Proces Katarzyny W. Relacja z piątej rozprawy

Polska

tvn24To była już piąta rozprawa w procesie Katarzyny W.

15 kwietnia, podczas piątej rozprawy Katarzyny W. oskarżonej o zabicie swojej półrocznej córki Magdy, Sąd Okręgowy w Katowicach przesłuchał świadków: Żanetę N. (która znalazła Katarzynę W. leżącą na chodniku), Aleksandra K. (który zadzwonił po pogotowie po znalezieniu Katarzyny W.), Natalię P. (przyjaciółkę Katarzyny W.), Jadwigę J. (która cztery dni przed zdarzeniem widziała Katarzynę W. w parku Żeromskiego), Pawła G. (wnuka Jadwigi J.) oraz Marzenę P. (znajomą z pracy Jadwigi J.). CZYTAJ:

Sędzia: Stawiła się oskarżona Katarzyna W., jej obrońca z urzędu; stawili się świadkowie wezwani na 9.30- Aleksander K. i pani Żaneta N. Nie stawił się świadek Mateusz Ch. Zarządzam dalszy ciąg postępowania dowodowego. Zaczniemy od pani Żanety N.

Staje świadek pani Żaneta N. lat 35, z zawodu spawacz-ślusarz, mieszka w Sosnowcu, w stosunku do oskarżonej - obca.

Żaneta N.: Wiem, że jestem świadkiem w sprawie Katarzyny W. Na temat tej sprawy wiem tyle, że ją znaleźliśmy. Szłyśmy z córką w stronę Sosnowca, na ul. Wesołą do domu. To było na ul. Legionów, daty nie pamiętam, ale było przed 17.45, bo tak przyjechało pogotowie. Szłam z córeczką, za mną szło dwóch młodych mężczyzn, było wtedy ciemno. Oni szli za mną, przepuściłam ich, bo szli w kapturach, wolałam, żeby szli swoją drogą. Schodząc z kładki przy ul. Legionów jest taki zaułek, gdzie się wchodzi w bloki, jest żywopłot. Moja córka powiedziała: Patrz, coś tam leży. Córka się wystraszyła, chciała iść do domu, ale ja powiedziałam, żebyśmy podeszły i zobaczyły, co się dzieje. Zaniepokoił mnie stojący wózek stojący przed tą osobą. Tych dwóch młodych mężczyzn, mieli telefon...

Sędzia: Przeskoczyliśmy jeden moment...

Żaneta N.: Ja podeszłam do tej leżącej na ziemi osoby. W tej chwili ją rozpoznaję – to Katarzyna W.

Sędzia: Co pani zauważyła?

Żaneta N.: Katarzyna leżała na chodniku, twarzą do ziemi. Miała na głowie kaptur, jedną rękę miała wysuniętą w dziwnej pozycji, jakby upadała z wysokości. Obok stał wózek, był blisko niej. Przy wózku była butelka z mlekiem. Poprosiłam tych dwóch chłopaków, którzy też podeszli w międzyczasie, żeby zadzwonili na pogotowie i od razu na policję. Sprawdzaliśmy jeszcze tętno tej kobiety, by ustalić, czy żyje i wtedy chłopcy zadzwonili.

Sędzia: Czy ona była przytomna?

Żaneta N.: Nie, cały czas leżała głową w dół do chodnika, nie ruszała się. Wówczas ci chłopcy zadzwonili na pogotowie i policję. Dzwonili przy mnie, tzn. jeden z nich. Ja nie znam tych chłopaków. Oni potem odeszli, może byli wystraszeni, nie wiem.

Sędzia: Oni znali oskarżoną?

Żaneta N.: Nie, z tego, co się zorientowałam, nie znali Katarzyny W. Ja znam oskarżoną z widzenia, z okolicy. Mieszkałam na Wesołej, w pobliżu znajdowało się mieszkanie rodziców oskarżonej. Ze dwa razy widziałam ją z Madzią.

Sędzia: Co dalej?

Żaneta N.: Ja zostałam na miejscu, ci chłopcy odeszli, czekałam na przyjazd pogotowia. Pogotowie przyjechało, a Katarzyna W. doznała „olśnienia" jak usłyszała syreny. Jak leżała na chodniku to nagle uklękła, ręce położyła na wózku i "gdzie jest moja Madzia?", i że "ukradli Madzię".

Sędzia: Czy pani nawiązała rozmowę z Katarzyną?

Żaneta N.: Dopiero jak spadł jej kaptur zobaczyłam, że to córka sąsiadki. Zaczęłam ją pytać, co się stało. Powiedziała, że porwano jej Madzię i została napadnięta. Ona nie mówiła przez kogo miała zostać napadnięta, w jaki sposób. Kiedy przyjechało pogotowie, to ona poprosiła mnie, abym zabrała wózek do jej rodziców. To było bardzo krótko od chwili, gdy uklęknęła przy wózku do przyjazdu karetki. Potem panowie z karetki szukali czegoś, czym miała dostać w głowę. Oni wiedzieli, że dostała czymś w głowę, bo zabrali ją do środka, do karetki. Widziałam, jak ona płakała. Musiałam stać przy tym wózku i czekać na policję. Potem przyleciała, jako pierwsza, mama oskarżonej. Potem pojawił się Bartek z kolegą z samochodem, a potem teściowie. Teściowa była zdenerwowana, paliła papierosa na chodniku. Mama Katarzyny była w karetce, potem do karetki wszedł Bartek. A mnie kazano czekać. Był tam jeszcze brat oskarżonej. Kiedy przyjechało pogotowie, to brat oskarżonej Marcin wyszedł zza bloku, jakby wcześniej obserwował, co może się stać, kto ją znajdzie. To się zbiegło w czasie z przyjazdem karetki - ona wstała, a brat się pojawił i zaczął rozmawiać przez telefon. Spokojnie chodził i rozmawiał.

Sędzia: Słyszała pani, o czym rozmawiał?

Żaneta N.: Z tego, co słyszałam, to chciał się dodzwonić do ojca oskarżonej, ale potem już nie przeprowadził rozmowy przez telefon. Wydaje mi się jednak, że w ogóle nie rozmawiał, miał słuchawkę przy uchu, ale nic nie mówił, nerwowo chodził po chodniku. To chyba wszystko.

Sędzia odczytuje fragment zeznań z postępowania przygotowawczego:

W dniu 24 stycznia, około 18, wracałam z córką z centrum Sosnowca, jak zwykle przez Legionów. Szło przed nami dwóch mężczyzn młodych, córka zobaczyła wtedy, że ktoś leży przy żywopłocie. Obok niej stał wózek dziecięcy, zdziwiło mnie, że wózek był pusty. Kobieta nie wyglądała na pijaczkę, wózek był zadbany. Jeden z chłopaków zadzwonił na policję i pogotowie, sprawdziliśmy jej puls, ustaliliśmy, że ona oddycha. Jak usłyszała syrenę karetki ocknęła się. Ja znam tą kobietę z widzenia, przychodzi do swojej matki, nieopodal mojego miejsca zamieszkania. Zastanowiło mnie zachowanie jej brata. Jak się ocknęła, wyjęła telefon i zadzwoniła do brata, on się zjawił po chwili, o nic nie pytał, zachowywał się dziwnie. Karetka zabrała tą kobietę. Nie znam z widzenia nawet tych chłopców, co dzwonili po pogotowie. Potem przyjechał mąż tej kobiety. Wsiadł do karetki, płakał, był zszokowany tym, co się stało. Wcześniej, jak szłam przez tą kładkę, to nic nie wiedziałam, żadnych niepokojących odgłosów nie było.

