W sobotę, 7 marca, Prawo i Sprawiedliwość oficjalnie ogłosiło, że Przemysław Czarnek będzie kandydatem partii na premiera. Jak to się stało, że polityk, którego jeszcze dekadę temu redakcje w Lublinie nie miały nawet na zdjęciach, dziś wyrasta na kluczową postać polskiej prawicy?
Przyglądamy się drodze, którą przeszedł, by zaskarbić sobie zaufanie Jarosława Kaczyńskiego.
Sygnały, że pozycja Czarnka na prawicy rośnie, płynęły z Nowogrodzkiej już od dawna. Gdy w ubiegłym roku PiS szukało kandydata na prezydenta, Jarosław Kaczyński, pytany o byłego ministra edukacji, nie krył uznania, chociaż miał pewne obawy. Komentował wtedy:
- Wyjątkowo utalentowany człowiek, sądzę, że z wielką przyszłością. Tylko jest takie pytanie: czy jest w stanie wygrać, szczególnie w drugiej turze, wybory.
Dzisiaj wiemy, że ostatecznie w wyścigu prezydenckim prezes uznał, że "nie". Ale to bynajmniej nie zamknęło Czarnkowi drogi na polityczny szczyt. Wręcz przeciwnie.
W październiku 2025 roku, podczas manifestacji PiS w na Placu Zamkowym w Warszawie wymierzonej w rząd Donalda Tuska, pakt migracyjny i umowę UE-Mercosur - Kaczyński zwracał się do tłumu:
- Za mną dwoje byłych premierów i były wicepremier - przedstawiał tak Beatę Szydło, Mateusza Morawieckiego i Mariusza Błaszczaka. A następnie wskazał na Czarnka, dodając prorocze: - Nie był dotąd premierem, ale pewnie będzie.
W ten weekend - 7 marca 2026 r. - ta zapowiedź przybrała formalny kształt. Co sprawiło, że Jarosław Kaczyński postawił właśnie na niego?
Po sobotniej decyzji prezesa PiS otrzymaliśmy od jednej z przedstawicielek trzeciego sektora bardzo trafną wiadomość:
Aż chyba trzeba wrócić do książki Roberta Krasowskiego "Klucz do Kaczyńskiego", gdzie autor rozprawia się z tym, że inteligencja słaba i liczy się moc. I może o to prezesowi chodzi.
My nie musimy wracać do lektur. Ten klucz wytrych do Czarnka znamy dobrze - a właściwie cały ich pęk.