Są przestępstwa widowiskowe, wręcz filmowe. Napady na banki, spektakularne włamania, wyłudzenia, kibicowskie ustawki. Są jednak i takie, których sprawcy zrobią wiele, żeby ukryć się nie tylko przed policją, ale i najbliższym otoczeniem. Staną na głowie, by swój sekret zaszyfrować, zahasłować i udawać, że wcale go nie ma. Zaglądać do niego tylko nocami, kiedy wszyscy śpią albo gdy nikogo nie ma w pobliżu. Taki manewr może bezkarnie uchodzić latami, dopóki przestępcy - uśmiechniętego człowieka, o którym wszyscy mówią tylko dobrze, a on sam słynie z pomocy potrzebującym - nie zgubi rutyna.
Policjanci zapukali najpierw do mieszkania, jak to się robi w takich przypadkach, ale nikogo tam nie zastali.
Być może w innej sytuacji poczekaliby i spróbowali jeszcze raz za kilka godzin. Tym razem sprawa była jednak na tyle poważna, że poprosili swojego przełożonego o zgodę na pójście do miejsca pracy podejrzanego. Policja, która odwiedza pracownika i zatrzymuje go przy szefie, kolegach i koleżankach, zawsze wygląda nieciekawie, a my mamy w końcu domniemanie niewinności.
Ale naczelnik ich wydziału, znając wagę sprawy, wyraził zgodę. Nie wiadomo, czy widział zdjęcia, czy wystarczyła mu tylko treść notatki służbowej spisanej przez jednego z podwładnych. To od niej wszystko się zaczęło: "W czasie wolnym od służby otrzymałem informację, że (…) Tomasz W. posiada na prywatnym dysku treści pedofilskie, to znaczy kilkadziesiąt zdjęć i filmów z pornografią dziecięcą z dziećmi w wieku 5-8 lat. Osobie przekazującej informację udało się przejrzeć zawartość dysku i wykonać telefonem kilka zdjęć znajdujących się tam plików (zdjęcia w załączeniu do notatki)".
Pornografia z pięcioletnimi dziećmi
Jak osobie przekazującej informację udało się dotrzeć do pilnie strzeżonego, zaszyfrowanego i zahasłowanego sekretu? Albo: ile razy trzeba powtórzyć przestępstwo, żeby przestać pamiętać o środkach ostrożności? Albo jeszcze inaczej: jak bezkarnie trzeba się czuć, żeby swój pilnie strzeżony sekret zostawić na wierzchu?