"Przeciek" w CBA. Biuro opowiada

Polska

tvn24Zdaniem byłego szefa CBA Pawła Wojtunika, sprawa jest skandaliczna

W Centralnym Biurze Antykorupcyjnym zatuszowano "przeciek" o tajnej operacji - twierdzi w swoim piśmie do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego były szef lubelskiej delegatury CBA Tomasz Grasza. Według jego relacji rozpracowywaną osobą był działacz PiS, który został ostrzeżony przez jednego z funkcjonariuszy, że jest podejrzewany o korupcję. Grasza dodaje, że agent, który się tego dopuścił, dostał podwyżkę, a podejrzewany o korupcję działacz - posadę prezesa spółki skarbu państwa.

Jako pierwsi o sprawie "przecieku" w elitarnej służbie antykorupcyjnej poinformowali dziennikarze śledczy Radia Zet. Nam udało się dotrzeć do autora pisma, byłego szefa lubelskiej delegatury CBA Tomasza Graszy.

- Faktycznie wysłałem pismo do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i ministra Mariusza Kamińskiego. Jednak zrobiłem to dopiero wtedy, gdy zrozumiałem, że szef CBA Ernest Bejda nic z bulwersującą sprawą nie robi. A powinna ją dawno prześwietlić prokuratura i ewentualnie sąd - powiedział nam wieloletni funkcjonariusz policyjnego CBŚ, a następnie CBA Tomasz Grasza.

Gorące telefony

Z pisma wynika, że do przecieku w lubelskiej delegaturze mogło dojść 8 grudnia 2015 roku, tuż po wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborach parlamentarnych. Od dziesięciu dni służbą antykorupcyjną kierował już wówczas Ernest Bejda, który zastąpił odwołanego przed upływem ustawowej kadencji Pawła Wojtunika.

"W dniu 10 grudnia 2015 r., wypełniając swój ustawowy obowiązek, powiadomiłem kierownictwo CBA o uzasadnionym podejrzeniu, iż jeden z funkcjonariuszy delegatury poinformował osobę, wobec której stosowano metody pracy operacyjnej, o fakcie stosowania wobec niej tychże metod pracy" - napisał Tomasz Grasza.

Osobą rozpracowywaną był działacz związany z Prawem i Sprawiedliwością. Funkcjonariusze lubelskiej delegatury mieli zgodę sądu na podsłuchiwanie jego telefonów. Przekonali sąd, że mają silne poszlaki, iż działacz usiłuje wpływać na kształt stanowionego w Sejmie prawa na zlecenie biznesmenów, dla których pracował.

Z pisma Tomasza Graszy wynika, że 8 grudnia z długiego zwolnienia lekarskiego wrócił do pracy jeden z funkcjonariuszy. Już po dwóch godzinach pobytu w delegaturze miał zadzwonić do działacza PiS. Z podsłuchów i bilingów - jak wynika z pisma Grasza - do spotkania agenta i działacza doszło jeszcze tego samego dnia, w siedzibie lubelskiego Caritas.

Ostrzeżony "załatwiacz"?

Według relacji Graszy, od momentu spotkania działacz PiS wiedział, że jest podsłuchiwany. Grasza o "przecieku" poinformował szefa CBA Ernesta Bejdę już dwa dni później, czyli 10 grudnia.

Odbiorcą materiałów obciążających funkcjonariusza - oprócz samego szefa CBA - był jeden z jego zastępców, a także funkcjonariusz kierujący "biurem spraw wewnętrznych", które zajmuje się tropieniem nieuczciwych agentów. Wtedy też w centrali służby wszczęto postępowanie wyjaśniające w sprawie domniemanego przecieku.

Były dyrektor w swoim piśmie przekazał, że agent nie został zawieszony, a postępowanie wyjaśniające nie przerodziło się w dyscyplinarne.

Według relacji Graszy, kilka dni po wszczęciu postępowania wyjaśniającego agent dostał wysoką premię. O jej przyznaniu zdecydował osobiście szef Ernest Bejda, choć agent niemal cały rok spędził na zwolnieniu lekarskim i nie miał jak się wykazać w pracy.

Wkrótce ten sam agent otrzymał podwyżkę. Natomiast działacz, który był podejrzewany o działalność korupcyjną, w lutym 2016 roku dostał stanowisko prezesa ważnej spółki skarbu państwa. Kieruje nią do dziś.

Sam dyrektor Tomasz Grasza w kilka dni po poinformowaniu centrali służby o możliwym przecieku został odwołany ze stanowiska i przeszedł na mundurową emeryturę.

"Nie jestem sfrustrowany"

Czym się kierował dyrektor, pisząc pół roku później list do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego?

W rozmowie z dziennikarzem tvn24.pl powiedział, że chodziło mu o "prawo i sprawiedliwość".

W piśmie sformułował to w ten sposób: "Dla właściwego odczytania moich intencji, pozwolę sobie na następującą uwagę: nie jestem sfrustrowanym utratą stanowiska zwolennikiem poprzedniej władzy. Całe swoje dorosłe życie miałem i mam jednoznaczne i zdecydowane poglądy polityczne, z którymi zresztą nigdy się nie kryłem. Są one powszechnie znane w moim środowisku. W czasie, gdy pełniłem funkcję dyrektora lubelskiej Delegatury CBA, tj. od grudnia 2012 r., jedyną gazetą prenumerowaną przez tę instytucję była Gazeta Polska Codziennie. (...) Nie miałem też wątpliwości, że nastąpi wymiana kadry kierowniczej w CBA. Nie potrafię się jednak zgodzić z tolerowaniem, a nawet sowitym wynagradzaniem zachowań, które nie tylko nie przystoją funkcjonariuszom służby specjalnej, ale stanowią najgorszy rodzaj przestępstwa, jakiego funkcjonariusz może się dopuścić. Mam tu na myśli zarówno zachowanie funkcjonariusza informującego 'drugą stronę' o podejmowanych działaniach, jak i reakcję przełożonego – pełna akceptacja, a nawet wynagradzanie".

CBA: nie było przecieku

Zadaliśmy serię pytań CBA, chcąc zweryfikować pisemną relację Tomasza Graszy. Z pionu prasowego służby otrzymaliśmy maila o treści: "Biuro Antykorupcyjne w sprawie, o którą Pan zapytuje, na przełomie 2015 i 2016 roku prowadziło czynności wyjaśniające, nie dały one podstaw do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego".

Spytaliśmy również ministra koordynatora służb Mariusza Kamińskiego, czy zajął się sprawą po otrzymaniu pisma od byłego dyrektora delegatury.

"Minister Koordynator nie otrzymał żadnej informacji na temat 'przecieku' w lubelskiej Delegaturze CBA. Według materiałów uzyskanych z CBA, we wspominanej jednostce nie doszło do przecieku informacji. Informuję, że w opisywanej przez Pana sprawie nie doszło do 'przyłapania agenta na przestępstwie'. Poruszona sprawa była przedmiotem badania w ramach postępowania wewnętrznego, wszczętego pod koniec 2015 roku. Postępowanie to nie dało podstaw do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego, a tym bardziej nie wykazało, by doszło do przestępstwa" - odpisał nam rzecznik ministra koordynatora Stanisław Żaryn. Dodał: "Na koniec wskazuję, że pytania oparte są na niewiarygodnych i niepełnych informacjach".

Według rzecznika Stanisława Żaryna, redakcja tvn24.pl może być "wprowadzana w błąd przez osoby z byłego kierownictwa CBA, które chcą szkodzić obecnemu szefostwu Biura oraz Ministrowi Koordynatorowi Służb Specjalnych".

Z biura poselskiego Jarosława Kaczyńskiego, który był jednym z adresatów pisma, nie otrzymaliśmy żadnych odpowiedzi.

Bez zarzutów

Tomasz Grasza do dziś nie ma postawionych żadnych zarzutów, choć w CBA trwał wnikliwy audyt dotyczący pracy tej służby pod rządami poprzednika Ernesta Bejdy.

Audytorzy byli tak skrupulatni, że dopatrzyli się nawet rzekomego przekroczenia prawa przez poprzednika Tomasza Graszy na fotelu szefa lubelskiej delegatury. Według nich, będąc pod wpływem alkoholu, przebiegając przez ulicę wpadł pod samochód.

- Sprawę przecieku powinna drobiazgowo zbadać sejmowa komisja służb specjalnych. Przypomina się afera starachowicka, gdy wiceminister spraw wewnętrznych ostrzegł lokalnych działaczy swojej partii przed policjantami, którzy prowadzili operację specjalną. Tylko że wtedy wszyscy ponieśli konsekwencje przecieku: wiceminister spraw wewnętrznych został skazany, a komendant główny policji natychmiast odwołany. Dziś uchodzi to bezkarnie - skomentował poseł Marek Biernacki, który pełnił w przeszłości funkcję ministra spraw wewnętrznych i koordynatora służb specjalnych.

"Wyrwać chwasta"

Kim jest były szef lubelskiej delegatury CBA Tomasz Grasza? To znana postać w środowisku policjantów i funkcjonariuszy służb specjalnych. Zanim w 2012 roku zaczął kierować delegaturą służby antykorupcyjnej, pracował w pionie antynarkotykowym Centralnego Biura Śledczego. Brał udział w jednej z głośnych medialnie operacji, która w 2007 roku doprowadziła do zatrzymania Artura P., będącego wtedy doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego do spraw sportu. W efekcie pracy CBŚ Artur P. został przez prokuraturę oskarżony o posiadanie 1,4 kilograma kokainy.

Grasza w swoim piśmie do Jarosława Kaczyńskiego nawiązał również do wydarzeń z 2007 roku. "Przed zatrzymaniem Artura P. Pan Prezydent został powiadomiony o podejrzeniach kierowanych wobec jego podwładnego. Reakcja Pana Prezydenta zapadła mi (...) w pamięci. Nie zasugerował wyciszenia sprawy, czy np. odłożenia realizacji do czasu zwolnienia Artura P. z Kancelarii. Reakcja Pana Prezydenta to 'natychmiast wyrwać chwasta'. Uważam, że właśnie w ten sposób buduje się autorytet i szacunek. Gdy teraz zestawiam zachowanie Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i obecnego kierownictwa CBA....no cóż, daruję sobie komentarz i przepraszam nawet za próbę takiego porównania".

W rozmowie z dziennikarzem tvn24.pl Grasza zadeklarował: - Przekażę szczegółowe informacje dotyczące przecieku prokuraturze, komisji do spraw służb specjalnych. Dlatego że zdrada nie może pozostać bez kary.

Chcę być przesłuchany!

Po ujawnieniu przez dziennikarzy Radia Zet informacji o możliwym przecieku szef CBA Ernest Bejda rozesłał do mediów specjalne oświadczenie.

- Formułowane zarzuty są bezpodstawne. Sprawa była wnikliwie badana w wyniku postępowania wyjaśniającego CBA, w trakcie którego przesłuchano m.in. wszystkich funkcjonariuszy Biura, mających dostęp do materiałów sprawy, z której rzekomo miało dojść do przecieku. Wbrew publicznie podawanym informacjom funkcjonariusz CBA, pomawiany o dokonanie przecieku, nie prowadził tej sprawy, nie zapoznawał się z jej dokumentacją, a także nie miał żadnej wiedzy o prowadzonych działaniach. Postępowanie CBA nie dało podstaw do skierowania zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa - wyjaśniał szef CBA.

Jak napisał, "przyczyną obecnego ataku na CBA są inne wydarzenia. Były Szef Delegatury CBA w Lublinie Jacek L., w wyniku zawiadomienia złożonego przez Szefa CBA, usłyszał w listopadzie 2017 roku zarzuty składania fałszywych zeznań w śledztwie dotyczącym m.in. fałszowania dokumentów wytwarzanych przez Delegaturę CBA w Lublinie. W ramach śledztwa wyjaśniana jest także rola innych funkcjonariuszy podległych Jackowi L., w tym Tomasza Graszy, który w tamtym czasie pełnił funkcję kierowniczą w lubelskiej Delegaturze CBA".

Jednak w tej sprawie, ani żadnej innej, autor pisma do Jarosława Kaczyńskiego nie ma przedstawionych żadnych zarzutów. Jak on sam się odnosi do oświadczenia ministra Ernesta Bejdy?

- Biorąc pod uwagę treść tego oświadczenia, proszę pana ministra o zwolnienie mnie z obowiązku zachowania tajemnicy. Gotów jestem przekazać szczegółową wiedzę o wydarzeniach związanych z przeciekiem sejmowej komisji służb specjalnych lub prokuraturze - mówi Tomasz Grasza.

Autor: Robert Zieliński (r.zielinski@tvn.pl)//kg / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: CBA