"Na całej ziemi nie będzie trudniej, zimniej. To jest piekło lodowe"

Polska

Ekipa "Faktów" TVN przyglądała się zmaganiom himalaistówtvn24
wideo 2/35

- Tak sobie pomyślałem, że może by jednak tu wrócić. Może nam, Polakom, się należy ta góra - powiedział kierownik narodowej wyprawy na niezdobyty zimą szczyt K2 Krzysztof Wielicki. Himalaiści wrócili w poniedziałek do Polski z Karakorum po próbie wejścia na ostatni niezdobyty zimą ośmiotysięcznik. Ich zmaganiom z K2 z bliska przez prawie miesiąc przyglądali się dziennikarz "Faktów" TVN Robert Jałocha i operator Maciej Siemaszko. Materiał magazynu "Czarno na białym".

Dziennikarz "Faktów" TVN Robert Jałocha i operator Maciej Siemaszko wylecieli z Warszawy 14 lutego, wylądowali w Islamabadzie w Pakistanie. Do Skardu mieli dolecieć samolotem, ale lot został odwołany z powodu złej pogody. Musieli pokonać około 700 kilometrów jedną z najwyżej położonych i najniebezpieczniejszych dróg świata, tak zwaną Karakorum Highway. - Podróż przeraża i zachwyca jednocześnie - relacjonował Jałocha.

Z Askole ekipa "Faktów" ruszyła pieszo z karawaną do bazy pod K2. Przejście trwało siedem dni. Do pokonania było prawie 100 kilometrów.

Samotny atak szczytowy

Jałocha i Siemaszko dotarli do polskiej bazy w jednym z najtrudniejszych momentów wyprawy, kiedy Denis Urubko - bez poinformowania kierownictwa - rozpoczął samotny atak szczytowy.

- Są to ciężkie chwile dla mnie z różnych powodów, bo znam dobrze Denisa. Jest moim przyjacielem - powiedział Krzysztof Wielicki, kierownik narodowej wyprawy. - Wiem, że nie powinien tego robić. Nie spodziewałem się tego po nim. (...) Mam do niego żal, że nie chciał ze mną rozmawiać.

Urubko w rozmowie z "Faktami" powiedział, że na wysokości około 7 tysięcy metrów "dotarł do miejsca, gdzie go zablokowało". - Spojrzałem na zegarek i zacząłem kalkulować, jak wiele metrów mam jeszcze do przejścia - wspominał, dodając, że postanowił spróbować. - Później zdałem sobie jednak sprawę, że jestem wyczerpany i powiedziałem sobie: "koniec gry, trzeba znaleźć drogę w dół".

Po nieudanym wejściu na szczyt Urubko opuścił wyprawę na K2.

Zdaniem kierownika sportowego narodowej wyprawy na K2 Janusza Gołębia, "odegrał rolę (...) troszeczkę naburmuszonej gwiazdy", przez co pojawiały się "negatywne emocje".

Himalaista Adam Bielecki przyznał, że konflikt narastał. - Próbowałem też zrozumieć Denisa, któremu trudno było tutaj odnaleźć swoje miejsce. On nie mówi jeszcze dobrze po polsku i nie rozumiał części rozmów, może czuł się niedoceniony - powiedział Bielecki. - A może najzwyczajniej w świecie nie odpowiada mu rola szeregowego zawodnika. Biorąc pod uwagę jego doświadczenie i umiejętności, jest predestynowany do tego, żeby być kierownikiem takiej wyprawy.

Bielecki nie wykluczył kolejnych wypraw z Urubką, bo - jak podkreślił - nie miał z nim konfliktu, choć "nie odnosi się jakoś przychylnie do (...) samodzielnego ataku, który tak naprawdę nie miał żadnych szans powodzenia i był niepotrzebny".

Nanga Parbat

Wcześniej wspinacze spod K2 polecieli na Nangę Parbat, gdzie po ataku szczytowym utknęli Francuzka Elisabeth Revol i Polak Tomasz Mackiewicz. Wielicki pojął decyzję, że w akcji ratunkowej uczestniczyć będą czterej kluczowi himalaiści: Adam Bielecki, Denis Urubko, Piotr Tomala i Jarosław Botor.

Bielecki wyjaśnił, że pierwszy trudny moment tej operacji to było najpierw przedłużające się oczekiwanie na śmigłowiec, a potem już w czasie przelotu - czekanie na decyzję pakistańskich pilotów na jakiej wysokości wylądują. - Od tego było uzależnione, czy będziemy w stanie pomóc Tomkowi, czy będziemy w stanie pomóc Eli.

I dodał: - Nie uważam, żebyśmy dokonali czegoś heroicznego albo niezwykłego.

Urubko powiedział, że razem z Bieleckim "nie zrobili niczego nadzwyczajnego". - Obaj po prostu jesteśmy bardzo silni - podkreślił.

Tomala podkreślił, że każdy himalaista wielokrotnie pomagał innym w górach. - Myślę, że uratowałem też kiedyś jakieś inne życie ludzkie. Nie rozmyślam nad tym. To jest normalny element działalności górskiej - powiedział.

Internet

Baza pod K2 na trzy miesiące stała się domem dla himalaistów. W samym jej centrum stanął ogromny namiot z kuchnią, mesą, czyli miejsce do spędzania czasu i świetlica - wyjaśnił kierownik bazy pod K2 Piotr Snopczyński.

