Masz subskrypcję?
Prawica - choć podzielona na trzy obozy - w ciągu mijającego 2025 roku urosła w siłę. Gdyby w grudniu odbyły się wybory parlamentarne, Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna konkurowałaby z Konfederacją Sławomira Mentzena o miano trzeciego obozu politycznego w Polsce. Gdyby wszystkie trzy partie prawicowe (razem z PiS-em) zawiązały koalicję i objęły stery rządów, miałyby miażdżącą przewagę nad liberałami, partiami centrowymi czy lewicowymi (te - według niektórych ostatnich sondaży - do Sejmu mogłyby w ogóle nie wejść).
Zły Żyd, Niemiec i Ukrainiec
"Polska brunatnieje". Czy taka teza jest uzasadniona?
Spójrzmy na mijający rok, w którym brunatność zyskiwała na sile wraz z kampanią prezydencką, a wygrane przez Karola Nawrockiego wybory prezydenckie jakby stały się dla niej trampoliną. Już wyniki pierwszej tury umocniły na scenie politycznej pozycję Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, którzy dostali poparcie, o jakim jeszcze kilka lat temu mogli jedynie pomarzyć.
W lipcu Grzegorz Braun stwierdził na antenie Radia Wnet, że mordy rytualne (rzekomo dokonywane przez Żydów) to był fakt, a komory gazowe w Auschwitz - to był "fake" (po tych słowach dziennikarz prowadzący rozmowę przerwał wywiad). Podczas uroczystości upamiętniających zamordowanych w Jedwabnem Braun rozdawał autografy na gaśnicach (nawiązanie do zgaszenia świec chanukowych w Sejmie w grudniu 2023 roku), wraz ze swoimi zwolennikami krzyczał: "tu jest Polska a nie Polin" (nazwa Polski po hebrajsku i w języku jidysz), a także: "śmierć wrogom ojczyzny". Potem zaś, po skończonych uroczystościach (zakłócanych przez narodowców), zgromadzeni manifestanci nie pozwalali delegacji żydowskiej odjechać, blokowali drogę - aż musiała interweniować policja. Dodajmy, że w ostatnich dniach prezydent Karol Nawrocki odmówił zapalenia świec chanukowych w Pałacu Prezydenckim, którą to tradycję zapoczątkował Lech Kaczyński.
Jedwabne leży na Podlasiu. Na Pomorzu zaś - mocniej niż w innych regionach kraju - do głosu dochodzi narracja antyniemiecka przyprawiona "polityką historyczną". W roli głównej występują tu politycy Prawa i Sprawiedliwości. W lipcu wybuchła awantura wokół wystawy "Nasi chłopcy", zorganizowanej przez Muzeum Gdańska. Przypomnijmy - wystawa została poświęcona tym Pomorzanom, którzy walczyli w czasie drugiej wojny światowej w Wehrmachcie. Tym razem głosy oburzenia płynęły z całej Polski. Ale też i poparcia dla organizatorów wystawy. Czy ci, którzy zostali wcieleni do Wehrmachtu - są "nasi" czy "nie nasi"? I kto ma o tym decydować, określać kryteria, według których będziemy dzielić Polaków na "naszych" i "nie naszych"? Tego właśnie dotyczyła dyskusja.
A potem, w październiku, we wsi Krokowa na Kaszubach "patrioci" oblali białą i czerwoną farbą stojącą przy kościele tablicę upamiętniającą dawnych właścicieli majątku - Reinholda, Heinricha i Ulricha von Krockow - uzasadniając to faktem, że służyli oni w niemieckim wojsku (również formacji SS), więc sama tablica ma "gloryfikować niemieckich żołnierzy".
W listopadzie posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk, najpierw na sesji Rady Miasta, a potem przed sopockim magistratem, otoczona kilkudziesięcioosobową grupą oburzonych "patriotów", głośno protestowała przeciwko "regermanizacji" Pomorza. Dowodem owej "regermianizacji" ma być inicjatywa władz miasta zamierzających postawić pomnik zasłużonemu sopockiemu architektowi. Paul Püchmuller był budowniczym wielu sopockich gmachów, kamienic, willi. Sęk w tym, że był Niemcem. Podobnie zresztą jak ogromna większość przedwojennych mieszkańców miasta, które nazywało się wówczas Zoppot. Zgromadzeni przed Urzędem Miasta krzyczeli: "raus stąd!", i były to okrzyki kierowane do "regermanizatorów", obecnych władz kurortu.