Sędzia: Czy takiej treści składała pani zeznania?

Żaneta N.: Tak. Podtrzymuję.

Sędzia: Tu pani powiedziała, że „jak ona usłyszała syrenę to częściowo odzyskała przytomność", czyli częściowo była przytomna, czy była w pełni, normalnie przytomna?

Żaneta N.: Uważam, że jeśli ona miała siłę, żeby wstać na kolana, to musiała być przytomna w pełni.

Obrońca Katarzyny W.: Chciałem prosić o uzupełnienie tej informacji.

Sędzia: Co pani powiedziała?

Żaneta N.: To jest chore, że jeśli ktoś leży nieprzytomny, a za chwilę wstaje na kolana, to wydaje mi się, że to wszystko jest zaaranżowane.

Sędzia: Mówiła pani też, że ona wyjęła telefon i zadzwoniła do brata. On się pojawił za chwilę?

Żaneta N.: Ja już w tej chwili tego nie pamiętam, ale jeśli na policji mówiłam, że ona dzwoniła do brata to tak musiało być. Jeśli chodzi o Bartłomieja W. to po jego przybyciu na miejsce, widać było, że jest wstrząśnięty tą zaistniałą sytuacją. Ja sama jestem matką, gdybym wiedziała, że tak zrobisz dziewczyno, to bym ci nie pomogła! Można było dziecko oddać do okienka.

Sędzia upomina świadka co do dokonywania ocen i snucia hipotez w sprawie.

Sędzia: Jakieś pytania panie mecenasie?

Obrońca: Kto pierwszy podszedł do leżącej?

Żaneta N.: Ci panowie w kapturach szli za nami, my ich przepuściliśmy, żeby szli przodem.

Sędzia: Czy to było widoczne miejsce z dalszej odległości?

Żaneta N.: To miejsce, w którym ona leżała, było zabudowanym, niewidocznym z dużej odległości terenem. Było wtedy już ciemno.

Obrońca: Kto pierwszy podszedł do Katarzyny?

Sędzia: "Zawołała mnie córka, że tam ktoś leży. Ja podeszłam pierwsza, oni byli z przodu, więc poprosiłam ich, żeby podeszli ze mną i poprosiłam ich o wykonanie telefonu".

Żaneta N.: Obawiałam się, żeby mnie ktoś nie posądził, że coś zginęło z wózka, czy oskarżonej. Tak więc do wózka i leżącej kobiety podeszliśmy razem z tymi chłopcami.

Obrońca: Chciałbym, żeby dopisano fragment, że pani podeszła szybszym krokiem i wyprzedziła tych chłopaków...

Sędzia: Reasumując: do miejsca zdarzenia podeszliście razem.

Żaneta N.: Tak.

Obrońca: Kto wypowiedział jakieś pierwsze słowa? Ona do pani, czy pani do niej?

Żaneta N.: Nie pamiętam. Wiem, że jak karetka przyjechała, to ona się ocknęła i mówiła "gdzie jest Madzia?". Wszystko działo się szybko. Ja powiedziałam do tych chłopaków, że dziecka nie ma w wózku, a są w nim inne przedmioty np. butelka. To było wtedy, jak ona jeszcze leżała na ziemi, i nie dawała znaków przytomności.

Obrońca: Mówiła pani, że ręka oskarżonej była ułożona dziwnie, nienaturalnie.

Żaneta N.: Tak, prezentowałam to na eksperymencie procesowym.

Obrońca: Czy pamięta pani pierwsze czynności służb na miejscu?

Żaneta N.: Przyjechała karetka, ratownicy dźwignęli ją pod pachy i wnieśli do karetki. Ona miała takie podkurczone nogi.

Obrońca: A gdy przyjechała policja? Czy rozmawiała pani o zdarzeniu z policją?

Żaneta N.: Mi kazano czekać. Czekałam ze dwie godziny, funkcjonariusz spisał moje dane i kazał iść do domu. Nikt nie pytał mnie, co się stało, bo policja rozmawiała z pracownikami pogotowia.

Obrońca: Usłyszała pani wersję, że została uderzona. Od kogo?

Żaneta N.: Gdy panowie z karetki zostawili ją w środku, to kierowca i ratownik wyszli i szukali przedmiotu, którym miała dostać w głowę. Wzięli latarki i szukali w krzakach.

Obrońca: Ten przedmiot, którym miała dostać oskarżona, w którym momencie się pani dowiedziała, że jest w ogóle jakiś przedmiot?

Żaneta N.: Stałam przy wózku, od nich z karetki się dowiedziałam, gdy zaczęli szukać w krzakach przedmiotu, którym miała zostać zaatakowana.

Obrońca: Czy pani śledziła potem relacje medialne w tej sprawie?

Żaneta N.: Tak.

Obrońca: Co pani miała na myśli, mówiąc, że by jej nie pomogła, gdyby wiedziała, że oszukała całą Polskę?

Sędzia: To pytanie uchylam.

Obrońca: Nie będę obstawał przy swoim.

Katarzyna W.: Nie mam pytań wysoki sądzie.

Sędzia: Dziękujemy pani za obecność.

Sędzia: Staje świadek Aleksander K., lat 18, uczeń, zamieszkuje w Sosnowcu, w stosunku do oskarżonej - obcy.

Aleksander K.: Wiem, w jakiej sprawie zeznaję. Dokładnej daty nie pamiętam, około rok temu wracałem z kolegą z centrum. Tym kolegą był Mateusz Ch. To było wieczorem, było ciemno. Przeszliśmy przez most, no i zobaczyłem, że na ziemi leży człowiek.

Sędzia: Pamięta pan na jakiej ulicy?

Aleksander K.: Na ul. Legionów w Sosnowcu. Od razu chcieliśmy zareagować, znałem zasady kursu pierwszej pomocy, wiedziałem, co w takiej sytuacji należy zrobić.

Sędzia: Co panowie zrobiliście? Kto podszedł, kto tam był?

Aleksander K.: Ja szedłem z kolegą Mateuszem, szła też pani z dzieckiem. Ona szła równolegle z nami, była to ta pani, która przed chwilą była świadkiem. Nie pamiętam, czy najpierw po podejściu zadzwoniłem na pogotowie, czy najpierw próbowałem ją ułożyć w pozycji bezpiecznej. Rozpoznaję tą kobietę, jest nią obecna na sali oskarżona.

Sędzia: Co dalej?

Aleksander K.: Spróbowałem sprawdzić puls, czy ona w ogóle żyje. Podnosiłem jej rękę, która opadała bezwładnie. Wtedy nie wiedziałem, co się dzieje i zadzwoniłem na pogotowie. To ja rozmawiałem z dyspozytorką pogotowia.

Sędzia: Z jakiego numeru pan dzwonił?

Aleksander K.: Swojego, zaczynającego się od 605.

Sędzia: Proszę kontynuować.

Aleksander K.: Zadzwoniłem na pogotowie, wtedy ona nie dawała znaku życia, po chwili zaczęła się budzić.

Sędzia: Czy jeszcze jakieś czynności pan robił?

Aleksander K.: Próbowałem ją wybudzić, mówiłem do niej, ale to nie przynosiło żadnego rezultatu. W krótką chwilę po moim telefonie, ona zaczęła się budzić. Jeśli chodzi o czas oczekiwania na karetkę to mogło to być jakieś 10 minut.

Sędzia: Co po wybudzeniu?

