"Sprawy, które nie powinny ujrzeć światła dziennego". Potrzeba miesięcy trudnej, kosztownej pracy

TVN24 | Polska

Autor:
Maria
Mikołajewska,
asty,
kb//now
Źródło:
TVN24
Efekty pracy niezależnych dziennikarzyTVN24
wideo 2/7
TVN24Efekty pracy niezależnych dziennikarzy

Dziennikarze wielokrotnie udowodnili, że dzięki ich ciężkiej pracy na jaw wychodzą sprawy, które wielu chce ukryć. Reportaż "Don Stanislao" w TVN24, sprawa Tomasza Komendy, ujawniony przez tvn24.pl wyjazd dzieci byłej wicepremier Jadwigi Emilewicz na narty w czasie pandemii czy publikacja o skandalu z rządowym zamówieniem na respiratory to efekt setek godzin pracy dziennikarzy, nagrań, rozmów z informatorami, weryfikowania informacji, podróży.

Setki ukrywanych historii, tragedii ludzkich i przestępstw, których nie ujawniły nawet powołane do tego służby wyszły na jaw dzięki dobremu dziennikarstwu. Bez niego widzowie "Superwizjera" nie dowiedzieliby się na przykład, że na stoły Polaków mogło trafiać mięso chorych, zamęczonych, nieprzebadanych zwierząt i najpewniej - gdyby nie reportaż - trafiałoby tam dalej.

- To był reportaż, który zajął nam dobrych kilka miesięcy, z czego trzy tygodnie były samej mojej pracy w ubojni - wspomina reporter "Superwizjera" Patryk Szczepaniak, autor reportażu "Chore bydło kupię". - Redakcja mogła sobie pozwolić na to, żeby mnie delegować na kilka ładnych tygodni do pracy zupełnie gdzie indziej, de facto nie wiedząc, co się ze mną dzieje. Ze mną tak naprawdę w mieście nieopodal był człowiek, który gdyby coś mi się działo, przyjechałby w każdej chwili - dodaje reporter.

OGLĄDAJ TVN24 W INTERNECIE NA TVN24 GO >>>

Handel chorymi i martwymi krowamiSuperwizjer TVN

"Ta sprawa tak naprawdę nie pasowała nikomu"

Tematy, które przygotowywane są w redakcjach programów śledczych, to efekt wielomiesięcznej, a czasem wieloletniej pracy dziennikarzy. Śledztwo często zaczyna się od sygnału, informacji od informatora - podejrzenia, że dzieje się coś, o czym powinni wiedzieć widzowie. Ale to tylko początek, bo potwierdzenie informacji, dotarcie do rozmówców, nakłonienie do spotkania i konfrontacja z często negatywnymi bohaterami reportaży wymaga czasu, zaufania wydawców i pieniędzy.

- Sprawa Tomasza Komendy jest sprawą bardzo głośną, natomiast ona tak naprawdę nie pasowała nikomu. Ta sprawa tak naprawdę nie powinna ujrzeć światła dziennego. Mam nadzieję tylko taką, że dzięki temu, że pilnowałem tej sprawy, nie dało się jej "zamieść pod dywan" - przyznaje reporter "Superwizjera" i "Uwagi" TVN Grzegorz Głuszak, autor reportaży o Tomaszu Komendzie skazanym niesłusznie na więzienie za zbrodnię, której nie popełnił. Komenda spędził w więzieniu 18 lat.

ZOBACZ TAKŻE w TVN24 GO: Nowe życie Tomasza Komendy >>>

"Jak z Tomasza Komendy zrobiono mordercę". Reportaż "Superwizjera" tvn24

Dobre dziennikarstwo to bycie tam, gdzie dzieją się rzeczy, o których widzowie wiedzieć powinni. Nawet jeżeli wydarzenia mają miejsce daleko, a relacjonowanie ich wymaga pokaźnych środków finansowych.

