Patologie systemu gospodarki odpadami. Tak zatruwa się polską branżę śmieciową

FIKCYJNE ODPADY I MILIARD OD MINISTRA
Tak przyłapaliśmy odpadowych oszustów na gorącym uczynku
Źródło wideo: Superwizjer TVN
Źródło zdj. gł.: Superwizjer
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Na papierze wszystko się zgadza, w rzeczywistości odpady często znikają tylko z dokumentów. Fikcyjny obrót śmieciami stał się ważnym elementem przestępczego procederu, którego skutki widać w całej Polsce: od nielegalnych składowisk po toksyny przedostające się do ziemi i płonące wysypiska. Fałszowanie dokumentów recyklingowych ujawnione przez "Superwizjer" TVN to kolejny przykład patologii, które od lat pokazujemy i opisujemy.

Reporter "Superwizjera" TVN Filip Folczak ujawnił proceder fikcyjnego obrotu odpadami. Jak ustalił, w fałszowanie dokumentów związanych z recyklingiem zaangażowane są spółki wchodzące w skład wielkiej korporacji odpadowej Elemental Holding SA (z siedzibą w Luksemburgu).

Po opublikowaniu reportażu spółka opublikowała oświadczenie >>> Fikcyjne odpady i miliardy od ministra. Spółka Elemental Holding komentuje >>>

Filip Folczak wyśledził i nagrał ciężarówki, które zgodnie z rejestrami miały transportować odpady, a w praktyce były puste lub nie były rozładowywane ani ładowane nowymi odpadami.

OGLĄDAJ: "Fikcyjne odpady i miliard od ministra". Zobacz reportaż
superwizjer
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Według ustaleń dziennikarzy TVN24 z 2023 roku w Polsce istniały co najmniej 424 nielegalne składowiska odpadów niebezpiecznych. W roku 2024 wiceministra klimatu i środowiska Anita Sowińska informowała, że według danych Inspekcji Ochrony Środowiska w kraju mamy 311 "miejsc porzucenia odpadów mogących stanowić szczególne zagrożenie". Rok później szefowa MKiŚ Paulina Hennig-Kloska przekazała informację o ponad 200 nielegalnych składowiskach toksycznych odpadów.

Mechanizm powstawania takich składowisk jest powtarzalny. Działkę wynajmuje "słup", zwożone są śmieci, beneficjent przestępczego procederu znika, a "słup" zostaje z problemem sam. A wraz z nim państwo, samorząd i mieszkańcy.

Przez lata dziennikarze TVN24 i tvn24.pl tropili śmieciowe przestępstwa w całej Polsce. Ich ustalenia niejednokrotnie skłaniały instytucje publiczne do podejmowania bardziej zdecydowanych działań. Przypominamy niektóre z tych śledztw.

"Wody czerwone". Duże dziennikarskie śledztwo

Na wielu takich działkach nasi reporterzy Olga Orzechowska, Filip Folczak i Wojciech Bojanowski odkryli odpady, które powstają w trakcie produkcji trotylu (TNT). Swoje ustalenia przedstawili w materiale "Wody czerwone" - bo właśnie tak nazywają się te poprodukcyjne toksyny. W Polsce produkuje je tylko jedna spółka: Nitro-Chem w Bydgoszczy.

- Zorientowaliśmy się, że w całej Polsce nagle, koło roku 2017, zaczęło powstawać mnóstwo nielegalnych składowisk odpadów. To są takie charakterystyczne baniaki z chemią. Nie wiadomo było, co tam jest, nie wiadomo, kto za to odpowiada - opisywał Wojciech Bojanowski. Fakt, że państwo jest w starciu z odpadowym procederem praktycznie bezradne, potwierdzały ustalenia Najwyższej Izby Kontroli.

Po publikacji reportażu "Wody czerwone" ówczesny prezes Nitro-Chemu Rafał Mendlik w rozmowie z reporterem TVN24 Mariuszem Sidorkiewiczem zadeklarował, że spółka zutylizuje na własny koszt odpady niebezpieczne po produkcji trotylu, które znalazły się na nielegalnych składowiskach.