Aleksander K.: Ta kobieta, która też była z nami na miejscu, mówiła, że nie ma dziecka, ja nie zwróciłem najpierw uwagi, na to, że jest wózek, skupiłem się na tej leżącej kobiecie. Wózek był dwa, trzy metry obok leżącej kobiety. Potem oskarżona usiadła, zaczęła płakać, że nie ma dziecka, że Madzia itd. Nie pamiętam, czy ona jeszcze coś mówiła. Ona to mówiła jeszcze siedząc, jeszcze chyba nie zajrzała do tego wózka. Potem przyjechała już karetka, po chwili. Karetka jechała na sygnale.

Sędzia: Czy słychać było sygnał karetki, jak ona już była przytomna?

Aleksander K.: Ocknęła się i usiadła wcześniej, zanim było słychać sygnał jadącej karetki.

Sędzia: Spośród tych ludzi, którzy byli na miejscu zdarzenia, tylko pan zadzwonił na pogotowie?

Aleksander K.: Tak, tylko ja dzwoniłem na pogotowie.

Sędzia: Czy w rozmowie z dyspozytorem pogotowia, uzyskał pan wiadomości, że ktoś inny też dzwonił w tej sprawie?

Aleksander K: Nie.

Sędzia: Jest pan pewny, że dzwonił pan z tego numeru 605-...?

Aleksander K.: Tak mi się wydaje, bo numer ten mam długo.

Sędzia: Czy miał pan kiedyś numer, który się zaczynał 513?

Aleksander K.: Tak, już go nie mam. Być może z tego numeru dzwoniłem na pogotowie. Jak przyjechało pogotowie, stwierdziliśmy, że już nie jesteśmy potrzebni. Mówiłem tym z karetki, że widzieliśmy tyle, co ta pani i czy możemy iść.

Sędzia: Mówi pan, że na początku, jak się ocknęła, mówiła o Madzi, czy jeszcze cokolwiek mówiła?

Aleksander K.: Coś mówiła na pewno, ale nie pamiętam teraz, co.

Aleksander K.: Raczej nic więcej sobie nie przypominam.

Sędzia odczytuje fragmenty zeznań z postępowania przygotowawczego:

Całe zajście widzieliśmy z 20 metrów - kobieta leżała na brzuchu, twarzą do chodnika. Była nieprzytomna, nie odpowiadała na nasze pytania. Sprawdziłem puls, był wyczuwalny. Nie zauważyłem, żeby tam były jakieś przedmioty, czy ludzie. W wózku nie było dziecka, gdy ocuciliśmy kobietę, ona dawała znaki oczami, że mnie słyszy. Mówiła, że boli ją głowa. Była tam też kobieta. Nagle oskarżona zaczęła płakać, krzyczeć, gdzie jest Magda. Potem zabrało ją pogotowie.

Sędzia: Czy takiej treści zeznania pan składał?

Aleksander K.: Tak, podtrzymuję.

Sędzia: Tu pan zeznał, że dawała znaki oczami, że słyszy. Że udało się "ocucić ją". Czy pan ją cucił, czy ona sama odzyskała przytomność?

Aleksander K.: Ja próbowałem ją potrząsnąć, tak jak się wybudza osoby. Próbowałem ją ocucić. Zanim nie zadzwoniłem po karetkę to nic nie dawało, po moim telefonie udało się. Ona nie ocknęła się w tym momencie, jak nią potrząsnąłem. Po chwili, gdy przestałem ją potrząsać, to ona sama otworzyła oczy.

Sędzia: Ona sama usiadła?

Aleksander K.: Ona najpierw siadła sama, potem jej już pomagałem. Być może, że ta kobieta wstała i podeszła do wózka, bo wózek był w takiej odległości... musiała to uczynić, żeby się do niego dostać.

Sędzia: Czy potem zaglądała do wózka?

Aleksander K.: Nie umiem powiedzieć z całą pewnością, czy zaglądała.

Sędzia: Czy mówiła coś więcej na temat zdarzenia?

Aleksander K.: Nie pamiętam.

Sędzia: Jakieś pytania panie mecenasie?

Obrońca: Jaki kurs ratowniczy pan kończył?

Aleksander K.: Kurs młodszego ratownika WOPR. Akurat wtedy kończyłem ten kurs, więc wiedziałem, co trzeba zrobić.

Obrońca: Mówił pan, że chciał ułożyć leżącą kobietę w pozycji bezpiecznej?

Aleksander K.: Tak. Obróciłem ją na bok, bo leżała twarzą w dół.

Obrońca: Ile mogło trwać to dobudzanie, szarpanie jej?

Aleksander K.: Próby wybudzenia jej podejmowałem aż do chwili, jak się ocknęła.

Obrońca: Czy pan coś do niej mówił?

Aleksander K.: Pytałem, czy mnie słyszy, chciałem nawiązać kontakt.

Obrońca: Czy był pan świadkiem jakiś czynności poszukiwawczych pogotowia?

Aleksander K.: Słyszałem tylko tyle, że jeden z mężczyzn z karetki powiedział, żeby wezwać więcej radiowozów, bo nie ma dziecka. Potem ja z kolegą odeszliśmy i więcej nic nie słyszeliśmy.

Obrońca: W jakim momencie ktoś z karetki prosił o wezwanie posiłków?

Aleksander K.: Jak podjechała karetka, wyszedł jeden ratowników, usłyszał, że nie ma dziecka i wezwał.

Obrońca: Czy on miał kontakt z leżącą kobietą?

Aleksander K.: Nie wiem, czy od razu. Nie wiem, skąd się dowiedział ratownik, że nie ma dziecka. Może ta kobieta, co zeznawała przed chwilą, to ona cały czas mówiła o dziecku i o tym, że zaginęło. Nie jestem pewien na 100 procent, czy od niej ratownik się dowiedział o braku dziecka.

Obrońca: Dziękuję.

Sędzia: Czy zanim się panowie oddaliliście z kolegą, czy jeszcze ktoś się pojawił na miejscu?

Aleksander K.: W tym momencie byli tylko jacyś przechodnie, ale nikt nie zwracał na to, co się dzieje większej uwagi. Byłem tylko ja, kolega i tamta pani z dzieckiem.

Sędzia: Czy w pana obecności oskarżona do kogoś dzwoniła?

Aleksander K.: Tak. Nie pamiętam tej rozmowy. Ale było tak jak zeznawałem wcześniej. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy ona dzwoniła, na pewno odbierała telefon.

Sędzia: Dziękujemy za obecność. Do widzenia.

Sędzia: Poprosimy wszystkich świadków, powiemy im, w jakiej kolejności będą stawać przed sądem.

Staje świadek Marzena P. lat 44, bez zawodu, mieszka w Sosnowcu, w stosunku do oskarżonej - obca.

Marzena P.: Wiem, w jakiej sprawie jestem świadkiem. Ja nic nie wiem na ten temat. Pani Jadwiga J. rozmawiała kiedyś ze mną, opowiadała mi wszystko i później zadzwonił do mnie policjant powiedział, o co chodzi i zapytał, czy przyjadę do Katowic, czy oni mają przyjechać do mnie. Powiedział, w jakiej sprawie. Powiedziałam, że nic nie pamiętam. Policjant zaznaczył, że rozmawiał z panią Jadwigą J. i ona podała moje nazwisko. Przyjechali policjanci. Nie pamiętam, kiedy to było, staram się wymazać to z pamięci.

Sędzia: Czy pamięta pani, co mówiła pani Jadwiga J.?

