuratorskie postępowanie dotyczące spółki SVD, kontrolowanej kilka lat temu przez S. I to tych czasów dotyczy śledztwo.
- Jest wielowątkowe - poinformował nas Piotr Skiba, rzecznik warszawskiej Prokuratury Okręgowej - i w głównej mierze dotyczy szeregu nieprawidłowości związanych z gospodarowaniem majątkiem spółki, w tym podejrzenia przywłaszczania składników majątku spółki.
Zarzuty dla byłego olimpijczyka i jego współpracownicy
Prowadzący sprawę prokurator, jak dodał rzecznik, w toku śledztwa ujawnił szereg okoliczności "pobocznych" powiązanych z głównym przedmiotem śledztwa, które to również są przedmiotem postępowania - m.in. podejrzenie podrobienia dokumentów i doprowadzenia do poświadczenia nieprawdy przez funkcjonariusza publicznego.
Gdy prokurator zgromadził dowody, wezwał S. do siebie, żeby postawić mu zarzuty. Wezwanie wysłał także Joannie J., przyjaciółce sportsmena, wspólniczce i prezes spółki w jednej osobie. Przynajmniej raz, jak wynika z naszych informacji, wezwani nie przyszli do prokuratury, wiedząc, po co chce ich widzieć prokurator. Ostatniego wezwania jednak nie zignorowali.
Joanna J. usłyszała dwa zarzuty, a Arkadiusz S. - trzy. Pierwszy dotyczy działania na szkodę kontrolowanej przez niego spółki o nazwie SVD i przywłaszczenia mienia, drugi - oszustwa przy leasingowaniu wartego ponad ćwierć miliona złotych luksusowego Land Rovera, trzeci - poświadczenia nieprawdy.
Działalność spółki SVD i miliony długu
Po sukcesach na igrzyskach S. był na ustach całej Polski. Szybko stał się gwiazdą i biznesmenem. Już w latach 90. swoimi wizjami czarował większość nowo poznawanych osób. Zbudował olbrzymią halę widowiskową na Mazurach. Organizowano w niej imprezy na kilka tysięcy osób, koncerty transmitowała państwowa telewizja. Choć biznes początkowo przynosił zyski, to równie szybko splajtował. Z długami pozostali wspólnicy Arkadiusza S., ale i on sam miał nie lada kłopoty - "Super Express" wyliczył, że w 1998 roku miał 15 mln zł zadłużenia. Mistrz na zwołanej konferencji prasowej przyznał się do dziewięciu milionów.
Potem na wiele lat zniknął z życia publicznego. Po latach wrócił z pomysłem budowania ośrodków leczniczych dla zamożnych cudzoziemców, głównie z rejonu Zatoki Perskiej i Półwyspu Arabskiego. Jednym słowem - dla szejków. Jeden z nich miał stanąć w Nowym Targu, inny - w Bieszczadach. Planował także inwestycję pod Warszawą.
S. zaczął skupować ziemię i szukać inwestorów. Trwało to latami. Pod Warszawą stanęło nawet kilka budynków, ale z braku pieniędzy budowy nie kontynuowano, a majątek zlicytowano. Arkadiusz S. nadal jednak szukał kolejnych inwestorów.
Dziennikarze "Superwizjera" dotarli do kilku byłych współpracowników mistrza olimpijskiego. Wszyscy opowiadali o tym, jak dali się uwieść wizjom mistrza - i o tym, jak zostali przez niego w ich mniemaniu oszukani.
Spółka SVD, którą zakładał S., i w której prezesem była Joanna J., miała kontynuować budowę luksusowego ośrodka pod Warszawą. Mistrz znalazł nawet chętnych, którzy - w zamian za udziały - pożyczyli mu około 1,5 mln zł na restrukturyzację firmy i ponowne rozkręcenie interesu. Gdy po kilku miesiącach zorientowali się, że pożyczone pieniądze - zamiast na firmę - wydawane są na prywatne wydatki S., w 2023 roku zawiadomili prokuraturę.
Co wykrył w papierach spółki prokurator?
Prokurator uznał, że Joanna J. - jako prezes spółki - na polecenie Arkadiusza S. dała mu pełen dostęp do rachunków bankowych firmy, wypłacała dla niego pieniądze i umożliwiała mu praktycznie nieograniczone korzystanie z jej funduszy. Mistrz olimpijski zaś bez żadnych problemów nie tylko wydawał przekazane mu pieniądze na cele niezwiązane z działalnością spółki, ale także sam robił przelewy z konta firmy na inne rachunki.
Przy czym mężczyzna i kobieta - jak stwierdził prokurator - "działali wspólnie i w porozumieniu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej". W sumie, jak podliczył prokurator, było to prawie 800 tys. zł.
W przypadku oszustwa (czyli drugiego zarzutu) S. miał namówić swoją znajomą (czyli nadal "wspólnie i w porozumieniu" oraz "w celu z góry powziętego zamiaru"), by jako prezes spółki przedstawiła w firmie leasingowej dokumenty świadczące o sporych - czyli na papierze zawyżonych - przychodach spółki, co miało być podstawą do przyznania leasingu i wydania luksusowego SUV-a.
W sumie - jak policzył śledczy - daje to kwotę niemal miliona złotych, jakie spółka SVD straciła. Na koniec - mistrz olimpijski musi się także tłumaczyć z tego, co w języku prawniczym nazywa się poświadczeniem nieprawdy. Chodzi o wart 800 tys. zł samolot będący w przeszłości własnością jednej ze spółek Arkadiusza S. Prokurator uznał, że były sportowiec, by odzyskać prawa do maszyny, przedstawił w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego dokumenty zawierające podrobioną umowę sprzedaży samolotu.
Arkadiusz S. i Joanna J. nie przyznali się do zarzutów i odmówili składania wyjaśnień. Grozi im nawet 10 lat więzienia.
Z naszych informacji wynika, że to być może nie jest koniec kłopotów mistrza. Przynajmniej jeszcze jedna warszawska prokuratura bada interesy powiązanych z nim spółek.
Autorka/Autor: Jakub Stachowiak
Źródło: TVN24
Źródło zdjęcia głównego: Eurosport/Max