OGLĄDAJ: Wody czerwone. Kto zapłaci za odpady z fabryki trotylu?
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Odpady po produkcji trotylu pod Warszawą

Niedługo po emisji reportażu dziennikarze TVN24 w Rojkowie w okolicach Warszawy ujawnili kolejne miejsca, w których zalegały odpady m.in. po produkcji trotylu. Jak informowali wówczas dziennikarze, w postępowaniu w sprawie nielegalnego zrzutu odpadów, m.in. w Rojkowie, prokuratura postawiła zarzuty kilkunastu osobom.

Porzucone substancje dziennikarze znaleźli też w Nowym Prażmowie niedaleko Warszawy. Odkryli tam halę od ziemi po sufit wypchaną zbiornikami z chemią. Choć prokuratura w Piasecznie nakazała w 2020 roku "niezwłocznie" przekazać odpady "do licencjonowanego zakładu zajmującego się utylizacją odpadów niebezpiecznych", to trzy lata później nadal stały w miejscu. Wywieziono je dopiero w grudniu 2024.

"Wody skażone trotylem" w Bydgoszczy

Parę lat wcześniej dziennikarze "Superwizjera" TVN pokazali w reportażu "Wody skażone trotylem", że w wodach gruntowych w części Bydgoszczy znajduje się TNT i inne materiały wybuchowe. Trotyl odkryto podczas badań ścieków z zakładów Nitro-Chem zleconych przez miejską oczyszczalnię. Znaleziono go między innymi w wodach gruntowych na Osiedlu Łęgnowo. Ale jego mieszkańcy od dawna wiedzieli, że żyją na zatrutej ziemi, bo na terenie nieodległych Zakładów Chemicznych Zachem składowano tysiące ton toksycznych substancji. Latami przenikały one do gleby, wpływały pod domy, działki i pola uprawne.

Choć problem z terenami po Zachemie znany jest od lat, trwają dopiero badania zanieczyszczeń. Koszt oczyszczenia skażonego terenu ma iść w miliardy złotych, dlatego - jak informowaliśmy w 2025 roku - miasto nie jest w stanie wziąć na siebie takiego wydatku.

Toksyczny teren po Zakładach "Boruta" w Zgierzu

W załączniku do ustawy o wielkoobszarowych terenach zdegradowanych, która weszła w życie w 2023 roku, wskazano pięć miejsc, z którymi należy zrobić porządek.

Oprócz składowiska po Zachemie na liście znalazły się tereny dawnych zakładów chemicznych w Jaworznie i Tarnowskich Górach (Śląskie), tereny dawnych Zakładów Włókien Chemicznych "Chemitex-Wistom" w Tomaszowie Mazowieckim (Łódzkie) oraz tereny po dawnych Zakładach Przemysłu Barwników "Boruta" w Zgierzu. Problem tego ostatniego szeroko opisywał na łamach tvn24.pl nasz dziennikarz Piotr Krysztofiak.

- Gdyby ktoś zdecydował się na odkrycie tego i wywóz tych odpadów na przykład do spalarni, to trzeba by było ewakuować cały Zgierz i pół Łodzi - tak o tym miejscu mówił reporterowi jeden z inspektorów ochrony środowiska. Według szacunków z 2024 roku na 16 hektarach terenu mogło zalegać od 650 do nawet 800 tysięcy ton odpadów różnego rodzaju, w tym niebezpiecznych. Znaczącym problemem przez lata były toksyczne "gejzery".

24 czerwca 2026 roku zgierscy urzędnicy poinformowali, że "jako jeden z pierwszych" spośród pięciu wskazanych w specustawie samorządów przedstawili wyniki badań, które mają być bazą pod przygotowanie "pełnego programu rekultywacji" terenów po Zakładach "Boruta". "Plan poprawy stanu środowiska" ma być gotowy we wrześniu. Nie wiadomo jednak, kiedy zostanie wcielony w życie.

Już wcześniej - w maju i czerwcu - firma, z którą urząd podpisał umowę, utylizowała około 1500 ton nielegalnie składowanych odpadów azbestowych. - To jest nic, kropla w morzu potrzeb - ocenia Piotr Krysztofiak. - Prywatny przedsiębiorca wwoził tam wszystko, co się dało. Przez to, że jest tam głęboko zakopana chemia, przemieszana z innymi odpadami, dochodzi tam do samozapłonów i wybuchów "gejzerów". Było w tej sprawie prowadzone śledztwo, ale spełzło na niczym. Nikt nie poniósł konsekwencji - mówi dziennikarz tvn24.pl.

