Reportaż "Umowa śmieciowa" cz. 2 Wojciecha Bojanowskiego dostępny już teraz w TVN24+ >>>
Dziennikarz TVN24 Wojciech Bojanowski przez osiem lat rozpracowywał proceder nielegalnego pozbywania się śmieci, który niszczył polskie środowisko. Zgodnie z prawem śmieci powinny trafiać do wyspecjalizowanych zakładów, gdzie są sortowane, a następnie poddawane recyklingowi. Tak to wygląda w teorii, a w praktyce? W pierwszej serii cyklu "Umowa śmieciowa" Bojanowski ujawnił kulisy mafii śmieciowej.
W drugiej części wspólnie z producentem Marcinem Piątkowskim przyglądali się, jak ten proceder wygląda od środka.
- Wchodzimy bardzo blisko. Przygotowujemy prowokację dziennikarską, gdzie oferujemy, że mamy "dziurę w ziemi", puste wyrobisko i czekamy na chętnych. Patrzymy, co się wydarza i okazuje się, że oni się bardzo szybko pojawiają z bardzo "ciekawymi" ofertami - opisywał dziennikarz w sobotę we "Wstajesz i weekend" w TVN24.
Jak dodał Bojanowski, celem prowokacji było sprawdzenie, "jaka jest bariera wejścia" w ten proceder. - Byliśmy naprawdę zaskoczeni. (Bariery wejścia) kompletnie nie ma. Okazuje się, że to jest niezwykle łatwe - podkreślił.
Dziennikarska prowokacja i spotkanie z "wirtuozem mafii śmieciowej"
Bojanowski przedstawił kulisy dziennikarskiej prowokacji. Jak wskazał, wspomnianą "dziurą w ziemi" była kopalnia, z której wybrano piasek i żwir. Na miejscu Piątkowski spotkał się z jedną z osób, która miała "pomysł", co z tym wyrobiskiem zrobić.
- Trzeba powiedzieć, że po prostu szczęki nam opadają, kiedy przyjeżdża na miejsce gość, prawdziwy wirtuoz tego podziemnego, mafijnego świata, który patrzy Marcinowi głęboko w oczy i postanawia wyłożyć wszystkie karty na stół - przyznał autor reportażu.
Mężczyzna miał opowiedzieć "jak to wszystko się robi i ile to będzie kosztowało". - Dziesięć ciężarówek (z odpadami - red.) będzie wysyłał w nocy, dziesięć ciężarówek będzie wysyłał po południu. One się najpierw ustawiają gdzieś dalej, później wjeżdżają po dwóch, pięciu, siedmiu minutach, wyładowują się. Na miejscu jest strażnik, który wszystkiego pilnuje - relacjonował Bojanowski rozmowę z mężczyzną.
- Bez ogródek ten człowiek nam opowiada, co będzie przyjeżdżało, że to są śmieci z Warszawy, które jadą prosto z zakładów, które są przeznaczone do tego, żeby te śmieci zbierać. Po tym, jak zostają wysypane, muszą zostać przysypane, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt centymetrów (warstwy). W razie gdyby miała się pojawić jakaś kontrola - dodał.
Kontrole wyrobisk trzeba "zapowiadać tydzień wcześniej"
Bojanowski zwrócił też uwagę na nieskuteczność kontroli takich miejsc. Przypomniał, że w tym przypadku odpowiadają za nie Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska (WIOŚ), policja, gmina i starostwo powiatowe.
- Wirtuoz mafii śmieciowej mówi nam, że w ogóle nie ma się czym przejmować, dlatego że policja raczej średnio reaguje. A ci, którzy są przeznaczeni, żeby to kontrolować, czyli zarówno gmina, jak i starostwo powiatowe, uwaga, swoje kontrole zgodnie z prawem muszą zapowiadać tydzień wcześniej - ujawnił reporter.
Zaznaczył, że rozmawiał o tym również z jedną z urzędniczek, odpowiedzialnych za przeprowadzanie podobnych kontroli. - Mówi, że to jest walka z wiatrakami, że to nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze ona się boi, bo ona wie, że w ciągu jednej nocy tam zarabia ktoś tyle, co ona w ciągu całego roku - wyjaśnił i przyznał, że "nie ma do tego też narzędzi".
Ile zarabiają mafie śmieciowe?
Bojanowski był pytany w TVN24, ile zyskują osoby zajmujące się opisanym procederem. Zauważył, że przyjęcie zlecenia utylizacji tony śmieci to około tysiąca złotych zarobku. - Na jeden samochód wchodzi dwadzieścia pięć ton (odpadów- red.). Mamy dwadzieścia pięć tysięcy. Dwadzieścia samochodów słyszeliśmy jednego dnia. To się robi pół miliona jednej nocy, czyli mamy dwa i pół miliona tygodniowo - wyliczył możliwe zyski mafii śmieciowej.
- Z perspektywy kogoś, kto się zdecyduje na to, żeby do tej "swojej dziury w ziemi" te odpady ładować, to jest rzędu 200 tysięcy (złotych) miesięcznie - podsumował.
Autorka/Autor: os/lulu
Źródło: TVN24