Jedenaście lat temu, 10 kwietnia, ekipa TVN pojechała do Smoleńska, by relacjonować coroczne uroczystości państwowe. Zamiast tego poinformowała widzów o narodowej tragedii. - Trzeba w różne miejsca dojechać, trzeba rozmawiać z ludźmi. Niestety, często wiąże się to z kosztami i wydaje mi się, że bez odpowiedniego wsparcia nie bylibyśmy w stanie wykonać wielu zdjęć, jak chociażby zdjęcia wraku, które jako pierwsza telewizja na świecie wykonaliśmy - podkreśla Michał Szmitkowski, autor zdjęć po katastrofie smoleńskiej.

Dzięki zaangażowaniu zagranicznych korespondentów polski widz wie, co dzieje się na drugim końcu świata oraz co w tych wydarzeniach dotyczy naszego kraju. Tak było na przykład w Dover, gdzie Maciej Woroch pytał przede wszystkim o sytuację polskich kierowców.

- Bez pieniędzy nie dałoby się pojechać do Iraku, relacjonować tego, jak polscy żołnierze brali udział w operacji uwalniania tego kraju po upadku Saddama Husajna. Bez pieniędzy nie mógłbym pojechać do Libii, bo trzeba było zapłacić nie tylko za lot do Egiptu, ale za to, żeby ktoś chciał zawieźć mnie do Trypolisu, żebym mógł ostatecznie dotrzeć na egzekucję Muammara Kaddafiego. Żeby nasi widzowie mogli to zobaczyć ode mnie - mówi korespondent zagraniczny Maciej Woroch.

Sprawa Jadwigi Emilewicz

13 stycznia tego roku portal tvn24.pl ujawnił, że synowie byłej wicepremier Jadwigi Emilewicz, posłanki z klubu Prawa i Sprawiedliwości, wzięli udział w zgrupowaniu narciarskim jako zawodowi sportowcy, choć nie mieli odpowiednich licencji, które uprawniałyby ich do korzystania ze stoków narciarskich, zamkniętych w związku z epidemią. Licencje pojawiły się w wykazie Polskiego Związku Narciarskiego dopiero po tym, gdy dziennikarz tvn24.pl o nie zapytał. Do grupy osób uprawnionych do korzystania ze stoku została dopisana też sama była wicepremier Jadwiga Emilewicz.

Polski Związek Narciarski potwierdza: synowie Jadwigi Emilewicz jeździli bez licencji >>>

Emilewicz przeprasza za zimowy wypad na nartyTVN24

- Popełniłam błąd. Nie powinniśmy pojechać - przyznała potem Emilewicz w rozmowie z reporterami tvn24.pl. - Gdybym była przekonana, że moje dzieci od lat uprawiające narciarstwo nie mogą być wówczas na stoku, to nie zgodziłabym się, żeby trenowały na początku stycznia. Nie pomyślałam o konsekwencjach ani politycznych, ani społecznych, tylko o tym, że po raz pierwszy od bardzo dawna spędzamy razem czas - powiedziała. - To był błąd, za który bardzo przepraszam. Naszych dzieci nie powinno być na stoku, kiedy inni zostali w domach. I choć byłam przekonana, że jestem "w prawie", to od polityków oczekuje się więcej, a nam i naszym rodzinom wolno mniej. I słusznie - podkreśliła była wicepremier.

Skandal z zamówieniem na respiratory

Na tvn24.pl od czerwca piszemy również o skandalu z zamówieniem na respiratory. Ujawniliśmy, że 14 kwietnia ówczesny wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński podpisał umowę na dostawę 1241 respiratorów od firmy E&K. Firma E&K, należąca do znanego z handlu bronią Andrzeja Izdebskiego, zobowiązała się, że pierwsze urządzenia dostarczy jeszcze w kwietniu. W sumie całość dostaw miała zostać zrealizowana do 30 czerwca. Cieszyński zdecydował, żeby jeszcze tego samego dnia przelać na konto E&K zaliczkę: 35 mln euro, czyli 154 mln złotych, czyli ponad trzy czwarte z 200 mln zł, które miała dostać lubelska firma.