Są także znacznie mniejsze namioty: zaplecze techniczne, suszarnia i magazyn.

W magazynie ze sprzętem najważniejszy jest - jak powiedział Snopczyński - porządek, żeby na konkretne wyjście zaopatrzyć himalaistów na przykład w odpowiedni namiot, śpiwory, karimaty, właściwy sprzęt wspinaczkowy.

Po raz pierwszy w historii polskich zimowych wypraw himalaiści w bazie mieli do dyspozycji nielimitowany dostęp do internetu. - Ta wyprawa zmieniła wszystko, wywróciła moje wyobrażenie o himalaizmie do góry nogami - przyznał Artur Małek, uczestnik wyprawy. Dodał, że w pewnym momencie himalaiści stali się "niewolnikami przepływu informacji" i wymagano od nich ciągłego raportowania, choć - jak podkreślił - nic się nie działo.

- Zrobił się jakiś taki media show, "Big Brother" może nie, ale po prostu ten przepływ informacji zaczął kreować działania, które tu się robiły - powiedział. - Byłem zszokowany i jakby zdegustowany. Może dlatego z Markiem robiliśmy tak dużo wyjść do góry, żeby uciec od tego.

Bielecki przyznał, że sieć Wi-Fi w bazie "zmieniła trochę charakter wyprawy zimowej", która dotychczas kojarzyła mu się z izolacją. - Rzeczywiście też może jest mniej takiego socjalizowania się, ale też nie do końca, no bo przecież i gramy w szachy, gramy w karty, rozmawiamy, pokazujemy sobie zdjęcia ze wspinania, o tym wspinaniu rozmawiamy, tak że już bym nie dramatyzował, że już tylko każdy patrzy w swój smartfon - powiedział.

Wspinaczka

W czasie wspinaczki do obozu pierwszego na wysokości około 5800 metrów na Rafała Fronię i Piotra Tomalę zeszła lawina. - Lawina to są trzy sekundy, potem człowiek zamyka się w sobie, trzymając się mocno liny poręczowej, i czeka, co się wydarzy - powiedział Tomala.

Dodał, że nie ma czasu na zastanawianie się, życie nie przelatuje przed oczami. - Mieliśmy szczęście - przyznał.

Marek Chmielarski w rozmowie z "Faktami" TVN powiedział, że nie wyobraża sobie, by na K2 wybrał się ktoś bez doświadczenia na ośmiotysięcznikach. - Takie proste rzeczy jak rozbicie namiotu w trudnych warunkach, jak jest zimno, jak wieje. Wejście do tego namiotu, organizacja w środku, żeby coś ugotować - wyjaśnił. - Bardzo ważne jest tutaj partnerstwo, więc przypadkowi ludzie raczej się tutaj nie znajdują.

Himalaista Maciej Bedrejczuk wyjaśnił, że w czasie wspinaczki nie ma "górnolotnych emocji i przemyśleń". - Po prostu koncentrujemy się na oddechu, (...), żeby równo iść, żeby nie spalić mięśni - dodał. - Patrzysz w górę i (mówisz): kurde, może za tą grańką już będzie łatwiej albo już bliżej - i tak cały czas tak się pocieszasz.

I dodał: - Lubię, jak odcinki są różne. Najgorzej, jak jest jednostajny długi odcinek. Wtedy po prostu nie widać tego ubywającego terenu, jest trochę ciężej.

Zmiana trasy

Kluczowym momentem wyprawy była - jak podkreślił Wielicki - zmiana trasy wspinaczki z Drogi Basków na tak zwane Żebro Abruzzi. Podkreślił, że wypadkowość na Drodze Basków "była zbyt duża". - W zasadzie nie było uczestnika, oprócz mnie i Piotrka, bo byliśmy w bazie, żeby ktoś nie dostał kamieniem - powiedział. - Raz w nogę, raz w plecy, raz w głowę, kask rozbił naszemu koledze pakistańskiemu. Najpierw Adam (Bielecki) czoło i nos, potem Rafał (Fronia) - ręka złamana.

Zdaniem Wielickiego decyzja o zmianie trasy zapadła za późno.

Bielecki powiedział, że do jego wypadku doszło, kiedy wyprawa pozbawiona była lekarza, bo Jarosław Botor z powodów osobistych wrócił do Polski. - Wielkie gratulacje i wielkie podziękowania dla Piotrka Tomali i asystującego mu Marka Chmielewskiego, którzy założyli mi sześć szwów. Piotrek robił to po raz pierwszy w życiu. Udało się. Nos wygląda ładnie, czoło też - powiedział.

K2

Bielecki powiedział, że K2 to góra "trudna, wysoka, z bardzo złą pogodą". - Jak zwykle jest skryta, skromna i niewidoczna.

Bielecki szczyt zdobył w lipcu 2012 roku.

- Ja tu jeżdżę głównie dla dotknięcia takiego absolutu alpinizmu, bo na całej ziemi nie będzie trudniej, nie będzie zimniej, jak tutaj, w Karakorum. Artur Hajzer (twórca i szef programu Polski Himalaizm Zimowy; zginął w 2013 roku na Gaszerbrum I - red.) powiedział, że to jest piekło lodowe i rzeczywiście czasem jest - powiedział Artur Małek.

I dodał: - Ja wiem, że ta góra rozdaje karty. Nikt inny.

Autor: pk/AG / Źródło: tvn24

Źródło zdjęcia głównego: TVN24