Marzena P.: Nie. Pani Jadwiga J. podczas spaceru, mówiła mi, czy słyszałam w telewizji, co się stało, ja mówiłam, że nie. Ona zaczęła mi opowiadać, że zaginęło dziecko. Bardzo się denerwuję... Pani Jadwiga J. opowiadała mi o programie w telewizji, że zaginęło dziecko. Ona mi coś opowiadała, ale ja naprawdę nie pamiętam, co to było i nie chcę stwarzać jakichś teorii. Pamiętam też, że pani Jadwiga J. wyzwała mnie na korytarzu. To miało miejsce teraz, tutaj w sądzie. Szczegółów reakcji, z tamtego czasu nie pamiętam.

Sędzia: Proszę usiąść, odczytam fragment pani zeznań.

Sędzia odczytuje fragment zeznań z postępowania przygotowawczego:

Jadwiga J. jest moją znajomą z byłego zakładu pracy. Od niej dowiedziałam się o sprawie uprowadzenia dziecka. Spotkałam ją przypadkowo podczas spaceru, opowiadała mi o sprawie, że ktoś porwał dziecko. Do czasu tego spotkania, ja nie wiedziałam o tym nic. Ona na siłę chciała mi pokazać, gdzie to się stało, ona bardzo przeżywała tą sprawę, w sumie dzięki niej ja też zaczęłam się sprawie przyglądać. Jadwiga J. podczas kolejnych spotkań, też mówiła o kolejnych etapach tej sprawy. Mówiła mi, ze widziała kobietę z wózkiem na miejscu pochowania dziecka parę dni wcześniej, że grzebała coś w ziemi i rozglądała się. Co jakiś czas spotykam się z Jadwigą J., chodzimy czasem na spacery.

Sędzia: Czy podtrzymuje pani zeznania?

Marzena P.: Tak.

Sędzia: Czy może pani powiedzieć, jak i dlaczego pani Jadwiga J. znieważyła panią tutaj w sądzie?

Marzena P.: Ja weszłam, powiedziałam dzień dobry, ona powiedziała, czy jestem na nią zła. Powiedziałam, że tak, że skoro chciała uczestniczyć w tym wszystkim, to dlaczego wciągnęła mnie w to. Po tym, zaczęła mnie wyzywać. Ja wyszłam. Może nie wyzwiska, ale nakrzyczała na mnie mocno. Nie chcę nic z tym robić, chcę stąd wyjść tylko.

Sędzia: Jakieś pytania panie mecenasie?

Obrońca: Czy teraz macie panie jakieś kontakty?

Marzena P.: Nie, żadnych kontaktów. Powodem tego było to, że ona cały czas opowiadała o tej sprawie, nie widuje się z nią z pół roku. Gdy zobaczę ją, to tylko witamy się i tyle.

Obrońca: Czy pani dostrzegła w tych opowieściach moment, gdy relacje Jadwigą J. zmieniły się? Gdy ta wersja o zaginięciu nie jest prawdziwa, szczególnie?

Marzena P.: Nie. Wiem tylko tyle, że ona cały czas o tym opowiadała. Nie wiem, czy jej stosunek do sprawy zmieniał się jakkolwiek.

Sędzia: Dziękujemy pani za obecność.

Sędzia: Staje świadek Paweł G. lat 21, zawód kierowca, mieszka w Sosnowcu, w stosunku do oskarżonej obcy.

Paweł G.: Wiem, w jakiej sprawie jestem świadkiem. O sprawie dowiedziałem się z radia, sam zastanawiam się, po co tu jestem wezwany. Ja jedynie od innych mogłem się o tym dowiedzieć. Tą historię opowiadała mi babcia – Jadwiga J., nie miałem z nią dobrych relacji. Na obecną chwilę nie jestem w stanie powiedzieć, co zeznawałem rok temu. Nie pamiętam, co babcia opowiadała mi w tej sprawie.

Sędzia: Chcemy ustalić, czy pani Jadwiga J. relacjonowała to samo, co nam.

Paweł G.: Jedyne, co pamiętam, to to, że była na spacerze, zimową porą. Jak mówiłem, babcia ma trudny charakter, ja chcę po pracy odpocząć.

Sędzia: Jest w stanie pan sobie cokolwiek przypomnieć z tych opowieści?

Paweł G.: Że widziała wózek, tą panią, ale nic więcej nie pamiętam. Babcia mówiła mi to wcześniej niż informacje medialne donosiły o zdarzeniu.

Sędzia: Kiedy to było?

Paweł G.: Ciężko powiedzieć cokolwiek odnośnie szczegółów tej opowieści. Mogę tylko powiedzieć, że babcia często sama spaceruje.

Sędzia: Proszę usiąść, odczytamy fragmenty zeznań z postępowania przygotowawczego:

Jadwiga J. jest moją babcią, mieszka w Sosnowcu razem ze mną. Babcia chodzi na długie spacery, często sama. Znam sprawę Katarzyny W. z radia i z opowieści babci. Opowiadała mi kiedyś, że w parku widziała kobietę, która będąc z wózkiem (...) dziwnie się zachowywała. Kucała i zagrzebywała w liściach, rozglądając się przy tym. To wszystko, co o sprawie pamiętam. Babcia po doniesieniach medialnych zaczęła opowiadać, że coś jej się nie zgadza, że to mogło być inaczej, bo ona widziała kogoś w parku. Babcia to bardzo przeżyła, nie mogła spać. W ubiegłym tygodniu się dowiedziałem, że babci nie dawało to spokoju, poszła na policję złożyć wyjaśnienia. W telewizji jak widziała tą kobietę, to mówiła, że to ta, którą widziała w parku.

Paweł G.: Tak zeznawałem na tamtą chwilę. Wtedy jeszcze z babcią mieszkałem. Teraz nie pamiętam aż tylu szczegółów.

Obrońca: Czy jest pan w stanie odróżnić moment, gdy babcia mówiła o porwaniu a rzekomym zabójstwie dziecka?

Paweł G.: Na tą chwilę nie jestem w stanie powiedzieć, od kiedy babcia zaczęła mówić o zabójstwie dziecka. Na pewno nadmieniła o tym wcześniej, niż medialne przekazy.

Obrońca: Czy pamięta pan, kiedy babcia zaczęła kojarzyć kobietę z telewizji z tym, co widziała?

Paweł G.: Nie jestem w stanie ulokować tego w czasie. Nie oglądam telewizji zbyt dużo. Na pewno, gdy wizerunek oskarżonej pojawił się w mediach, babcia rozpoznała ją jako tą, którą widziała w parku.

Obrońca: Mówił pan, że nie ma kontaktu z babcią. Od kiedy?

Paweł G.: Ostatni kontakt miałem z babcią 5 lub 6 sierpnia ubiegłego roku, to były moje urodziny.

Sędzia: Dziękujemy panu. Do widzenia.

Sędzia: Staje świadek Natalia P., lat 23, zootechnik, zamieszkała w Sosnowcu, w stosunku do oskarżonej obca.

Natalia P.: Wiem, w jakiej sprawie jestem świadkiem. Z Katarzyną W. poznałyśmy się w szkole, utrzymywałyśmy kontakt jako przyjaciółki przez jakiś czas. W sprawie wiem tyle, ile oskarżona powiedziała mi w sposób dobrowolny, odpowiadając na moje pytania.

Sędzia: Jakie to były okoliczności?