E&K nie dopełniała terminów dostaw, w końcu 30 czerwca udało jej się dostarczyć 60 respiratorów. 50 urządzeń niemieckiej marki Draeger, których początkowo nie było w umowie z MZ i 10 koreańskich mekicsów. W kolejnym tygodniu Andrzejowi Izdebskiemu udało się jeszcze dostarczyć 140 koreańskich respiratorów. Z dostawy pozostałego sprzętu nigdy nie  się wywiązał. 

Dziennikarz tvn24.pl dowiedział się w grudniu, że sąd na wniosek Skarbu Państwa wydał już dwa nakazy zapłaty dla spółki E&K, należącej do byłego handlarza bronią.

Na początku stycznia podczas posiedzenia komisji zdrowia w Sejmie minister Adam Niedzielski pytany przez posła Koalicji Obywatelskiej o rozliczenia z handlarzem bronią, odpowiedział, że na koncie Andrzeja Izdebskiego zabezpieczono już połowę kwoty, z której spłatą zalega biznesmen z Lublina.

CZYTAJ WIĘCEJ: Sąd nakazał handlarzowi bronią zapłacić 70 milionów złotych za niedostarczone respiratory >>>

Ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski, jak i Janusz Cieszyński odeszli z resortu w sierpniu zeszłego roku.

29 stycznia tego roku wicepremier Jarosław Kaczyński wydał oświadczenie w sprawie zakupu respiratorów w kwietniu 2020 roku. "Decyzja o skorzystaniu z firmy E&K została podjęta w oparciu o informacje przekazane przez służby specjalne, które nie dostrzegały przeciwwskazań do podjęcia takiej współpracy" - czytamy w oświadczeniu, opublikowanym na stronie kancelarii premiera.

CZYTAJ TAKŻE: Doniesienie do prokuratury na byłego ministra zdrowia i jego zastępcę >>>

Pancerny Marian i pokoje na godziny

We wrześniu 2019 roku w reportażu "Pancerny Marian i pokoje na godziny" Bertold Kittel z "Superwizjera" TVN przyjrzał się działalności prowadzonej w kamienicy w krakowskim Podgórzu, której właścicielem był Marian Banaś oraz oświadczeniom majątkowym składanym przez prezesa NIK. Bertold Kittel trafił na prowadzony w budynku hotel na godziny i spotkał przestępcę skazanego prawomocnym wyrokiem.

"Pancerny Marian i pokoje na godziny". Reportaż "Superwizjera"

Mężczyzna ten w obecności reportera odbył rozmowę telefoniczną, twierdząc, że rozmawia z Banasiem. Po publikacji reportażu prezes NIK przyznał, że rzeczywiście odebrał ten telefon, i tłumaczył, że wynajął kamienicę synowi tego mężczyzny. Zaprzeczał, jakoby był to jego bliski znajomy.

"Pancerny Marian i pokoje na godziny". Pierwsza część reportażu "Superwizjera"21.09.| Marian Banaś, niedawno został powołany na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli, a wcześniej był ministrem finansów i szefem Krajowej Administracji Skarbowej. Objęcie każdej z tych funkcji wiąże się z drobiazgową kontrolą służb specjalnych i jest przeznaczone tylko dla osób o nieposzlakowanej opinii. Dziennikarz "Superwizjera" Bertold Kittel przyjrzał się jego oświadczeniom majątkowym. Superwizjer TVN

Po emisji reportażu pojawiły się zarzuty, że Marian Banaś pobierał zbyt niski czynsz za najem kamienicy, by zmniejszyć w ten sposób wysokość koniecznych do zapłacenia podatków.

