Zaczynali od "napadów w białych rękawiczkach". "Karatecy" podejrzani o zabójstwo byłego premiera

Polska

TVN24"Czarno na białym". Gang karateków. Trop w sprawie zabójstwa Jaroszewiczów

Dariusz S., Marcin B. oraz Robert S., nowi podejrzani w sprawie zabójstwa Piotra Jaroszewicza i jego żony, to znani policji przestępcy z tak zwanego gangu karateków. Karatecy, bo trenowali razem tę dyscyplinę, zanim w latach 90. zajęli się rozbojami i kradzieżami. Grasowali w całej Polsce. Włamywali się do domów, kradli, swoje ofiary krępowali, ale nie byli brutalni. Do czasu. Materiał magazynu "Czarno na białym".

W grudniu 2017 roku w Krakowie zatrzymano Bogusława K. - pozornie prowadzącego normalne życie, w rzeczywistości brutalnego bandytę i porywacza. Kilka tygodni później w ręce policji trafił 63-letni Dariusz S. z Radomia.

Bogusław K., jak wynikało z ustaleń śledczych, przez tydzień miał przetrzymywać porwanego dla okupu 10-letniego chłopca - w skrzyni, w środku lasu, niedaleko Krakowa. Wcześniej ten sam człowiek miał porwać biznesmena, którego zwłoki znaleziono później w Krakowie - w bardzo podobnej skrzyni.

- Wszystko wskazywało na to, że ma on [Dariusz S. - przyp. red.] powiązania z Bogusławem K. Mieliśmy świadomość tego, że Bogusław K. nie mógł sam skonstruować tej skrzyni w tak odległym, odludnym miejscu, że ktoś mu musiał pomagać w tym, czyli musiał mieć wspólnika - wyjaśniała komisarz Iwona Jurkiewicz, rzeczniczka Centralnego Biura Śledczego Policji, opowiadając o śledztwie w sprawie uprowadzeń.

OFIARA PORWANIA: WŁOŻYLI MNIE DO TRUMNY

Karta przetargowa

W obu brutalnych przestępstwach, zdaniem śledczych, Bogusławowi K. miał pomagać Dariusz S. Skąd krakowski profesjonalny porywacz znał byłego członka gangu karateków z Radomia? Prokuratura w odpowiedzi na pytania reporterów "Czarno na białym" odpowiedziała, że "z uwagi na dobro śledztwa nie udziela informacji w przedmiotowej sprawie".

Okazało się, że Dariusz S, oprócz pomocy w porwaniach, ma na sumieniu coś jeszcze, o czym w szczegółach opowiedział śledczym i potraktował jak kartę przetargową w grze z prokuraturą.

Tą kartą były nazwiska swoich dawnych kolegów, którzy mieli dokonać jednego z najgłośniejszych morderstw w ostatnich 30 latach.

Sekcja karate kyokushin

Historia - jeszcze grupy kolegów, a nie gangu - zaczęła się w Radomiu na przełomie lat 70 i 80.

W klubie AZS ówczesnej Wyższej Szkoły Inżynierskiej otworzyła się wówczas sekcja karate kyokushin. - Spokojni ludzie. Nie pokazywali się nigdzie - relacjonował Mirosław Guzik, który w tym samym czasie i w tym samym klubie rozpoczął treningi karate i bardzo dobrze poznał późniejszych członków gangu.

- W 1977 roku były organizowane mistrzostwa Polski w Radomiu, gdzie bardzo dobrze wypadliśmy, gdzie zdobyliśmy drużynowe mistrzostwo Polski, trzy złote medale. (...) Coraz więcej młodzieży przychodziło, a mnie się coraz bardziej to podobało - wspominał.

Trzydzieści napadów na wille

Mieli po dwadzieścia kilka lat, wielu z nich było już po studiach. Swoją przyszłość wiązali ze sportem. Gdy upadł PRL, sekcja AZS została zamknięta. Na profesjonalny sport nie było pieniędzy.

Kilku byłych karateków próbowało imać się różnych zajęć. Dariusz S., Waldemar P. i Robert S. zaczęli działać razem. Szukali szybkich i łatwych pieniędzy.

- W Radomiu to była pierwsza grupa - jak pamiętam - tak liczna i która dopuściła się tylu napadów rabunkowych - podkreślał mecenas Tomasz Brudnicki, który bronił jednego z najważniejszych członków gangu Roberta S.

Pomiędzy 1993 a 1995 rokiem w całej Polsce doszło do serii prawie 30 napadów na wille.

"Napady w białych rękawiczkach"

Wszędzie wyglądały podobnie. Gospodarze byli krępowani, napastnicy zabierali tylko gotówkę i biżuterię. Odjeżdżali samochodem, który później porzucali.

- Oni mieli charakterystyczny sposób działania, taki modus operandi, który prokurator potem określił mianem "mało agresywnego". Byli wręcz łagodni - wyjaśniał dziennikarz śledczy tygodnika "Polityka" Piotr Pytlakowski.

- Były to napady w białych rękawiczkach, ponieważ oni nie stosowali przemocy - dodawał mecenas Brudnicki. - W którymś napadzie były dzieci. Jeden z nich poszedł z nimi do garażu i tam się z nimi bawił - opowiada.

Nie zawsze jednak tak się działo. Podczas napadu w Poznaniu padł śmiertelny strzał. "Gdy ten [napadnięty - przyp. red.] mężczyzna usłyszał krzyk żony, chwycił za lufę obrzynu, który miałem przewieszony na pasku na piersiach. Zaczęliśmy się szarpać. Nie chciałem go zabić. Jeżeli nacisnąłem spust, to nieświadomie" - to fragment zeznań jednego z karateków - Roberta S.

Jak podkreślał mecenas Brudnicki, członkowie gangu "nie rzucali się w oczy". - Prowadzili normalny tryb życia. Normalne rodziny mieli, nie pokazywali, że mają pieniądze, nie włóczyli się po knajpach - dodawał.

- Byli grupą zorganizowaną, natomiast zawiązywali swoje działania w momencie, kiedy mieli określony cel, czyli dokonanie konkretnego napadu. Nie trudnili się tak zwaną multiprzestępczością - tłumaczył Andrzej Mroczek, były funkcjonariusz wydziału zabójstw.

"Jak zobaczyłem osobników z mafii warszawskiej, zacząłem się bać"

Dlatego trudniej było ich namierzyć policjantom, od których skuteczniejsi okazali się gangsterzy.

- Wytypowali do obrabowania willę w Górze Puławskiej. Pewnie nie wiedzieli, że należy do Wiesława P. pseudonim "Wicek", przyjaciela Pershinga - opowiadał Pytlakowski.

P. został związany i pobity, a karatecy opróżnili jego sejf. - W sejfie miał między innymi umowę pożyczki, jaką Bogusław B., współtwórca Art-B, udzielił Ireneuszowi Sekule, byłemu wicepremierowi z czasów PRL - wyjaśniał Pytlakowski.

Dokumenty zaginęły, stawka gry dla karateków zrobiła się wysoka. Wiesław P. z pomocą mafii pruszkowskiej namierzył ich w kilka dni.

W piwnicy domu pod Puławami członkowie gangu byli torturowani. Jednemu z nich biznesmen i ludzie Pruszkowa chcą przewiercić nogę. "Ćwiczyłem karate 18 lat, ale jak zobaczyłem osobników z mafii warszawskiej, zacząłem się bać. Wszyscy się baliśmy. Oni mieli broń, kije baseballowe, materiały wybuchowe. Byli dobrze zorganizowani. W razie konfrontacji powybijaliby nas - zeznawał Dariusz S.

- Musieli ze zdwojoną siłą przystąpić do nowych włamań. Już teraz motywacją, celem nie było dorobienie się, ale spłacenie długów wobec Pruszkowa i Wicka - wyjaśniał Pytlakowski.

Siedzieli, wrócili do półświatka

Mieli do oddania 180 tysięcy dolarów. Z tą świadomością gang zaczął popełniać coraz więcej błędów. Do ostatniego skoku karateków miało dojść w Nowym Dworze Mazowieckim. Okazało się, że gospodarz ma broń, na widok zamaskowanych mężczyzn zaczął strzelać.

- Kilka razy trafił napastnika, pozostali uciekli. Właściciel domu wezwał pogotowie i policję, okazało się, że ranny włamywacz, który potem zmarł w szpitalu, był taksówkarzem z Radomia - opowiadał dziennikarz "Polityki".

Policja zatrzymała łącznie dziewięciu członków gangu za udział w 26 napadach i jedno morderstwo. W większości brali udział Robert S., Dariusz S. i Waldemar P.

W 1997 roku karateków skazano na kary od czterech do 25 lat więzienia. Wielu wyszło na wolność wcześniej.

Mirosław Guzik przyznał, że ma kontakt poprzez media społecznościowe z kolegą, który "naprawdę zmienił swoje życie". Dodaje, że ma on rodzinę. - Jest takim obywatelem, jakim powinien być - ocenia.

Inni wrócili do półświatka. Waldemar P. był podejrzewany o podpalenie w 2007 roku domu polityka Samoobrony Stanisława Łyżwińskiego - na zlecenie jego wierzyciela.

"Do mnie to na razie nie dociera"

Dariusz S. - jak okazało się teraz - pomagał w porwaniach. A do długiej listy - zazwyczaj bezkrwawych - napadów w latach 93-95 dodał jeszcze jeden. Ten, który musiał być ich debiutem. Chodzi o zbrodnię na małżeństwie Jaroszewiczów.

Mirosław Guzik pytany, czy byliby do tego zdolni, odpowiedział: - Nie siedzę w ich głowie. Nie wiem, co oni myśleli, co oni robili w tamtych czasach, ale do mnie to na razie nie dociera - podkreślał.

Mecenas Brudnicki zwrócił uwagę, że "nie pasuje to do tego, co się działo na sali rozpraw na sprawie karateków". - Chyba że po tym napadzie doszli do wniosku, że należy inaczej postępować - zastrzegł.

Byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żonę Alicję Solską-Jaroszewicz zamordowano w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku w ich willi w warszawskim Aninie.

Byłemu politykowi PRL bandyci zacisnęli na szyi rzemienną pętlę, przedtem go maltretowali. Jego żona Alicja Solska-Jaroszewicz zginęła od strzału w głowę z bliskiej odległości ze sztucera męża.

Autor: js//now / Źródło: tvn24

Źródło zdjęcia głównego: TVN24