Natalia P.: Po tej długoletniej przerwie, kiedy się nie widziałyśmy, odwiedzałam ją w szpitalu w Sosnowcu. Musiałam najpierw uzyskać zgodę, czy ona w ogóle chce mnie widzieć. Byłam zadowolona, że ona po tylu latach chce mnie zobaczyć. Odwiedzałam ją wielokrotnie, nawet trzy razy dziennie czasem, aż do momentu jak została wypisana do domu. Podczas tych naszych spotkań rozmawiałyśmy o tym, co kiedyś i o tym, co się wydarzyło. Z normalnej rozmowy wynikło, bo ja nie widziałam wcześniej nigdy tego dziecka, że oskarżona pokazała mi zdjęcia na swoim telefonie. Wtedy normalnie pytałam, jak to jest być mamą w tak młodym wieku, jak się sprawowało dziecko i czy to jest prawda, co wszyscy mówią? Ona wtedy patrząc mi w oczy powiedziała, że to był wypadek i córka jej wypadła. Potem już nie rozmawiałyśmy o tym, to nie był główny temat naszych spotkań i rozmów, ja nie chodziłam tam, żeby się czegoś dowiedzieć.

Sędzia: Czy ona opisywała ten wypadek? Jak do tego doszło?

Natalia P.: Przebieg zdarzenia opisywała mi w innym czasie, gdy się spotkałyśmy,

Sędzia: Jak ona to opisała?

Natalia P.: Mówiła, że wróciła do mieszkania z dzieckiem na ręku w kocyku i córka jej się wyślizgnęła upadając na próg. Mówiła też, że udzieliła jej pierwszej pomocy. Tylko tyle wiem o okolicznościach zajścia.

Sędzia: Czy mówiła, w jakich okolicznościach wróciła do mieszkania, w jakich okolicznościach, jak trzymała dziecko?

Natalia P.: Z tego, co mówiła, to ona szła do swojej mamy do mieszkania i zapomniała pampersów, więc wróciła się do swojego mieszkania, niosła dziecko po prawej stronie, owinięte w kocyk, twarzą dziecka do siebie.

Sędzia: Czy po wejściu do mieszkania, coś robiła, czy od razu jej upadło?

Natalia P.: Z rozmowy wywnioskowałam, nie znając układu mieszkania, że to zdarzenie miało miejsce, gdy przechodziła z jednego pokoju do drugiego.

Sędzia: Czy coś więcej mówiła, jak, dlaczego się wyślizgnęła z tego kocyka?

Natalia P.: Nie. Nic więcej nie mówiła.

Sędzia: Czy ona mówiła o czasokresie pobytu w tym mieszkaniu?

Natalia P.: Nie mówiła, jak długo przebywała w mieszkaniu pomiędzy tym, jak do niego wróciła, a tym jak je ponownie opuściła.

Sędzia: Czy mówiła, dlaczego to dziecko w ogóle jej wypadło?

Natalia P.: Nie. Że trzymała po prostu dziecko. Nie mówiła, czy wykonywała jakieś czynności wtedy.

Sędzia: Mówiła pani, że ona relacjonowała o pierwszej pomocy udzielonej dziecku. Czy coś mówiła o tym?

Natalia P.: Nie pytałam o to. Wiedziałam, że przeszłyśmy taki kurs w szkole. Nie pytałam o nic więcej, nie po to się z nią widywałam.

Sędzia: Kiedy był ten kurs?

Natalia P.: To było w liceum, jeszcze przed zmianą szkoły przez oskarżoną. To było sześć, siedem lat temu. To był kurs niecertyfikowany.

Sędzia: Czy pani byłaby w stanie udzielić pierwszej pomocy?

Natalia P.: W mojej ocenie nie byłabym w stanie udzielić niemowlęciu pierwszej pomocy.

Sędzia: Czy ten kurs obejmował też część z pomocy niemowlęciom?

Natalia P.: Tak. Uczono nas, że uciski są zupełnie inne, robi się je dwoma palcami, a nie dłonią jak u dorosłego. Takie uciski miały by mieć miejsce w przypadku, gdy niemowlę nie okazywałoby życia. Nie pamiętam, czy oprócz ucisków, jakaś metodyka postępowania była zalecana w trakcie tego kursu.

Sędzia: A w przypadku dorosłego? Czego uczono na kursie?

Natalia P.: Uczono nas, że trzeba 30 razy ucisnąć klatkę i zrobić dwa wdechy.

Sędzia: A jak wdychamy?

Natalia P.: Jeżeli chodzi o wdechy to uczono nas, że należy zatkać nos, ułożyć twarz do tyłu i wdychać równomiernie. Kurs obejmował także metodykę, co robić, kiedy górne drogi oddechowe byłyby zaślepione. Wówczas należałoby udrożnić je najpierw.

Sędzia: A co wtedy, gdy przedmiot jest niemożliwy do usunięcia?

Natalia P.: Nie można przeprowadzić sztucznego oddychania. Uczono nas też, że najpierw należy wezwać pogotowie, a dopiero potem, we własnym zakresie, prowadzić akcję reanimacyjną.

Sędzia: Czy coś jeszcze można zrobić w przypadku niedrożności dróg oddechowych?

Natalia P.: Mnie nic o tym nie wiadomo.

Sędzia: A ile trwał kurs, w jakim zakresie był?

Natalia P.: W ramach zajęć z Przysposobienia Obronnego w szkole.

Sędzia: Mówiła pani, że szczegółów nie opowiadała. A czy mówiła coś jeszcze? Czy zrealizowała ten priorytetowy z kursu przykaz o wezwaniu pogotowia?

Natalia P.: O nic więcej nie pytałam. Jak mówiła, że przeprowadziła tą pierwszą pomoc to tylko tyle. Nie mówiła nic o wzywaniu pogotowiu, nie mówiła, co potem robiła w mieszkaniu i jak długo w nim przebywała. Potem były już jawne informacje, że dziecko nie żyje i ja więcej o to nie pytałam.

Sędzia: Czy jeszcze czegoś ważnego się pani dowiedziała w szpitalu?

Natalia P.: Ja rozmawiałam z Katarzyną W. jeszcze z trzy, cztery razy o tej sprawie. Pytałam, czy na pewno wypadła jej Magda z rąk. Za każdym razem, potwierdzała, że tak, że to był wypadek. Żadnych innych informacji już nie zdobyłam.

Sędzia: Czy jeszcze coś pani wiadomo? Co było później po opuszczeniu szpitala?

Natalia P.: Ja ją odebrałam ze szpitala, pomogłam jej wyjechać po cichu. Zostawiłam ją w Sosnowcu, w żadnym konkretnym miejscu. Potem miałyśmy już tylko telefoniczny kontakt, głównie smsowy. Po jakichś dwóch tygodniach oskarżona zapytała, czy może mnie odwiedzić w Krakowie, ja się zgodziłam i przyjechała. Przyjechała na jeden dzień/noc, stwierdziłam, że to dobra okazja, by porozmawiać ponownie w zupełnie innym otoczeniu. Wieczorem wybrałyśmy się na krakowski rynek, ale w połowie trasy oskarżona powiedziała, że ma coś do załatwienia. W jednej z pizzerii spotkała się z dziennikarzem. Ja na własną rękę stwierdziłam, że to nie będzie dobre, przerwałam to spotkanie, przeniosłyśmy się w inne miejsce. Pytałam się jej, w jakim celu się spotkała. To była sprawa napisania książki - historii jej córki. Po czym usiadłyśmy w pubie, zamówiłyśmy piwo i jeszcze raz spytałam, czy na pewno Magda wypadła jej z rąk. Zapytałam ją, jak to jest zarabiać na śmierci własnego dziecka. Odpowiedziała mi, że z czegoś musi żyć. Na tym się rozmowa o zdarzeniu skończyła. Tego dnia już nie poruszałyśmy tego tematu.

Sędzia: Czy jeszcze jakieś informacje o tym zdarzeniu pani posiada?

Natalia P.: Na noc została u mnie. Zapytała, czy odwiozę ją na dworzec kolejowy. Odwiozłam ją, wsiadła w pociąg do Warszawy. Miałyśmy jeszcze kontakt smsowy, do 1 maja, w którym raz poprosiła mnie o sprawdzenie biletów lotniczych do Anglii. Spytałam dokąd, mówiła, że do Londynu. Podałam jej ceny przykładowe do Londynu. To był nasz ostatni kontakt. To wszystko, co wiem w sprawie.

Sędzia: Proszę usiąść, odczytamy fragmenty z postępowania przygotowawczego.

Znałam Katarzynę W. Od około 2003 roku chodziła ze mną do gimnazjum i liceum. Z tego, co pamiętam była moją dobrą koleżanką, przyjaciółką, widywałam się z nią często. Pamiętam, że w jej rodzinie nie działo się dobrze. Pamiętam, że była dobrą uczennicą, zdawała z paskiem. Potem w liceum zmieniła szkołę, dużo opuszczała. W moim odczuciu zmieniła się wtedy. Jeździła do Czeladzi, uczestniczyła w spotkaniach jakiejś grupy ludzi. Po zmianie szkoły, nasze kontakty się urwały praktycznie, kiedyś spotkałyśmy się na jakiejś imprezie naszych wspólnych znajomych. Kiedy byłam już na studiach, dowiedziałam się, że Katarzyna W. przyszła do mojej mamy celem pożyczenia pieniędzy. Z tego, co wiem, to tych pieniędzy nie oddała. Dowiedziałam się, że wyszła za mąż, ma dziecko. Potem spotkałyśmy się dopiero w święta wielkanocne ubiegłego roku . W szpitalu rozmawiałyśmy z Katarzyną W. i ona mówiła, że dziecko wypadło jej na ziemię i umarło. Mówiła, że udzielała pierwszej pomocy, ale nie udało się. Mówiła, że była wtedy sama w domu. Kiedy przekraczała jakiś próg dziecko miało jej wypaść. Kiedy grałyśmy w scrabble w szpitalu, to zszokowało mnie, że ona układała w szpitalu słowa związane ze śmiercią. Jak spotkałyśmy się w Krakowie, mówiła, że nie boi się policji. Mówiła, że nie mają dowodów i nie będą mieli. Dalej mówiła, że to był wypadek, a nikt nigdy nie dojdzie do tego, jak dziecko znalazło się w miejscu, gdzie znaleziono jej zwłoki. Spotkanie w Krakowie było ostatnim spotkaniem. Potem pisała tylko sms-y z prośbą o sprawdzenie biletów lotniczych do Londynu. Będąc w Krakowie, spotkała się z dziennikarzem. Pokazywała mi sms z kwotą 15 tysięcy złotych za wywiad. Mówiła, że podbijała cenę za wywiady i zdjęcia.

Sędzia: Czy tak pani zeznawała?

Natalia P.: Tak.

Sędzia: Odnośnie jej relacji o śmierci dziecka, czy ona mówiła, że dziecko jej wypadło, czy że dziecko poniosło śmierć w wyniku upadku?

Natalia P.: Z tego co pamiętam, mówiła, że dziecko wypadło i nie dawało oznak życia - mówiła wprost, że nie oddychało i że główka była bezwładna. Nie pamiętam, czy coś więcej mówiła o obrażeniach dziecka, o tym jak wyglądało po wypadku.

Prokurator: Chciałbym wrócić do kwestii kursu pierwszej pomocy. Czego jeszcze uczono was w przypadku pomocy niemowlęciu.

Natalia P.: W przypadku zakrztuszenia - odwrócenie go i ucisk.

Obrońca: Nie mam pytań.

Katarzyna W.: Nie mam pytań.

Sędzia: Dziękujemy za obecność. Zarządzam przerwę do 12.50.

Sędzia: Staje świadek pani Jadwiga J. lat 61, sprzedawca, zamieszkała w Sosnowcu, w stosunku do oskarżonej - obca.

Jadwiga J.: Wiem, w jakiej sprawie jestem świadkiem. Ja może zacznę od przygotowań do zbrodni, tak jak to było po kolei. Ja codziennie spaceruję dla utrzymania kondycji i zdrowia, ale do 16 godziny tylko. Po 16 sama z domu nie wychodzę, ewentualnie ze znajomymi, sama nigdy. Dość często spacerowałam dzielnicą Pogoń. Jestem świadkiem wiarygodnym.

Sędzia: To jest kwestia sądu. Poproszę o fakty.

Jadwiga J.: Spacerując, mijałam się z panem L., dnia 9 stycznia, to był poniedziałek, wiem, bo dostaję wtedy pieniądze. Przeszłam miastem do ulicy 3-go maja, weszłam na deptak, przeszłam tunelem, weszłam na ul. Żeromskiego, minęłam odrestaurowany pałacyk, szerokie wejście na podwórko, idąc lewą stroną, mijałam park. Słychać tam było grupę osób, która bardzo głośno się zachowuje. To zwróciło moją uwagę, bo osoby głośno się zachowywały, słychać było tłuczenie cegieł, śmiały się. Zwróciłam na to uwagę także dlatego, że przy ruinach stał wózek dziecięcy w jasnym kolorze. Była to grupa trzyosobowa. Jedna z nich ubrana była w zieloną kurtkę, jedna w czerwoną, najwyższy mężczyzna był ubrany w czarną kurtkę. Idąc dalej, minęłam bloki, przystanek autobusowy i schodkami weszłam do parku. Przede mną szedł pan, w czarnej kurtce, prowadząc pieska o ciemnej sierści. Schodząc z Górki, przez park, mijałam tą grupę, gdzie pracowała ta trzyosobowa grupa. Wśród tych osób była obecna tu oskarżona, rozpoznaję ją. Osoba w zielonej kurtce miała włosy kasztanowe, lekko podkręcone, była w jeansach. Chciałam nadmienić, że te ruiny, to była pozostałość dawnego biurowca kolei, były one z czerwonej cegły.

Sędzia: Czy pani jest znane miejsce, gdzie znaleziono zwłoki dziecka?

Jadwiga J.: Tak. I jedną z kobiet będących wtedy w parku na pewno była Katarzyna W.

Sędzia: Co dalej?

Jadwiga J.: Mijając ruiny zobaczyłam wózek stojący przy krzakach na ścieżkach i widziałam dziecko. Chciałam też powiedzieć, że widziałam tam trzy osoby. Wózek był kolorem jasnocytrynowy, połączony z szarym. Kółka nieduże, oponki wąskie, pojedyncze. Widziałam także dziecko. Dziecko wyglądało źle, cera siwo blada, bardzo maleńka główeczka, chudziutka, kocyk koloru bladoróżowego.

To nie był ten wózek, jaki pokazano mi na dokumentacji zdjęciowej. Wracałam przechodząc koło parku około 14. W parku była cisza, nie było nikogo. Ja już wracałam do domu, a mieszkam niedaleko od ruin. Postanowiłam wstąpić tam i zobaczyć, co zrobiła ta trójka ludzi. Oni wyglądali na rodzinę, byli z wózkiem z małym dzieckiem. Podejrzewałam, że oni chcą otworzyć tam kiosk. Bardzo chciałam zobaczyć, co tam powstało. Stojąc na ścieżce zobaczyłam śmieci. Zdziwiłam się, że taki wielki wysiłek... - wyglądali, jakby równali teren. Byłam zaskoczona, bo nie zobaczyłam nic. To było klepisko, ze ścieżką od torów. Niczego tam nie zauważyłam, tam nic nie było zrobione. To wzbudziło moje podejrzenia, przecież ja nie jestem chora. Weszłam na ruiny, widziałam, że oni tłukli tam w cegły, tam musiało być coś zrobione. Jak weszłam, to było duże przeżycie. Zobaczyłam belki, ułożone w nieładzie, najdłuższa miała w sobie metalowy pręt. Oprócz tego był kamień, ogromny, wielkości 40 do 80 cm. Przed ścianą zobaczyłam dół, bardzo dokładnie wykopany, jak na cmentarzu. Podam wymiary, oczywiście szacunkowe: ok. 30 cm na 50cm, był dosyć głęboki ok. 50 cm. Dno było wyprofilowane, wykantowane, jak na cmentarzu na świeżo. Od ścieżki były koleiny od wózka, ślady od kółek, i te ślady zatrzymały się przed dołem, tam gdzie leżały śmieci. Te śmieci to: opakowanie po chrupkach, puste opakowanie po batoniku, puszki po piwie, leżało też tam dużo niedopałków. Pytałam wnuczka, co to mogą być za papierosy i piwa. Denerwuję się, zapomniałam, co ważnego miałam powiedzieć...

Obrońca: Może pani by chciała na siedząco zeznawać?

Jadwiga J.: Ale dlaczego, bo co? Ja widzę, jak się pan tu śmieje podczas moich zeznań.

Sędzia: Oddalam wniosek panie mecenasie. Ten rów, dół był wykopany równo?

Jadwiga J.: Tak. Co jeszcze zauważyłam, nie było ziemi z tego dołu, na świeżo był ukopany stożek, a na wierzch porzucane były kawałki cegieł. To było wszystko świeże. Jak zobaczyłam ten dół, to pierwsze wrażenie moje było takie, "czyżby te pierońskie meliniarze chcieli zakopać tu dziecko?!"

Jadwiga J.: Zauważyłam też na miejscu szpadel.

Sędzia: Czy spośród tych trzech osób, bo jedną pani tylko wskazała - Katarzynę W. - czy którąś jeszcze osobę pani rozpoznaje?

Jadwiga J.: Oczywiście. Ale ja mam tak powiedzieć? Bez ochrony? Ona ma taką ochronę, a ja co? Ja się czuję zagrożona. Ja rozpoznaję te osoby, ja te osoby widywałam i widuję wciąż. Rozpoznaję je po ubraniach, rysach twarzy, ale nie chcę ich ujawniać, boję się. Wszyscy mieszkamy w Sosnowcu, w niedalekiej okolicy, obawiam się o zdrowie swoje i swojej rodziny.

Sędzia: Dobrze, proszę zaczekać. [konsultacja składu sędziowskiego] Proszę kontynuować.

Jadwiga J.: Katarzynę W. i tamte pozostałe osoby poznałam na pogrzebie dziecka, jak wchodzili do samochodu dużego z przyciemnianymi szybami. Była tam pani policjantka, do niej mówiłam, że ja rozpoznaję te osoby, ale nie mówiłam, z jakiej sytuacji.

Sędzia: Co jeszcze pani wiadomo?

Jadwiga J.: A czym sąd byłby zainteresowany?

Sędzia: Wszystko, co wiążę się ze sprawą śmierci Magdy W.

Jadwiga J.: Ja spaceruję dużo. Był środek tygodnia, godziny przedpołudniowe, przeszłam miastem do ul. 3-go maja, weszłam na deptak, potem tunelem i usłyszałam, jak bardzo szybko jedzie za mną wózkiem młoda kobieta. Zeszłam na drugą stronę i czekałam aż przejedzie. Jak się obejrzałam, kobieta była ubrana w zieloną kurtkę, wózek jasnocytrynowy, dziecko było nakryte kocykiem różowym. Dziecko miało na sobie czapkę bawełnianą, szyję na wierzchu. Wszystko wyglądało tak samo, jak wtedy na ruinach 9 stycznia. Zwróciłam uwagę na nią dlatego, że kobieta spojrzała na mnie z taką nienawiścią i agresją, że aż mnie przeszyło. Jadąc wózkiem paliła papierosa i dmuchała na dziecko. Pomyślałam, jakie biedne są dzieci przy takich matkach. Kobieta nerwowo przejechała, a głowa dziecka obijała się o krawędzie wózka. Nie pamiętam, co to był za dzień, ale to środek tygodnia był, tego w stycznia, co widziałam zdarzenie w parku. Były to godziny południowe. Kobieta skręciła w podwórko, na stronę lewą. Widziałam, że pojechała wprost do ruin z tym dzieckiem. Potem mijałyśmy się jeszcze raz, nie wiem, kiedy dokładnie, ale po niedzieli. Była godz. ok. 13, ja przeszłam miastem dookoła. Widziałam, jak tunelem wyjeżdża ta sama kobieta, ten sam wózek, wszystko to samo. Ja tylko pomyślałam, co ta kobieta będzie robiła z tym dzieckiem na tych ruinach? Chciałam dodać, że przejeżdżając zobaczyłam, że dziecko wyglądało, jakby było bez życia. Widać było dziąsełko jego, wargi jego były sine. Te wszystkie jej wyjaśnienia, są nic nie warte. Ona wie, że ja mówię prawdę, potrafię to wszystko opisać ze szczegółami. Na policji powiedziałam, że na wózku nie było żadnych toreb, za pierwszym razem nie zauważyłam po prostu. Za drugim razem, miała białą reklamówkę zużytą i torbę damską. To były te nasze spotkania, gdy mijaliśmy się.

Sędzia: Co jeszcze pani wiadomo?

Jadwiga J.: Teraz przejdę do dnia, który tak mną wstrząsnął, że ciężko mi do dziś. Był 20 stycznia, pogoda była fatalna. Tego dnia zrobiłam zakupy na weekend, miałam nigdzie nie wychodzić ze względu na pogodę. Nabrałam strasznej ochoty, żeby wyjść na godzinę. Było ok. 14, wyszłam z domu. Przeszłam kilkoma ulicami, skierowałam się do ul. 3-go maja, i szłam jak zwykle tą samą trasą. Będąc już prawie za parkiem, pogoda się jeszcze pogorszyła, było wręcz ciemno. Spojrzałam na zegarek, wiedziałam, że muszę skrócić drogę przez park. Weszłam schodkami przed blokami, w górę parku, zobaczyłam samotnie stojący wózek dziecięcy w jasnym kolorze, gdy schodziłam z górki, wózek był odwrócony tyłem, w znacznej odległości. Po lewej stronie, stała kobieta. Była bez nakrycia głowy, włosy kasztanowe. Na rękach miała czarne rękawiczki, buty sportowe, jasne. Jak mnie zobaczyła, zaczęła tak nagarniać nogą, jakby szukała czegoś, udawała, że jest czymś zainteresowana. Obserwowałyśmy się nawzajem, a ona wykonywała dziwne ruchy rąk, tak jakby rozprostowywała palce. Ona była zmieszana, zakłopotana, że mnie widziała. Nikt wtedy nie szedł parkiem, pogoda była fatalna. Co się rzucało w oczy: każda matka, w taką pogodę ucieka z wózkiem do domu, a ona nie dość, że wózek stoi sam, to sprawiała wrażenie, że czeka na kogoś albo czekała, aż się jeszcze bardziej ściemni. Weszłam na ścieżkę prowadzącą do ul. Orlej. Wówczas wózek widziałam z przodu, co było ciekawe, co rzucało się w oczy. Wózek przykryty był ceratką, środek wózka był sterczący, a boki wózka zapadnięte. Oglądałam się dyskretnie, ale ona robiła ciągle to samo. Zastanawiałam się, czy podejść, czy spytać, czy coś się stało. Ale przestraszyłam się, bałam się tej jej nerwowości. Ona wyglądała dziwnie, zachowywała się nerwowo. Wyczuwałam intuicyjnie, że ona chciała zrobić coś z dzieckiem. Chciałam zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Wiedziałam, że coś takiego mnie spotkało, z zaskoczenia, ale nie zdawałam sobie wtedy sprawy, czego to zdarzenie może dotyczyć. Przeszłam do parku, zatrzymałam się, bo chciałam zobaczyć, co będzie robiła. Zaczekałam chwilę, a potem poszłam ul. Orlą za przystanek autobusowy. Byłam wtedy z boku stadionu (...). Widoczna była dolna część parku, ta strona była nieoświetlona. Stojąc na górce, zauważyłam między drzewami, za śmietnikami ogrodzonymi siatką, tył wózka dziecięcego, tzn. wózek był tyłem do ścieżki. Koło wózka ktoś się poruszał, nie było widać twarzy, nie było widać, kto to jest. Od strony torów był prześwit, widać było, jak zielona kurtka przemieszczała się od strony lewej w stronę krzaków. Po chwili nie było widać już nic. A jeszcze sobie przypomniałam, jak ktoś odszedł od wózka, w tym prześwicie widać było że coś niosła, coś trzymała, ale nie widać było, co to. W tym dniu ubrana byłam w białą kurtkę, czarne spodnie, długi szalik. Wydaje mi się , że portret pamięciowy porywacza był sugerowany moim wyglądem. Przyszłam do domu i opowiedziałam to wnuczkowi, który akurat wrócił z pracy. On się zdenerwował na mnie, bo ja cały czas mu o tym wałkowałam. Fakt, on dużo pracował, chciał odpocząć. Wnuczek się zdenerwował i mi powiedział, że to niemożliwe, co ja mówię, jakie dziecko. On mi nie uwierzył, że ktoś coś mógłby zrobić z dzieckiem w parku.

Jadwiga J.: Ogłoszenie porwania dziecka miało miejsce we wtorek. Ja wtedy poszłam ze znajomą na spacer, chciałyśmy zobaczyć to miejsce, gdzie miało dojść (...). Już wtedy nam się nie podobała ta wersja z porwaniem. Mówiłyśmy, że z dzieckiem zrobiła coś matka albo je sprzedała. Ja jej mówiłam, że coś dziwnego, niepokojącego widziałam, ale prawie tydzień temu w parku przy Żeromskiego. Porównywałam sobie tą dziewczynę i ten wózek, z tym, co pokazywali. Nic się nie pokrywało, ona od początku nie mówiła grama prawdy. Począwszy od pierwszych zdań i słów ja tą sprawą żyję, od początku śledzę ją.

Sędzia: Czy zna pani rodzinę oskarżonej?

Jadwiga J.: Nie znam osobiście tej rodziny. Ale słyszałam o niej dużo. Ja widząc tak dużo, nie poszłam na policję, bo to się nie trzymało całości. Był dzień 21 stycznia, wnuczek odsypiał, powiedziałam mu, że idę do parku. Było po godz. 9 kilka minut. W nocy nie spałam, nie mogłam. Wyszłam z domu, pogoda znów była fatalna. Dochodząc do krzaków przed ruinami usłyszałam, że zamiauczał maleńki kotek, wpadłam na ruiny, szukałam kotka tam, wołałam go. To działo się szybko, ja też się bałam. Kotka nie było, ale zobaczyłam miejsce, które wydało mi się dziwne: widać tam było wyklepane miejsce, wyrównane. Wydało mi się dziwne, że wystawały końcówki listków i kawałki cegły, wszystko było wklepane. Tamten dół, który widziałam 9 stycznia był pusty i nienaruszony. Wtedy pomyślałam, że tutaj zostało zakopane dziecko. Bardzo się przestraszyłam, z powrotem pobiegłam górką do ul. Orlej i wiaduktem przyszłam do domu.

Sędzia: Co jeszcze?

Jadwiga J.: Były przygotowania do pogrzebu dziecka. Ja widząc te zdarzenia w parku w ogóle mi się to nie zgadzało, uważam, że proces powinien się zacząć od prawdy. Postanowiłam napisać anonim. Data jest podawana kłamliwie przez nią, bo ja widziałam, co stało się 20 stycznia. Widziałam ją w prześwicie i wózek, ale na pewno nie ten, który pokazano mi tu dziś na zdjęciu. Porównując to, co widziałam z jej relacją, postanowiłam napisać anonim. Pomyślałam tak: może znajdzie się choć jedna osoba, która się zainteresuje tą datą, którą napisałam. Napisałam, że dochodzenie mogło potoczyć się bardzo szybko, gdyby sprawdzono przez biegłego, czy matka mówi prawdę. U mnie wyglądało na to, że (...) ktoś się odważył zrobić coś z dzieckiem.

Sędzia: Czy widziała pani, jak Katarzyna W. chowała zwłoki dziecka?

Jadwiga J.: Ja widziałam kogoś w zielonej kurtce na miejscu. Nie widziałam, że ktoś niósł dziecko do dołu.

Sędzia: Czy coś jeszcze pani wiadomo, czy coś pani widziała?

Jadwiga J.: Podczas pogrzebu widziałam Katarzynę W. w towarzystwie Rutkowskiego. Widziałam też inne osoby, które widziałam wtedy na ruinach. W telewizji była pokazywana trójka osób, które uciekły na działki, to były te trzy osoby, które ja widziałam pracujące w ruinach i co wykopały ten dół. Teraz przypominam sobie jeszcze rozmowę ze znajomą. Wówczas, gdy spacerowałyśmy nad tą wodą, powiedziała mi tak: matka Katarzyny W. przyszła do pracy i opowiadała, że 24 stycznia dziecko z wózkiem i Katarzyną W. czekali, a mąż poszedł po węgiel. Te dowody, które ja posiadam [świadczą], że stało się to 20 stycznia, a nie 24 jak utrzymuje ona i jej rodzina.

(...)

Sędzia odczytuje fragmenty zeznań Jadwigi J. z postępowania przygotowawczego.

Jadwiga J.: Podtrzymuję wszystkie zeznania, które złożyła, ale chciałam uzupełnić te zeznania, wysyłałam w tej sprawie już pisma nawet. To nie jest ten wózek, który widziałam (po okazaniu przez sąd zdjęć).

Jadwiga J.: (...) wiedziałam, że ich spotkam, rozpoznałam ich już na pogrzebie, dopiero teraz, gdy upewniłam się, kto to jest, mogę to powiedzieć. Ja nie mogłabym kogoś skrzywdzić.

Prokurator: Nie mam pytań.

Obrońca: Ja również.

Katarzyna W.: Nie mam pytań.

Sędzia: Bardzo pani dziękujemy za obecność.

Prokurator: Czy będzie odtwarzany eksperyment z udziałem świadka?

Sędzia: No jednak nie. Nie wnosi to nic nowego.

Sędzia: Następny termin – 7 maj. Będzie pan Tomasz M., będzie przesłuchanie Bartłomieja W. oraz pozostałych świadków: Heleny W., Tadeusza W., Pauliny B., Mateusza C. Plan może być napięty. To będą członkowie rodziny, powinowaci, więc jeśli będą się tego domagać, sąd może wnieść o wyłączenie jawności.

Kolejny termin to przesłuchania państwa C.. Wrócimy do przesłuchania pani G., pana Dz. Na 12 maja zostali wezwani brat oskarżonej i jej ojciec.

Na czerwiec będziemy planować przesłuchanie biegłych. Na dziś to wszystko, przerywam rozprawę do 7 maja do 9.30. Do widzenia.

Autor: abs/k / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: tvn24