CBA poinformowało 16 października 2019 roku o zakończeniu trwającej od kwietnia kontroli oświadczeń majątkowych Banasia, obejmującej dokumenty złożone w latach 2015-2019, gdy był kolejno wiceministrem i ministrem finansów. Prezes NIK miał siedem dni na zgłoszenie uwag do ustaleń służb. Banaś oświadczył, że 16 października zakończył urlop bezpłatny i przystąpił do wykonywania obowiązków w NIK. Pod koniec października pismo z uwagami Banasia do zastrzeżeń CBA po kontroli jego oświadczeń majątkowych trafiło do Biura.

28 listopada prezes NIK został wezwany do rezygnacji na spotkaniu z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim i koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim. Dzień później NIK poinformowała w komunikacie, że decyzja o dymisji nie została podjęta. Tego samego dnia Centralne Biuro Antykorupcyjne skierowało do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Banasia.

Na początku grudnia 2019 roku Prokuratura Regionalna w Białymstoku wszczęła śledztwo dotyczące między innymi podejrzeń nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych i deklaracjach podatkowych Mariana Banasia.

CBA w mieszkaniu Mariana Banasia i siedzibie NIKTVN24

Co łączyło Mariana Banasia z krakowskimi przestępcami?

4 grudnia 2019 roku Marian Banaś oświadczył, że był gotów zrezygnować z funkcji prezesa NIK, ale stał się przedmiotem brutalnej gry politycznej i od złożenia rezygnacji odstąpił. Zapowiedział, że będzie kontynuował misję prezesa NIK w poczuciu odpowiedzialności. Zadeklarował też, że jest gotów odpowiedzieć na każde pytanie śledczych, a jeśli zajdzie potrzeba, zrzec się immunitetu przysługującego prezesowi NIK.

CZYTAJ WIĘCEJ: Marszałek Sejmu: Banaś nie podał się do dymisji, nie dostałam żadnego pisma

Marian Banaś wydał oświadczenie04.12 | Moja osoba stała się przedmiotem brutalnej gry politycznej - powiedział w oświadczeniu prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś, który potwierdził, że był gotów zrzec się swojego stanowiska. NIK

CZYTAJ RAPORT TVN24.PL: AFERA WOKÓŁ PREZESA NIK >>>

Śmierć w komisariacie

W maju 2017 roku po ujawnieniu przez "Superwizjer" TVN nagrania z kamery paralizatora, którego funkcjonariusze użyli wobec Stachowiaka na komisariacie, ówczesny minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak odwołał komendanta wojewódzkiego policji we Wrocławiu. Błaszczak polecił też, aby zwolnić ze służby funkcjonariusza, który użył wobec Stachowiaka paralizatora. Ujawnione w materiale "Superwizjera" fakty doprowadziły do dymisji w dolnośląskiej policji również zastępcy komendanta wojewódzkiego, odwołano też komendanta miejskiego i jego pierwszego zastępcę.

Igor Stachowiak zmarł w maju 2016 roku po zatrzymaniu i przewiezieniu na komisariat policji Wrocław-Stare Miasto. Według pierwszej opinii lekarzy przyczyną śmierci była ostra niewydolność krążeniowo-oddechowa. Tę samą przyczynę biegli medycy sądowi potwierdzili przed sądem. Zeznali, że Stachowiak był pod wpływem narkotyków i został kilkakrotnie rażony paralizatorem, a te czynniki w połączeniu doprowadziły do niewydolności.

IGOR STACHOWIAK ZMARŁ W KOMISARIACIE. REPORTAŻ

Igor Stachowiak zmarł po zatrzymaniu i przewiezieniu na komisariat policjiZostali skazani za przekroczenie uprawnień i znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem. Ale nie odpowiedzą za jego śmierć. Poznańska prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. Rodzice zmarłego zapowiadają odwołanie od tej decyzji.Superwizjer TVN

W czerwcu 2019 roku Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia uznał, że czterej byli policjanci: Łukasz R., Paweł G., Paweł P. i Adam W. są winni przekroczenia uprawnień i znęcania się nad Igorem Stachowiakiem.

