Do konkursu na prezesa IPN stanęła rekordowa liczba 10 osób. Kolegium IPN 14 kwietnia zarekomendowało na to stanowisko doktora Mateusza Szpytmę. To obecny zastępca szefa Instytutu, funkcję tę pełni od blisko dekady.
Był murowanym faworytem. W końcu siedem z dziewięciu miejsc w Kolegium obsadzonych jest przez nominatów Prawa i Sprawiedliwości i byłego prezydenta Andrzeja Dudy. Skład tego organu został powołany w połowie 2023 r., kiedy rządy sprawowała jeszcze Zjednoczona Prawica, a to z tym środowiskiem kojarzony jest historyk.
Pozostałych nominował Senat, w którym większość miała ówczesna opozycja. Nic więc dziwnego, że głosy za kandydaturą Szpytmy podzieliły się stosunkiem 7:2.
- Jakie konsekwencje dla koalicji rządzącej może mieć poparcie PSL dla kandydata na prezesa IPN?
- Jakie mogą być polityczne motywacje ludowców w kontekście głosowania nad kandydaturą Szpytmy?
- Jakie stanowisko wobec kandydatury Szpytmy zajmą pozostałe kluby parlamentarne?
Profesor Motyka: potrzebny "człowiek środka"
O rekomendację pytamy prof. Grzegorza Motykę, historyka i jednego z członków Kolegium.
- Uważam, że nowym szefem IPN powinien być ktoś spoza jego dotychczasowego kierownictwa, bo inaczej będzie to kontynuacja polityki, z którą mamy do czynienia od 10 lat i którą oceniam krytycznie - zaznacza.
Szpytma jest związany z IPN od początku jego istnienia. W 2000 r. rozpoczął pracę w krakowskim oddziale Instytutu. Funkcję wiceprezesa objął 16 lat później, po tym, jak PiS zmienił ustawę o IPN, a władzę nad nim objął dr hab. Jarosław Szarek. Wykształcenie zdobył na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. W pracach badawczych koncentrował się m.in. na zbrodni w Markowej. Był także współtwórcą Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w tej samej miejscowości.