"Schyliła głowę, zamknęła oczy i zatkała sobie uszy"

TVN24

Aktualizacja:
TVN24Dziadkowie Magdy mają żal do Katarzyny W., że nie powiedziała, co się stało z dzieckiem

Mamy wielki żal do Kasi, że nam nie zaufała - mówi Beata Cieślik, babcia półrocznej Magdy po tragicznej śmierci swojej wnuczki. Powtarza, że wraz z mężem zaczęła podejrzewać synową, kiedy ta odmówiła badania wariografem. - Mówiłam jej: musisz się opanować dla dobra Madzi, jeśli mamy ją znaleźć, to musisz przez to przejść, żeby odsunąć od was wszelkie podejrzenia i skupić się na poszukiwaniu dziecka. A jej mąż dodaje: - Podjęliśmy trudną decyzję, że wraz z Krzysztofem Rutkowskim pomożemy Kasi wyrzucić to z siebie.

Dziadkowie Magdy pytani przez reporterkę TVN24, jak sobie radzą po śmierci Magdy, odpowiadają, że mają wsparcie bliskich sobie osób, w tym przyjaciół. - To daje nam siłę - mówi Beata Cieślik.

Jej mąż dodaje, że najgorsze były dwa pierwsze dni. - Nie potrafiliśmy się pozbierać, z nikim rozmawiać. Próbowaliśmy zrozumieć, dlaczego Kasia tak postąpiła - opowiada Sławomir Cieślik. - Teraz powoli wracamy do życia, ale ciężko będzie zapomnieć - dodaje.

"Najgorsze były dwa pierwsze dni. Nie potrafiliśmy się pozbierać, z nikim rozmawiać"
TVN24

"Mówiłam jej: musisz się opanować"

Dla babci Magdy informacja, że Katarzyna W. doprowadziła do nieumyślnej śmierci dziecka, była szokiem. - Człowiek nie dopuszcza do siebie takich myśli. My wierzyliśmy Kasi, do pewnego momentu - podkreśla Cieślik.

Jak mówi, ta wiara się skończyła, kiedy Katarzyna W. wróciła z badania na wariografie, któremu nie chciała się poddać. Wtedy wraz z mężem zaczęli podejrzewać, że coś jest nie tak.

- Gdy wróciła, cała była roztrzęsiona, ale mimo to mogła normalnie rozmawiać - relacjonuje babcia Magdy, nie ukrywając, że była tym zdziwiona. Tym bardziej, że Katarzyna W. przekonywała ją, ze nie mogła się poddać badaniu, bo była cała roztrzęsiona i badanie byłoby niewiarygodne.

- Mówiłam jej: musisz się opanować dla dobra Madzi, jeśli mamy ją znaleźć, to musisz przez to przejść, żeby odsunąć od was wszelkie podejrzenia i skupić się na poszukiwaniu dziecka, bo uciekał dzień za dniem - relacjonuje Beata Cieślik.

- Jako matka powinna przez to przejść. Dziwiłam się, bo człowiek w takim momencie dałby się pociąć, by znaleźć dziecko - dodaje.

"Wierzyliśmy Kasi, do pewnego momentu"
TVN24

"Cały czas gryzłem się z myślami"

Sławomir Cieślik też przyznaje, że kiedy Katarzyna W. wróciła do domu po badaniu wariografem do którego nie doszło, zaczął przeczuwać, iż coś jest nie tak, że matka wie, co się stało z jej dzieckiem. Chciał nawet zadzwonić do Krzysztofa Rutkowskiego, by podzielić się z nimi swoimi podejrzeniami ws. synowej, ale żona go powstrzymała. - Cały czas gryzłem się z myślami - mówi.

Potem przyjechał Rutkowski, który przedstawił swoje ustalenia, były one jak się okazało zbieżne z podejrzeniami jego i żony.

- Podjęliśmy trudną decyzję, że wraz z Krzysztofem Rutkowskim pomożemy Kasi wyrzucić to z siebie - mówi Cieślik. - Choć nie wiedzieliśmy wtedy, czy dobrze robimy - dodaje. A jego żona tłumaczy, że gdyby mylili się w swoich podejrzeniach, to ich syn i matka Magdy nigdy by im tego nie wybaczyli.

"Syn nie wiedział"

Beata Cieślik: W momencie, kiedy już przekonała się, że my wiemy, schyliła głowę, zamknęła oczy i zatkała sobie uszy
TVN24

Beata Cieślik twierdzi, że jej syn Bartek nie wiedział, iż zaplanowano rozmowę Katarzyny W. z Rutkowskim.

- Przyjechaliśmy do hotelu, weszliśmy do pokoju, pan Krzysztof powiedział Kasi, że państwo, którzy stoją na korytarzu to świadkowie i sami się zgłosili, i że rzekomo widzieli moment, w którym była napadnięta i że nie było tej napaści - opowiada Cieślik.

Katarzyna W. - w reakcji na słowa Rutkowskiego - miała stwierdzić, iż będzie się bronić, a świadkowie niech się też sami bronią.

- Po jej słowach, pierwszej reakcji byłam już pewna, że Kasia wie, gdzie jest dziecko. Mówiłam jej: obojętnie, co zrobiłaś, powiedz, gdzie jest Madzia - relacjonuje babcia dziecka, zaznaczając, iż nie przyszło jej do głowy, że dziewczynka nie żyje.

Mówię, synu powiedz, że nie miałeś z tym nic wspólnego. A on zacisnął zęby i powiedział, a jak myślisz mamo Beata Cieślik

- W momencie, kiedy już przekonała się (Katarzyna W.), że my wiemy, schyliła głowę, zamknęła oczy i zatkała sobie uszy. W ogóle nie chciała nas słuchać. Mówiłam jej, powiedz nam, a ona wtedy: jesteś dla mnie obcą osobą, wyjdźcie stąd. Zareagowała agresywnie, wyszła do łazienki, mówiąc że to jest jej dziecko. A ja mówię, nie to nie jest tylko twoje dziecko, ale też naszego syna i nasze - opowiada babcia Madzi.

Przekonuje, że było jej bardzo ciężko, zwłaszcza, kiedy musiała porozmawiać z synem, który był w tym samym hotelu, ale w innym pokoju. - Mówię, synu powiedz, że nie miałeś z tym nic wspólnego. A on zacisnął zęby i powiedział, a jak myślisz mamo - opowiada Cieślik nie kryjąc łez.

Nie rozumie, dlaczego Kasia nie zadzwoniła do nich, gdy już doszło do tragedii. - Nie poprosiła o pomoc, nie powiedziała, co się stało - mówi Cieślik.

Przyznaje, że wraz z mężem mają do Katarzyny W. wielki żal, iż im nie zaufała.

Źródło: tvn24