W województwie łódzkim znajduje się też składowisko odpadów w Rogowcu, gdzie na początku sierpnia 2026 roku policja, prokuratura i biegli oceniali skalę zagrożenia z pomocą specjalistycznego sprzętu.

Jak informował Krysztofiak, to jedno z największych składowisk odpadów niebezpiecznych w Europie. Zgromadzono tam ponad 50 tysięcy ton chemikaliów.

"Wojny śmieciowe" i toksyczne składowisko na Dolnym Śląsku

Przestępczą stronę branży odpadowej odsłaniali w reportażu "Superwizjera" TVN "Wojny śmieciowe" Maciej Kuciel i Marcin Rybak ("Gazeta Wyborcza"). Dziennikarze ujawnili, że szef firmy zarządzająca nielegalnym wysypiskiem przy ulicy Szczecińskiej we Wrocławiu - podpalonym w grudniu 2018 roku - spotykał się na meczach żużlowych m.in. z szefami firmy Chemeko. To ta spółka dostarczała odpady, które znaleziono na składowisku.

Według ustaleń dziennikarzy dwa miesiące przed pożarem prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie nielegalnego wysypiska, uznając, że nie zagraża ono środowisku. Nic nie dawały także kontrole Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Przedstawiciele WIOŚ ukrywali przed dziennikarzami współpracę biznesową szefa nielegalnego wysypiska z firmą Chemeko, zaczerniając w udostępnionych protokołach nazwę spółki.

OGLĄDAJ: Wojny śmieciowe
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Wcześniej WIOŚ utajnił wyniki kontroli składowiska Chemeko w Rudnej Wielkiej na Dolnym Śląsku, co również opisali dziennikarze "Superwizjera" TVN i "Wyborczej". Mieszkańcy protestowali przeciwko działalności tego składowiska, domagając się publikacji wyników przeprowadzonych badań. W 2022 roku, jak donosiła "Gazeta Wyborcza", w związku z działalnością wysypiska zarzuty usłyszały trzy osoby, w tym dwie związane z firmą Chemeko. Trzecia to były pracownik Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska.

W 2024 roku Prokuratura Regionalna w Łodzi poleciła policjantom z CBŚP zatrzymać trzy inne osoby, w tym dwie zatrudnione wówczas w Chemeko oraz byłą pracownicę firmy. Cała trójka usłyszała zarzuty związane z działalnością w grupie przestępczej i poświadczania nieprawdy w "kartach przekazania odpadów" - pisała  "Wyborcza". Chemeko poinformowało wówczas, że "nie jest stroną" w śledztwie łódzkiej prokuratury.

Łódzka prokuratura w kwietniu 2025 roku informowała o prowadzonych dwóch śledztwach w sprawie mafii śmieciowych. Nie ujawniła, o działalność których spółek chodzi. Wskazywano jednak, że to przestępstwa polegające na "fikcyjnym obrocie odpadami, wystawianiu i posługiwaniu się nierzetelnymi Kartami Przekazania Odpadów, dotyczącymi faktycznego miejsca magazynowania i przekazywania odpadów, w tym niebezpiecznych i rakotwórczych, a także przestępstw skarbowych".

Przykłady? W powiecie lubińskim na Dolnym Śląsku ujawniono odpady komunalne, budowlane, a także niebezpieczne. Były zakopane pod warstwą betonu.

W okolicach Legnicy znaleziono toksyczne odpady z oznaczeniami z innych krajów, co sugerowało, że pochodzą z zagranicy.

Z kolei niedaleko Wrocławia zabezpieczono mauzery z cieczami i szlamem.

"W każdej z tych lokalizacji potwierdzono obecność substancji szczególnie niebezpiecznych, takich jak rozpuszczalniki organiczne, żywice i związki ropopochodne" - informowała prokuratura.

Śmieciowa "dziura w ziemi" pod Warszawą. Osiem lat dziennikarskiego śledztwa

Śmieci powinny trafiać do wyspecjalizowanych zakładów, które powinny sortować je na poszczególne kategorie. To, czego nie można przetworzyć, powinno trafiać do spalarni lub na odpowiednio zabezpieczone składowisko odpadów. Nie zawsze tak się dzieje. Wojciech Bojanowski w reportażu "Umowa śmieciowa" w TVN24+ ujawnił, że jedna z warszawskich firm wywozi odpady i nielegalnie składuje je w "dziurze w ziemi" niedaleko stolicy.