Szczególną odmianą narracji antyniemieckiej, w połączeniu z antyuchodźczą, była szeroko komentowana w mediach akcja Ruchu Obrony Granic. Latem Robert Bąkiewicz bronił Polski przed imigrantami, których rzekomo transportowali pod polską granicę niemieccy funkcjonariusze graniczni. Czytaj: "źli" Niemcy podrzucali nam "złych" migrantów. Dość powiedzieć, że dla samego lidera ruchu - z którym jawnie sympatyzuje wielu polityków PiS - cała akcja skończyła się zarzutami karnymi i zakazem zbliżania się do granicy, jaki wydał sąd w związku ze znieważeniem polskich funkcjonariuszy Straży Granicznej (wyzwał ich między innymi od zdrajców ojczyzny).
Kolejna narracja - antyukraińska - jest już niestety stale obecna w polskiej przestrzeni publicznej i pokazuje, jak niewiele zostało z solidarności i wsparcia, które Polacy okazali Ukraińcom po rosyjskiej agresji na początku 2022 roku. Postulaty, żeby ograniczyć albo wstrzymać pomoc dla Ukraińców, są politycznymi hasłami zarówno Konfederacji Mentzena, Korony Brauna, jak i Prawa i Sprawiedliwości. Przy tej okazji dają się słyszeć głosy sprzeciwiające się obecności Ukraińców w Polsce albo wprost nawołujące do nienawiści wobec nich. Efekt? Jak podała w ostatnich dniach "Gazeta Wyborcza", liczba zarejestrowanych przypadków czynnych napaści na Ukraińców, dokonanych na tle narodowościowym, wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat o 66 procent - według danych policji: od 1 stycznia do 31 lipca 2025 roku odnotowano 543 stwierdzone przestępstwa popełnione wobec Ukraińców, motywowane uprzedzeniami na tle narodowościowym.
I tak dalej…
Wróćmy więc do pytania z początku: Czy Polska staje się coraz bardziej brunatna?
Rubikon przekroczony. Trup w szafie
- Oczywiście, że tak. Ta teza jest jak najbardziej uzasadniona - mówi dr Rafał Pankowski, politolog i socjolog, zastępca redaktora naczelnego magazynu "Nigdy Więcej".
- Z czego to wynika?
- Zacznę od dygresji. Imię i nazwisko Grzegorza Brauna wielokrotnie, przez lata, pojawiało się w Brunatnej Księdze Stowarzyszenia Nigdy Więcej. Zresztą sam Grzegorz Braun się do tego odnosił z pewną satysfakcją.
- Z "pewną satysfakcją"? Czy więc nie została przekroczona pewna granica? Jeszcze niedawno, gdy ktoś kogoś nazywał antysemitą, rasistą czy ksenofobem, to potem się tego wypierał. Mimo że był, to się wypierał: "Nie, nie, ja nie, broń Boże". A teraz można powiedzieć: "Tak, jestem ksenofobem" i ma się z tego tytułu profity polityczne. Nie wiem, czy ta granica została przekroczona w tym roku, ale w tym roku dostrzegam to wyraźniej niż wcześniej.
- Ten Rubikon został przekroczony, na przykład w przypadku negowania istnienia nazistowskich komór gazowych. I wydawałoby się, że w tym punkcie zostało przekroczone przez Brauna pewne narodowe czy nawet ogólnoludzkie tabu, dotyczące szacunku dla pamięci ofiar Holokaustu. Polska to kraj, który w sposób szczególny został doświadczony i wydawałoby się, że pamięć o zbrodniach hitlerowskich właśnie w Polsce decyduje o tym, że będziemy bardzo wrażliwi jako społeczeństwo na przekroczenie tego progu. I wydawałoby się, że po jego przekroczeniu polityka nie czeka na nic innego jak śmierć cywilna, ogólne potępienie. A jednak Brauna to nie dotyczy.
- Okazuje się, że negowanie Holokaustu czy zaprzeczanie temu, co się wydarzyło w obozach koncentracyjnych, przynosi poparcie polityczne. Co się dzieje? Dlaczego tak jest?
- To jest taki mechanizm, który nie jest zupełnie nowy. Mamy do czynienia z tym już od paru lat, ale Braun ewidentnie wyciąga wnioski z tego, jak ten mechanizm działa.
Na fakt, że antysemityzm i - szerzej - nastroje ksenofobiczne to w Polsce wciąż swoisty "trup w szafie", który jest wyciągany przez polityków prawicy, zwraca uwagę również Przemysław Witkowski, zastępca dyrektora w Instytucie Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza.
- Wcześniej radykalne prawicowe partie też miały swoich wyborców - mówi Witkowski. - To zjawisko było obecne zawsze, zostało na jakiś czas "przykryte" przez Prawo i Sprawiedliwość. Ta partia miała różne odgałęzienia, również radykalne. Wyborcy Ligi Polskich Rodzin czy Samoobrony nie zniknęli. Głosowali na PiS, bo woleli głosować na dużą partię, która zasadniczo może nie realizuje ich wszystkich fantazji o życiu i świecie, ale jakieś tam istotne dla nich sprawy "dowiezie".