19 lutego 2020 roku sąd apelacyjny utrzymał kary bezwzględnego więzienia dla wszystkich czterech oskarżonych. Wyroki są prawomocne. W ustnym uzasadnieniu wyroku sąd podkreślał, że oskarżeni swoim zachowaniem naruszyli godność i nietykalność Igora Stachowiaka. Zaznaczono, że "bezpośrednią przyczyną śmierci pokrzywdzonego była niewydolność krążeniowo-oddechowa, a nie użycie tasera".

Prokuratura Okręgowa w Poznaniu badała jeszcze wciąż, czy policjanci nieumyślnie doprowadzili swoimi działaniami do śmierci. W czerwcu 2020 roku poznańska prokuratura umorzyła to śledztwo.

Afera KNF

13 listopada 2018 roku w "Gazecie Wyborczej" ukazał się artykuł pod tytułem "40 milionów i nie będzie kłopotów". Jego tematem była rozmowa, w której ówczesny szef Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski oferował układ właścicielowi Getin Noble Banku Leszkowi Czarneckiemu. Ten ostatni twierdzi, że w zamian za przychylność szef KNF oczekiwał zatrudnienia wskazanego prawnika z wynagrodzeniem w wysokości około 40 milionów złotych. Osobą tą miał być Grzegorz Kowalczyk, radca prawny z Częstochowy. W 2013 roku wszedł do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych, formalnie zgłoszony przez Bank PKO BP.

KNF. AFERA RZĄDÓW PiS. CZYTAJ WIĘCEJ O SPRAWIE

Taśmy Kaczyńskiego

"Gazeta Wyborcza" 29 stycznia 2019 roku opublikowała stenogram nagrania rozmowy z udziałem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera. Tak zwane taśmy Kaczyńskiego dotyczą planów budowy w Warszawie biurowca przez powiązaną ze środowiskiem prezesa PiS spółkę Srebrna. Kaczyński wstrzymał inwestycję między innymi ze względu na nieprzychylność władz stolicy. Spółka Srebrna odmówiła zapłaty Austriakowi za wykonaną pracę.

Redakcja Magazynu TVN24 przygotowała kalendarium, które pokazuje, jak rozwijała się ta sprawa od stycznia do października 2019 roku i jak wyglądało jej polityczne tło.

"Taśmy Kaczyńskiego". Rozmowa prezesa PiS o wieżowcu w stolicyDwie wieże za miliard trzysta milionów złotych - biznesowy plan Jarosława Kaczyńskiego. Miały stanąć w Warszawie po tym, jak PiS miał wygrać wybory samorządowe w stolicy. Kredyt to żaden problem - kontrolowany przez państwo bank Pekao S.A. chętnie go udzieli. Z opublikowanych w "Gazecie Wyborczej" stenogramów wyłania się obraz zupełnie innego prezesa niż ten skromny pan z Żoliborza, który do polityki szedł nie dla pieniędzy. Fakty TVN

"Demokracja umiera w ciemności"

Do ważnych społecznie tematów, które obalają mity i wytykają błędy, potrzebni są wydawcy, skrupulatni dokumentaliści, prawnicy, operatorzy kamer i montażyści. Bez nich w "Czarno na białym" nie powstałby materiał, który poruszył międzynarodową opinię publiczną - "Don Stanislao". Na jego dalszy ciąg autor potrzebuje jeszcze więcej czasu, wsparcia i funduszy.

- Demokracja umiera w ciemności. Jeżeli będziemy wprowadzali ograniczone fazy zasilania dziennikarstwa, to ta ciemność będzie zapadała i będziemy na nią, niestety, skazani - uważa autor reportażu "Don Stanislao" Marcin Gutowski.

Rozmowa z Marcinem Gutowskim, autorem reportażu "Don Stanislao. Druga twarz kardynała Dziwisza"TVN24

Autor:Maria Mikołajewska, asty, kb//now

Źródło: TVN24

Tagi:
Raporty: