Na sali rozpraw Sądu Okręgowego w Warszawie klimatyzacja ledwo dawała wczoraj radę. Czworo oskarżonych wierciło się i głośno wzdychało, ich obrońcy na przemian przeglądali zawartość telefonów i wertowali dokumenty. Para policjantów walczyła ze snem, a kilkunastoosobowa publiczność, która stawia się wiernie na każdą rozprawę, żeby dać wsparcie oskarżonym, szeptała co jakiś czas w nadziei na zarządzenie przerwy w rozprawie.
Wyjątkiem była piąta oskarżona, Karolina Ś.
Wydawało się, że upał i ogólna senność w ogóle jej nie dotyczą. Przez ponad cztery godziny składała tak zwane swobodne wyjaśnienia, przywołując konkretne zapisy ustaw, rozporządzeń, regulaminów ministerstwa, a także konkretne karty i zapisy z przepastnych akt sprawy dotyczącej afery Funduszu Sprawiedliwości. W notatki spoglądała jedynie od czasu do czasu. Przerwy robiła tylko na szybki łyk wody.
Na ósmej rozprawie w tym procesie była urzędniczka Ministerstwa Sprawiedliwości próbowała wykazać, że zeznania Tomasza Mraza, również byłego urzędnika (poszedł na współpracę z prokuraturą) są niewiarygodne. Że Mraz mija się z faktami, a prokuratura zamiast weryfikować to, co on mówi, ślepo mu wierzyła, bo chciała wykazać, że w ministerstwie istniała zorganizowana grupa przestępcza, która ustawiała konkursy.
Podczas przerwy w rozprawie, w sądowym bufecie z Karoliną Ś. przywitał się i wyraził wsparcie nieoczekiwany gość - Michał Woś, były wiceminister sprawiedliwości i polityk partii Zbigniewa Ziobry, obecnie oskarżony w sprawie zakupu systemu Pegasus z pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości.
"Szajsik na duży hajsik" wyrazem dezaprobaty
- Boże, dopiero godzina - wzdychał mężczyzna z tyłu z czapką i wąsami à la Józef Piłsudski, który na każdą rozprawę przynosi małą cyfrową kamerkę, żeby dokumentować stalinowski, jego zdaniem, proces.