By zrozumieć to, co się dzieje wokół nas, musicie poznać Burka. Będzie on naszym przewodnikiem po świecie, w którym jego życie przelicza się na pieniądze. Dostaje takie imię, bo reprezentuje potencjalnie każdego psa w tym kraju - takiego, który uciekł albo został porzucony.
Wcale nie musi być stary, czy schorowany. Może być młody, zdrowy, radosny, ale przestraszyć się fajerwerków, uciec nam i nigdy się nie znaleźć.
Gdy trafi do schroniska, jego życie stanie na rozdrożu. W najlepszym scenariuszu trafi tam, gdzie ludzie pomagają zwierzętom i szukają dla nich domów.
Ale dwa pozostałe to po prostu zapomnienie, a nawet śmierć.
Tu wyrzuca się psy
Jednak po kolei.
Jadę z hyclem na akcję. Gmina zleciła mu schwytanie bezdomnego psa. Profesjonalnie nazywa się to "odłowieniem".
Telefon. Zauważony w lesie w okolicach Srebrnej pod Płońskiem. Jedziemy. Hycel zna to miejsce. Długi, asfaltowy odcinek drogi przecina las. Ludzie go sobie upodobali, bo dobrze się tu wyrzuca psy. - W tym miejscu odłowiłem już sześć albo siedem. Co kilka miesięcy pojawia się tu zwierzę - mówi.
Namierzamy Burka dość szybko. Sam do nas przybiega. Wyłania się z lasu zmęczony i pewnie głodny. Hycel jest profesjonalny. Chowa go do klatki.
Co teraz?
Tu zaczyna się biznes.
To, jakie podejście do zwierząt ma właściciel schroniska, do którego trafi Burek, zdecyduje o jego życiu. Bo gmina zapłaci hyclowi za odłowienie psa, schronisku za jego przyjęcie i już się w nic nie wtrąci.
- Odłowienie jednego zwierzęcia, w zależności od tego, jak daleko je później muszę zawieźć, to jest od 500 do nawet 1200-1300 złotych. Tutaj kwestia transportu robi wielką różnicę. Są przypadki przewożenia zwierząt nawet 170 kilometrów - mówi hycel.
Dlaczego tak daleko?