Autor reportażu wykazał, że w wodzie w jednej ze studni nieopodal składowiska znajdowały się pochodne leków psychotropowych, składniki płynu do chłodnic i inne chemikalia. Według dziennikarza osoby czerpiące korzyść z tego procederu mogły zarobić jednej nocy nawet około 100 tysięcy złotych.

Bojanowski poinformował, że ustalenia z reportażu zostały przekazane Głównemu Inspektorowi Ochrony Środowiska i urzędowi miasta. Dziennikarz rozpracowywał proceder osiem lat. Pokazał bezradność organów państwowych i samorządowych, których kontrole nie wykazywały znaczących nieprawidłowości.

OGLĄDAJ: Proceder, który śledzimy od ośmiu lat. "Ktoś zarabia tutaj setki tysięcy złotych"
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Zignorowany problem wysypiska w Przylepie

Politycy zaczynają przejmować się nielegalnymi składowiskami zazwyczaj wtedy, gdy któreś z nich zacznie płonąć. W 2023 roku pożar toksycznych odpadów w Przylepie (części Zielonej Góry) gasiło blisko 400 strażaków i dwa samoloty.

Iga Dzieciuchowicz opisała w tvn24.pl, jak mieszkańcy wcześniej prosili o pomoc różne instytucje, w tym władze miasta, nie otrzymując jednak żadnego konkretnego wsparcia. Jak ujawniła dziennikarka, służby takie jak Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska czy sanepid oraz przedstawiciele miasta pojawiali się na miejscu, ale nie doprowadzili do utylizacji odpadów.

Aż doszło do pożaru.

"Wszystkie odpady niebezpieczne zostały już usunięte, a miasto konsekwentnie realizuje kolejne etapy - od monitoringu wód podziemnych po przygotowanie planu remediacji terenu" - przekazał nam teraz prezydent Zielonej Góry Marcin Pabierowski, pełniący funkcję od 2024 roku.

Jak wyjaśnił w odpowiedzi na nasze pytania przedstawiciel urzędu miasta Mirosław Gancarz, z terenu, na którym doszło do pożaru, wywieziono i unieszkodliwiono ponad 2430 ton odpadów. "W kolejnym etapie usunięto również odpady powstałe w wyniku pożaru i akcji gaśniczej, zalegające na działkach sąsiednich" - dodał Gancarz, informując, że chodzi o kolejne 460 ton pozostałości. Prace zakończono w czerwcu 2025 roku.

Urzędnik poinformował, że "po serii badań środowiskowych, raport z badań szczegółowych wraz z Projektem Planu Remediacji został dostarczony Miastu 13 lipca 2026 roku i jest obecnie weryfikowany". Po jego zatwierdzeniu "ogłoszony zostanie przetarg na wykonanie właściwej remediacji terenu", czyli "oczyszczania gleby i wód gruntowych".

Choć zebrane w tej sprawie materiały wskazywały na podpalenie, to - jak informowaliśmy w maju 2026 roku - dwa z trzech wątków śledztwa w tej sprawie zostały umorzone "z powodu niewykrycia sprawcy". Jedyny wątek wciąż rozpatrywany w tej sprawie przez prokuraturę dotyczy odpowiedzialności byłego prezydenta miasta Janusza Kubickiego w zakresie niewykonania nakazu usunięcia odpadów z hali.

Duże śledztwo w sprawie mafii śmieciowej

Informując o patologiach w gospodarowaniu odpadami, nie sposób nie wspomnieć o śledztwie prokuratury w sprawie mafii śmieciowej. A to rozrasta się z miesiąca na miesiąc. Jak przekazał nam prokurator Michał Binkiewicz z Prokuratury Regionalnej w Katowicach, do tej pory zarzuty usłyszało już 152 podejrzanych. "Ujawniono 56 lokalizacji z nielegalnymi odpadami, w tym odpadami niebezpiecznymi" - poinformował Binkiewicz.

Redagowała Tamara Barriga

Źródło: tvn24.pl
Czytaj także: