Wpadła do domu z zakupami, wstawiła na obiad pyzy z mięsem i leci po syna do klatki obok, do sąsiadów.
- Ale Mateuszka nie ma.
- Jak to nie ma?
- Poszedł do domu o 13.
A dawno 15. To gdzie jest?
Mąż śpi. Nie będzie go budzić. Nakrzyczy na nią, że nie upilnowała dziecka. Starszy syn przed komputerem w słuchawkach.
- Patrz na mnie. Był tu Mateuszek?
- Był. Wziął deskę i poleciał na górkę.
Barbara Domaradzka pamięta, jakby to było dziś. - Coś mnie ukłuło pod sercem.
Rybnik, dzielnica Piaski, 6 lutego 2006 roku
Leci tam. To blisko. Zaraz za przystankiem. Przy stromym nasypie kolejowym. W lasku. Na odludziu. Szarzeje już. Śniegu po kostki. W śniegu pełno śladów. Ślady bucików i sanek ją prowadzą.
- Mateusz!
- Mateuszek!
Żywego ducha na tej górce. Czemu płacze? Przecież jeszcze widno. Ale coś kłuje ją pod sercem.
Za górką jest rzeczka. Za rzeczką duża rzeka. A za tą rzeką duży las, który ciągnie się hen daleko we wszystkie strony.
Cisza.
Wpadła w zaspę. Za górką śnieg nienaruszony. Czysty przedziwnie. Nie widać, żeby ktoś tam chodził. Wraca do bloków, do klatki, gdzie zwykle gromadzą się dzieci.
- Widzieliście Mateusza?
- Bacha, nie panikuj, pewnie jest w markecie.
Dzisiaj w dzielnicy otworzyli hipermarket. Dzieci poszły na otwarcie. Wszystkie tam były. Tylko nie jej Mateuszek.
Zgubił się. Przepadł. Nie wrócił. Wieść niesie się od drzwi do drzwi. Pani Basia szuka Mateuszka. Domaradzka szuka syna. Pół dzielnicy już wie. Idą szukać dziecka.
- No co ty, Bacha, na pewno gdzieś jest. A pamiętasz, jak schował się za cegłami i zasnął? A rok temu, jak pojechał z kolegą autobusem do centrum?
Też znalazła go dopiero pod wieczór. Ale nie czuła wtedy tego kłucia. Tego lęku.
Czarno się robi. Chodzą, świecą latarkami.
- Wróci, wróci.
Wiozą Domaradzką na komisariat.
Niedawno widziały dziwnego pana
Pamięta jak dzisiaj, co jej powiedzieli. - Pani Domaradzka, musi minąć 48 godzin i dopiero się zgłasza. A ja mówię, Boże, to jest małe dziecko, on ma osiem lat! Powiedzieli, że zamkną granice.